Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– A powinien! Mój dziadek nie przeżył zimy, bo nie mieliśmy dość jedzenia. Powinien! – Wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić. – No dobra, kto jedzie ze mną?
Kocimiętka zmierzył wzrokiem wznoszącą się stromo dróżkę.
– Po co?
– Wieża obserwacyjna. Tak tu napisano. Będzie się można rozejrzeć po okolicy bez odparzania sobie tyłka w siodle.
– Aha. – Podjechał do tablicy. – A czy tam na dole nie dodano, żeby nikt bez pozwolenia pana hrabiego nie ważył się wjeżdżać na drogę?
– Może. Ale ja nieuczona jestem, czytać nie umiem. Poza tym to jest Imperium, a nie ma takich praw, które zabroniłyby Meekhance czystej krwi wjeżdżać, gdzie zapragnie.
Kocimiętka wyszczerzył się kwaśno.
– Ja nie jestem Meekhanką czystej krwi, Kailean.
– Nic nie szkodzi, adoptuję cię na te parę chwil. Poza tym dama potrzebuje eskorty.
Daghena parsknęła.
– Dama? Niepotrafiąca czytać i z odciskami od cięciwy na palcach?
– Czepiasz się. Jedziecie?
– No pewnie.
Skierowali konie na drogę do wieży. Ściany, między które wjechali, były niemal pionowe, ciemne i wilgotne, mech rozrastał się radośnie w każdej szczelinie. Ślady obróbki i rysy po uderzeniach oskardów sugerowały, że poszerzono tu naturalne pęknięcie w skale, żeby dostać się na szczyt. Konie wspinały się niechętnie, w połowie trasy musieli zsiąść i poprowadzić je za uzdy. Tej drogi z pewnością nie zbudowano dla jeźdźców. Po kilku chwilach ludzie i zwierzęta dyszeli ciężko i spływali potem. Daghena zaklęła pod nosem.
– Niech cię licho, Kailean. Po co ja cię posłuchałam?
– Żeby zaoszczędzić sobie pół dnia w siodle na objeżdżanie okolicy. Nie marudź, już widzę koniec drogi.
– Jak to będzie tak wyglądać cały czas... Łydki mam jak z rozżarzonego żelaza.
– Poczekaj, aż będziemy schodzić. – Kailean wyszczerzyła się szeroko. – Poczujesz, że masz uda i tyłek.
– Nie będę schodzić. Siądę i poczekam, aż te góry się rozpadną.
Dotarcie na szczyt zajęło im przeszło kwadrans. To chyba nie był najlepszy pomysł, oceniła Kailean, patrząc, jak wszyscy sapią i ocierają pot. Ona sama dyszała jak miech kowalski, nogi jej drżały, a koszula lepiła się do ciała. Powiał lekki wietrzyk i momentalnie zatrzęsła się z zimna. Parę lat wcześniej przebyłaby tę drogę lekkim truchtem i nawet by się nie zgrzała. Dla kogoś, kto jak Daghena całe życie spędził na Stepach, wspinaczka po górach to nie lada wyzwanie. Dla koni też. Toryn patrzył na nią wyraźnie zły, tylne nogi lekko mu drżały.
– Wszyscy... – wzięła głęboki oddech, żeby uspokoić łomot serca – ... wszyscy potrzebujemy zaprawy w marszu po górach. Ludzie i zwierzęta. Inaczej do następnej zimy stąd nie wyjdziemy.
– Mnie to mówisz. – Kocimiętka sięgnął po manierkę i pociągnął kilka długich łyków. – Uch, gdybym dodał do siebie wszystkie schody i pagórki, na które się w życiu wspiąłem, to nie wyszłaby nawet połowa z tego, ile ma ta góra. Bo to góra jest, prawda?
Rozejrzeli się wreszcie. Szczyt został kiedyś częściowo wykarczowany, stali więc na czymś na kształt polany otoczonej wysokimi świerkami. Pośrodku niej, jakieś dwieście jardów od nich, wznosiła się czworokątna wieża. Jej kamienna podstawa miała szerokość około trzydziestu stóp i podobną wysokość. Zwieńczał ją zębaty mur. W ścianie, którą widzieli, znajdowały się dwa rzędy krzyżowych szczelin strzelniczych, pierwszy piętnaście stóp nad ziemią, drugi dziesięć stóp nad nim. Nad całością, niczym maszt na pełnomorskim statku, górowała pojedyncza, wysoka na co najmniej sześćdziesiąt stóp konstrukcja z drewna, na której szczycie zamieszczono coś w rodzaju zadaszonego bocianiego gniazda czy też małej budki strażniczej.
– Nieźle. – Janne przyglądał się budowli z wyraźną ciekawością. – Parter, dwa piętra i oblankowany dach. Można się bronić i ma się widok na wszystko wokół. Jedziemy?
– Poprowadzimy konie. Przyda się im jeszcze chwila oddechu, nam też. W górach lepiej nie stygnąć zbyt szybko. Wiatr przewieje cię na wylot, potem będzie gorączka, dreszcze i ciężkie choróbsko. Nie mówiąc o mięśniach, które odmówią posłuszeństwa. Tak więc idziemy – podkreśliła.
Ruszyli. Ci, którzy karczowali las, naprawdę się postarali, usunięto każdy pień, każdy większy głaz i wyrównano teren, w wyniku czego wieża z każdej strony miała do linii lasu co najmniej dwieście pięćdziesiąt jardów. Kępy trawy i małe krzaczki nie dawałyby ewentualnym napastnikom żadnej osłony. Sam posterunek otaczał szeroki na dwadzieścia stóp pas zaostrzonych pali, przez który wąska i kręta ścieżka prowadziła do maleńkiej furtki.
– Meekhańczycy – mruknął Kocimiętka, gdy zatrzymali się przed palami. – Nawet wychodek potrafią zmienić w twierdzę.
– Ja tam nie narzekam. – Janne rozglądał się po polanie. – Wolę srać w twierdzy niż w szczerym polu. Ciekawe, kiedy to postawili?
– Ze trzy-cztery lata temu.
– Skąd wiesz, Kailean?
Wskazała na kamienną ścianę.
– Dość świeżo wymurowana, mech jeszcze nie zaczął jej porastać i drewno częstokołu nie ściemniało. Miejscowa szlachta obchodzi w ten sposób prawo.
– Prawo?
– Nie mogą budować zamków wszędzie tam, gdzie im się spodoba. Mają prawo umocnić rodową siedzibę, ale poza tym nie wolno im wznosić żadnych nowych fortyfikacji. Większość tutejszych hrabiów i baronów wywodzi się z meekhańskich oficerów, gdyby im pozwolić, całe góry przerobiliby na twierdzę.
– Cesarz powinien być z tego zadowolony.
– Z czego? Że jego arystokracja zamienia swoje ziemie w fortece? Im grubsze i wyższe mury, tym mniej władzy czują nad sobą. Dlatego prawo mówi jasno, rodowa siedziba może być umocniona, ale więcej zamków stawiać nie wolno. Więc stawiają coś takiego – wskazała mur. – Wieże obserwacyjne. Niby wystarczyłoby tu trzech czy czterech ludzi, którzy mają oko na okolicę i dają światłem i dymem sygnały, żeby zawiadomić o niebezpieczeństwie, ale jak widać, całość musi być obmurowana, opalowana i...
– I cicha – przerwał jej Kocimiętka.
– Co?
– Kailean, przestań się zacietrzewiać, wszyscy już wiedzą, że nie lubisz miejscowej szlachty. Jeśli ci to poprawi humor, ja też mogę ich znielubić, ale my weszliśmy na górę już parę minut temu, a nikt ze środka nawet nas nie okrzyknął. Co to za wieża obserwacyjna? Ilu ludzi może być w środku?