Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
Jeden z nowych mężczyzn przedstawił się jako Nedim i oświadczył dosyć uroczyście, że jest właścicielem Belli, rozległego kompleksu rozrywkowego, który rozciągał się przed nami. Obiekt miał własną przystań, żeby VIP-y i gwiazdy mogły ominąć całe zamieszanie przy drzwiach wejściowych. Goście mogli zejść z jachtów wprost do lóż, a wszystko, o czym tylko zdołali zamarzyć, było im niezwłocznie dostarczane. Nedim wyglądał dokładnie tak samo jak wszyscy właściciele klubów, których znałam: klasyczny nałogowy palacz w T-shircie vintage i trampkach retro, ze sterczącymi włosami, na którego nikt by nawet nie spojrzał, gdyby nie jeździł obowiązkowym czerwonym porsche i nie rozdawał butelek szampana.
– Panie, panowie, witajcie w Belli – obwieścił, rozkładając szeroko ramiona – pierwszego pośród nocnych lokali Stambułu. Bella, jak państwo widzicie, leży nad rzeką Bosfor, dokładnie na granicy między Europą i Azją, i nasza klientela odzwierciedla ten międzynarodowy klimat. Proszę za mną, przygotujcie się do skorzystania z tego, co Bella ma wam do zaoferowania.
Odprowadził nas do masywnego okrągłego stołu, ustawionego tuż nad wodą w wydzielonej części klubu, która wyraźnie tchnęła atmosferą miejsca dla VIP-ów. Tylko delikatna tekowa brama oddzielała nas od wody, a i ona miała zaledwie dwie i pół stopy wysokości – kwintesencja potencjalnej groźby wypadku po pijanemu – ale widok był niewiarygodny: małe i duże łodzie płynęły wolno po ciemnej wodzie, przesuwając się na tle pięknie oświetlonego meczetu z minaretami, które zdawały się sięgać nieba. Podłogi wykonano z lśniącego ciemnego drewna, prawie czarnego, siedziska pokryto brokatową satyną z kunsztownie wplecionymi złotymi nitkami. Całość znajdowała się pod gołym niebem, nie licząc kilku płacht łopocącego na wietrze białego płótna, które przydawało miejscu seksownej egzotyki. Jedyne światło pochodziło ze szklanych latami w tureckim stylu i setek świec do podgrzewaczy w ozdobionych paciorkami świecznikach. Wszędzie porozstawiano misy z miniaturowymi morelami i orzeszkami pistacjowymi. Bez wątpienia było to najbardziej seksowne miejsce, w jakim kiedykolwiek się znalazłam, stylowe w znacznie bardziej naturalny sposób niż wszystkie modne miejsca w Nowym Jorku, bo bez świadomości własnej świetności, której tego typu miejsca nabierają, kiedy widzą, że są modne.
Armia szykownych kelnerów natychmiast otoczyła nasz stolik i odebrała zamówienia na drinki. Po półgodzinie wszyscy byli przyjemnie wstawieni, a nim minęła północ, Elisa i Philip tańczyli na stołach. Wyglądali na zachwyconych sytuacją. Rodzaj napięcia między nimi sugerował coś romantycznego. I świeżego. Fotografowie pstrykali, ale Nedim i załoga tak im dogadzali wódką, dziewczynami i Bóg wie czym jeszcze, że uszło ich uwagi, że Marlena siedzi okrakiem na słynnym tureckim piłkarzu, który przedostał się do części dla VIP-ów. Udało mi się ich rozdzielić, zanim ktokolwiek coś zauważył, i przekonać oboje, że będą znacznie szczęśliwsi w jej pokoju w Four Seasons, a oni nawet nie protestowali, kiedy odprowadziłam ich do samochodu Town Car czekającego od frontu i poinstruowałam kierowcę, żeby zawiózł parę do hotelu. Właśnie skończyłam rozmowę z recepcjonistą, który zapewnił mnie, że błyskawicznie odstawi ich do pokoju i nie dopuści tam żadnych fotografów ani reporterów, kiedy pojawił się Sammy.
– Hej, gdzie się ukrywałaś? – Otoczył mnie ramionami od tyłu i pocałował w szyję. – Udało mi się mieć cię na oku przez cały wieczór, aż nagle zniknęłaś.
– Cześć – szepnęłam. Rozejrzał się, sprawdzając, czy nie widać Isabelle, Philipa albo kogoś z aparatem fotograficznym.
– Wyjdźmy stąd – powiedział szorstko. – Są tak pijani, że nawet tego nie zauważą. – Znów pocałował mnie w szyję, tym razem mocniej niż poprzednio, a ja po raz pierwszy miałam uczucie, że Sammy nie jest tylko miłym facetem. Dzięki Bogu.
– Nie mogę, Sammy. Chciałabym, ale nie mogę. Muszę mieć na wszystkich oko, to mój jedyny obowiązek.
– Już prawie druga. Jak długo jeszcze będą to ciągnąć?
– Chyba żartujesz. Bez trudu do świtu. Może uda nam się coś wymyślić, kiedy dotrzemy do hotelu, ale teraz muszę tam wracać.
Opuścił ręce i westchnął głośno.
– Wiem, że tak musi być. Ale to okropne. Wracaj pierwsza, ja przyjdę za parą minut. – Zaczął przeczesywać palcami moje włosy, ale nagle cofnął się, kiedy usłyszał swoje imię.
– Sammy? Jesteś tam? Widzieliście mojego chłop… mojego, eee, mojego asystenta? – Przenikliwy głos Isabelle niósł się echem po wodzie. Odwróciłam się i zobaczyłam, że wypytuje jednego z ochroniarzy w uniformach, którzy obserwowali nas pilnie, dbając, aby nikt nam się nie narzucał.
– Jezu Chryste – mruknął Sammy, odsuwając się ode umie. – Co jest, nie może sama pójść do łazienki? Muszę lecieć.
– Zaczekaj, ja to załatwię – powiedziałam i ścisnęłam go za rękę. – Isabelle, tutaj! Jest tutaj.
Isabelle wykonała zwrot i kiedy nas zobaczyła, wyglądała najpierw na zadowoloną, a potem zdezorientowaną. Zignorowała mnie i zwróciła się do Sammy'ego:
– Szukam cię całe wieki -jęknęła, wyraźnie zapominając, że stoję obok, a potem zrezygnowała z jęków, kiedy sobie o tym przypomniała.
– Przepraszam, że ci go ukradłam, Isabelle. Marlena i ten facet, z którym była, kompletnie się zalali i Sammy był tak uprzejmy, że pomógł mi umieścić ich w samochodzie. Właśnie wracaliśmy do środka.
To ją trochę udobruchało, chociaż nadal nie reagowała na moją obecność. Patrzyła na Sammy'ego, a on koncentrował wzrok na własnych stopach.
– Dobrze, idę zobaczyć, jak wszyscy sobie radzą – oznajmiłam wesoło. Ruszyłam do drzwi, ale usłyszałam jeszcze, jak głos Isabelle zmienia się z płaczliwego w złowieszczo zimny.
– Nie po to płacę ci dobre pieniądze, żebyś mnie zaniedbywał i opuszczał! – syknęła.
– Ooo, daruj sobie Isabelle – powiedział Sammy bardziej zmęczony niż rozzłoszczony. – Pomagałem jej przez pięć minut. Wcale cię nie opuściłem.
– Tak, a wiesz, jak się czuję, siedząc tam całkiem sama, kiedy mój facet ucieka, żeby pomagać komuś innemu?
Niestety musiałam już minąć drzwi i nie słyszałam odpowiedzi Sammy'ego. Kiedy przedarłam się przez hordy prostego ludu, zobaczyłam, że część dla VIP-ów jest pusta. Amerykański rap i hip-hop ustąpiły jakiejś tureckiej muzyce transowej i wydawało się, że na każdym skrawku przestrzeni wiją się ledwie zakryte ciała. Camilla, Alessandra i Monica, wszystkie znalazły sobie mężczyzn – piłkarza z Realu Madryt, dziennikarza prowadzącego wiadomości w CNN International oraz angielskiego playboya, który twierdził, że zna Philipa z czasów szkoły z internatem – i pod czujnym okiem Nedima oraz innych właścicieli pochowały się z nimi po różnych kątach. Zauważyłam Elisę i Davide'a, stojących obok parkietu, wściekle gestykulujących. Uznałam, że się kłócą, dopóki nie podeszłam bliżej. Tak naprawdę nie spierali się ani nawet nie prowadzili rozmowy. Oboje byli tak nafaszerowani koką, że każde z nich po prostu mówiło w stronę drugiego, zamknięte w poczuciu ważności własnych pomysłów, entuzjastycznie się przekrzykując. Fotografowie i reporterzy jak zwykle zajęli mały stolik z dala od reszty i znów wyglądało na to, że zalewają się mocnymi alkoholami. W pobliżu walało się sześć pustych paczek po papierosach. Ledwie podnieśli na mnie wzrok, kiedy zapytałam, czy mają jakieś życzenia. Nie udało mi się nigdzie znaleźć Leo, ale Philip nie był trudny do zlokalizowania – wystarczyło, że odszukałam wzrokiem najbardziej ewidentną blondynkę na sali, z największymi cyckami, a potem spojrzałam kilka centymetrów w prawo. Stali przed stanowiskiem didżeja i jedną ręką obejmował ją w talii. Wyglądała jakby znajomo, ale od tyłu nie mogłam jej skojarzyć. Kiedy czekałam, aż się odwrócą, zobaczyłam, jak Philip wyciąga z tylnej kieszeni dżinsów Paper Denim gigantyczny zwitek banknotów i wciska je chudemu didżejowi, który zachowywał profesjonalną postawę ze słuchawką przyciśniętą do ucha jednym ramieniem.