Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Jestem dorastającym chłopcem. Już nic na mnie nie pasuje — odpowiedział Frans. Wyszczerzył zęby do Danny’ego, który stał obok Carla z obojętną twarzą przezierającą przez osłonę hełmu. — Pomódl się, żebyśmy nie zassali jakiejś cholernej próżni, szefie. Jeśli eksploduję, przez resztę podróży będziecie zbierać tłuszcz ze wszystkich urządzeń.
— Albo spoczywać na łonie Jezusa — powiedział sucho Danny.
— Znaleźliście już coś? — zapytał Carlo.
— Jesteśmy ślepi na jedno oko — poinformował go Frans, odzyskując powagę. — Jak wyjdziecie, przyjrzyjcie się sensorom z prawej burty.
Mamy szczęście, pomyślał Carlo. Wielkie szczęście. Ale na głos powiedział:
— W porządku. Danny, idź i zobacz, co u Seana i Joseby… jak to zniosły nasze rośliny i zwierzątka. Potem obejrzyj promy. Ja wychodzę na zewnątrz, żeby obejrzeć kadłub. Frans, monitoruj mnie.
„Głównym źródłem nieszczęść człowieka”, napisał stoik Epiktet, „jak również jego podłości i tchórzostwa, nie jest śmierć, ale lęk przed śmiercią”.
Carlo Giuliani przeczytał te słowa, kiedy miał lat trzynaście, w tydzień po jednym z wielu pogrzebów, w których uczestniczył jako dziecko. Bomba rozerwała na kawałki jakiegoś kuzyna; prawie nie było co włożyć do trumny, jednak za karawanem jechało ze dwieście samochodów. Carlo nie był świadkiem tego szczególnego wydarzenia, ale bryzgi krwi i kawałki mózgu widział już, jak miał siedem lat — tym razem był to jeden z wujów — więc od wczesnych lat zastanawiał się nad ludzką śmiertelnością. Inny chłopiec na jego miejscu mógłby zostać księdzem, a w ich rodzinie takich precedensów nie brakowało — był nawet w czternastym wieku jakiś stygmatyk o nazwisku Giuliani. Dla Carla w chrześcijańskiej hagiografii było jednak za dużo męczenników. Przepełniony romantycznym poczuciem wielkości własnej osoby, dojrzewający chłopiec skupił swą uwagę nie na Jezusie Chrystusie, lecz na Marku Aureliuszu. Trzeba było największego z cezarów, pomnikowego wzoru monumentalnego samoopanowania i nieulękliwości, by wzmocnić kruche męstwo chłopca, będącego łatwym celem ataku którejś z rywalizujących z Giulianimi famigliae, gdyby pojawiła się konieczność zemsty.
Aureliusz nie był łatwym wzorem do naśladowania. Carla pociągał jego stoicki racjonalizm i męstwo, ale sam tkwił po uszy w neapolitańskim bagnie pogańskich przesądów i rokokowego katolicyzmu. Jako chłopiec był jednocześnie rozpieszczany i obrzucany obelgami, puszczony samopas i poddawany bezwzględnym presjom. Kiedy dorósł, pod wieloma względami pozostał katastrofalnie zepsutym synkiem swojej mamusi, w którym każdy sprzeciw budził wściekłość; był podobnie jakjego ojciec ślepy na potrzeby i oczekiwania innych ludzi, chyba że zagrażały jego własnym. Wiedział jednak, że te cechy są wadami i starał sieje w sobie zwalczać. „Najlepszym sposobem obrony”, napisał Aureliusz, „jest nie odpłacać pięknym za nadobne”.
— Uczę się na błędach moich poprzedników — powiedział Carlo Sandozowi i nie była to czcza przechwałka, ale jego pierwsza zasada życia, a „Giordano Bruno” był dowodem, że stosował tę zasadę konsekwentnie i osiągał to, co chciał. Kapsuła kosmiczna była umieszczona wewnątrz wielkiej, wyjątkowo symetrycznej skały asteroidu, którego struktura nie była uprzednio osłabiona żadnymi pracami wydobywczymi. Przed wydrążeniem cylindra wewnętrznego dokładnie zbadano skład skały i sprawdzono jej spójność sondami dźwiękowymi. Kabiny załogi umieszczono w samym środku, co dawało dodatkową ochronę przed promieniowaniem kosmicznym. Cała wewnętrzna powłoka cylindra została uszczelniona pod ciśnieniem elastyczną, samoutwardzalną masą plastyczną. Fotonika, układy sterujące i systemy umożliwiające życie były potrójnie zabezpieczone i nieustannie kontrolowane przez wszechstronnie przetestowane sztuczne inteligencje, zaprogramowane tak, by reagowały na każde nieprzewidziane zakłócenie ich funkcji automatycznie zasilanymi procedurami, nawet gdyby załoga nie była zdolna do żadnych czynności.
Kosztowało to fortunę. Carlo przedstawił ojcu rzeczowy bilans przedsięwzięcia, a jego siostra Carmella naturalnie go poparła, bo projekt wyłączał go na długo z rywalizacji o władzę. Carmella dowodziła, że pieniądze wydane na zwielokrotnienie szans powodzenia wyprawy zwiększą prawdopodobieństwo spodziewanych zysków. Oznaczało to jednocześnie zwiększenie szansy powrotu jej brata na Ziemię, ale uznała to za możliwe do przyjęcia ryzyko, założywszy, że ich ojca, Domenica Giulianiego, nie będzie już wówczas na świecie.
Zgnij w piekle, stary, pomyślał Carlo, wspinając się po centralnej spirali schodków, by stwierdzić dokładnie, jak blisko był spotkania z ojcem zaledwie dwie godziny wcześniej.
Wewnętrzna powierzchnia przedniej części cylindra, tam, gdzie umieszczone były zdalnie sterowane urządzenia sensorowe, pokryta była czarnym pyłem. Wachlarzowata smuga tego pyłu doprowadziła go do miejsca, w którym z podłoża wyrastał miniaturowy Wezuwiusz. Rozgrzebał go nogą, a potem pochylił się, by oczyścić resztę pyłu rękawicą. Znalazł dziurę. Wyprostował się, cofnął, spojrzał na sklepienie, które po odpaleniu silników stawało się dziobem statku, i dostrzegł otwór wlotowy, również zaczopowany mieszanką glebową wessaną tam przez podciśnienie i utrzymującą się dzięki sile tarcia. Nie musiał szukać dziury wylotowej, wiedział, żejest w drugim końcu statku.
Polegając na razie na prawach fizyki, odtworzył w myśli kolizję. Na torze lotu asteroidu musiała znaleźć się cząsteczka materii — prawdopodobnie żelaza — która przebiła powierzchnię i wydrążyła wąską kolumnę od dziobu po rufę…
Cudem uniknęli śmierci. Gdyby cząsteczka trafiła nieco dalej od osi, wprawiłaby asteroid w o wiele gwałtowniejszy ruch obrotowy, rozrywając go na kawałki, a nawet gdyby twarda skała wytrzymała, siła odśrodkowa zamieniłaby członków załogi w miazgę. Gdyby mikrometeoryt był większy, rozłupałby statek jak orzech. Gdyby kolizja wydarzyła się w fazie ich maksymalnej prędkości, siła uderzenia zamieniłaby ich w parę, zanim by się zorientowali, co się stało, a „Giordano Bruno” zostałby wpisany na listę statków kosmicznych, które zaginęły bez wieści w drodze na Rakhat.
Po raz pierwszy poczuł lekkie oszołomienie i prawie zachichotał, słysząc własne myśli… Kiedy wrócę na Ziemię, odprawię nowennę do Najświętszej Panienki… Nie, ufunduję kościół i zapełnię go skarbami z Rakhatu! Po takim ranku jak dziś można śmiało twierdzić, że racjonalizm przegrywa z religią. Otrząsnął się i spojrzał na skrzynkę sensora umieszczoną w gnieździe na prawo od fatalnej dziury. Starając się nie poruszyć pyłu zalegającego między nim a celem, wyciągnął skrzynkę i delikatnie strząsnął z niej cząsteczki mieszanki glebowej. Poniżej były dwa zapasowe sensory, więc nie było się czym martwić. Postanowił jednak polecić Candottiemu, by zregenerował ten, i który trzymał teraz w rękach.
Może nam jeszcze być potrzebny, pomyślał Carlo. „Najbezpieczniej jest nie kusić Fortuny”, napisał mądry Seneka. Co prawdopodobnie pozwala nam nie polegać wyłącznie na cudach przynajmniej raz w tygodniu…
24. TRUCHA SAI: 2047–2061 czasu ziemskiego
Przez całe lata po swoim drugim uwięzieniu na Rakhacie Sofia Mendes śniła o domu. Nienawidziła tych snów i przestała przesyłać komunikaty na Ziemię, mając nadzieję, że zerwanie tej ostatniej więzi przerwie owe sny, ale się zawiodła.