Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 173
Перейти на страницу:

– A po­wi­nien! Mój dzia­dek nie prze­żył zimy, bo nie mie­li­śmy dość je­dze­nia. Po­wi­nien! – Wzię­ła głę­bo­ki od­dech, żeby się uspo­ko­ić. – No do­bra, kto je­dzie ze mną?

Ko­ci­mięt­ka zmie­rzył wzro­kiem wzno­szą­cą się stro­mo dróż­kę.

– Po co?

– Wie­ża ob­ser­wa­cyj­na. Tak tu na­pi­sa­no. Bę­dzie się moż­na ro­zej­rzeć po oko­li­cy bez od­pa­rza­nia so­bie tył­ka w sio­dle.

– Aha. – Pod­je­chał do ta­bli­cy. – A czy tam na dole nie do­da­no, żeby nikt bez po­zwo­le­nia pana hra­bie­go nie wa­żył się wjeż­dżać na dro­gę?

– Może. Ale ja nie­uczo­na je­stem, czy­tać nie umiem. Poza tym to jest Im­pe­rium, a nie ma ta­kich praw, któ­re za­bro­ni­ły­by Me­ekhan­ce czy­stej krwi wjeż­dżać, gdzie za­pra­gnie.

Ko­ci­mięt­ka wy­szcze­rzył się kwa­śno.

– Ja nie je­stem Me­ekhan­ką czy­stej krwi, Ka­ile­an.

– Nic nie szko­dzi, ad­op­tu­ję cię na te parę chwil. Poza tym dama po­trze­bu­je eskor­ty.

Da­ghe­na par­sk­nę­ła.

– Dama? Nie­po­tra­fią­ca czy­tać i z od­ci­ska­mi od cię­ci­wy na pal­cach?

– Cze­piasz się. Je­dzie­cie?

– No pew­nie.

Skie­ro­wa­li ko­nie na dro­gę do wie­ży. Ścia­ny, mię­dzy któ­re wje­cha­li, były nie­mal pio­no­we, ciem­ne i wil­got­ne, mech roz­ra­stał się ra­do­śnie w każ­dej szcze­li­nie. Śla­dy ob­rób­ki i rysy po ude­rze­niach oskar­dów su­ge­ro­wa­ły, że po­sze­rzo­no tu na­tu­ral­ne pęk­nię­cie w ska­le, żeby do­stać się na szczyt. Ko­nie wspi­na­ły się nie­chęt­nie, w po­ło­wie tra­sy mu­sie­li zsiąść i po­pro­wa­dzić je za uzdy. Tej dro­gi z pew­no­ścią nie zbu­do­wa­no dla jeźdź­ców. Po kil­ku chwi­lach lu­dzie i zwie­rzę­ta dy­sze­li cięż­ko i spły­wa­li po­tem. Da­ghe­na za­klę­ła pod no­sem.

– Niech cię li­cho, Ka­ile­an. Po co ja cię po­słu­cha­łam?

– Żeby za­osz­czę­dzić so­bie pół dnia w sio­dle na ob­jeż­dża­nie oko­li­cy. Nie ma­rudź, już wi­dzę ko­niec dro­gi.

– Jak to bę­dzie tak wy­glą­dać cały czas... Łyd­ki mam jak z roz­ża­rzo­ne­go że­la­za.

– Po­cze­kaj, aż bę­dzie­my scho­dzić. – Ka­ile­an wy­szcze­rzy­ła się sze­ro­ko. – Po­czu­jesz, że masz uda i ty­łek.

– Nie będę scho­dzić. Sią­dę i po­cze­kam, aż te góry się roz­pad­ną.

Do­tar­cie na szczyt za­ję­ło im prze­szło kwa­drans. To chy­ba nie był naj­lep­szy po­mysł, oce­ni­ła Ka­ile­an, pa­trząc, jak wszy­scy sa­pią i ocie­ra­ją pot. Ona sama dy­sza­ła jak miech ko­wal­ski, nogi jej drża­ły, a ko­szu­la le­pi­ła się do cia­ła. Po­wiał lek­ki wie­trzyk i mo­men­tal­nie za­trzę­sła się z zim­na. Parę lat wcze­śniej prze­by­ła­by tę dro­gę lek­kim truch­tem i na­wet by się nie zgrza­ła. Dla ko­goś, kto jak Da­ghe­na całe ży­cie spę­dził na Ste­pach, wspi­nacz­ka po gó­rach to nie lada wy­zwa­nie. Dla koni też. To­ryn pa­trzył na nią wy­raź­nie zły, tyl­ne nogi lek­ko mu drża­ły.

– Wszy­scy... – wzię­ła głę­bo­ki od­dech, żeby uspo­ko­ić ło­mot ser­ca – ... wszy­scy po­trze­bu­je­my za­pra­wy w mar­szu po gó­rach. Lu­dzie i zwie­rzę­ta. Ina­czej do na­stęp­nej zimy stąd nie wyj­dzie­my.

– Mnie to mó­wisz. – Ko­ci­mięt­ka się­gnął po ma­nier­kę i po­cią­gnął kil­ka dłu­gich ły­ków. – Uch, gdy­bym do­dał do sie­bie wszyst­kie scho­dy i pa­gór­ki, na któ­re się w ży­ciu wspią­łem, to nie wy­szła­by na­wet po­ło­wa z tego, ile ma ta góra. Bo to góra jest, praw­da?

Ro­zej­rze­li się wresz­cie. Szczyt zo­stał kie­dyś czę­ścio­wo wy­kar­czo­wa­ny, sta­li więc na czymś na kształt po­la­ny oto­czo­nej wy­so­ki­mi świer­ka­mi. Po­środ­ku niej, ja­kieś dwie­ście jar­dów od nich, wzno­si­ła się czwo­ro­kąt­na wie­ża. Jej ka­mien­na pod­sta­wa mia­ła sze­ro­kość oko­ło trzy­dzie­stu stóp i po­dob­ną wy­so­kość. Zwień­czał ją zę­ba­ty mur. W ścia­nie, któ­rą wi­dzie­li, znaj­do­wa­ły się dwa rzę­dy krzy­żo­wych szcze­lin strzel­ni­czych, pierw­szy pięt­na­ście stóp nad zie­mią, dru­gi dzie­sięć stóp nad nim. Nad ca­ło­ścią, ni­czym maszt na peł­no­mor­skim stat­ku, gó­ro­wa­ła po­je­dyn­cza, wy­so­ka na co naj­mniej sześć­dzie­siąt stóp kon­struk­cja z drew­na, na któ­rej szczy­cie za­miesz­czo­no coś w ro­dza­ju za­da­szo­ne­go bo­cia­nie­go gniaz­da czy też ma­łej bud­ki straż­ni­czej.

– Nie­źle. – Jan­ne przy­glą­dał się bu­dow­li z wy­raź­ną cie­ka­wo­ścią. – Par­ter, dwa pię­tra i ob­lan­ko­wa­ny dach. Moż­na się bro­nić i ma się wi­dok na wszyst­ko wo­kół. Je­dzie­my?

– Po­pro­wa­dzi­my ko­nie. Przy­da się im jesz­cze chwi­la od­de­chu, nam też. W gó­rach le­piej nie sty­gnąć zbyt szyb­ko. Wiatr prze­wie­je cię na wy­lot, po­tem bę­dzie go­rącz­ka, dresz­cze i cięż­kie cho­rób­sko. Nie mó­wiąc o mię­śniach, któ­re od­mó­wią po­słu­szeń­stwa. Tak więc idzie­my – pod­kre­śli­ła.

Ru­szy­li. Ci, któ­rzy kar­czo­wa­li las, na­praw­dę się po­sta­ra­li, usu­nię­to każ­dy pień, każ­dy więk­szy głaz i wy­rów­na­no te­ren, w wy­ni­ku cze­go wie­ża z każ­dej stro­ny mia­ła do li­nii lasu co naj­mniej dwie­ście pięć­dzie­siąt jar­dów. Kępy tra­wy i małe krzacz­ki nie da­wa­ły­by ewen­tu­al­nym na­past­ni­kom żad­nej osło­ny. Sam po­ste­ru­nek ota­czał sze­ro­ki na dwa­dzie­ścia stóp pas za­ostrzo­nych pali, przez któ­ry wą­ska i krę­ta ścież­ka pro­wa­dzi­ła do ma­leń­kiej furt­ki.

– Me­ekhań­czy­cy – mruk­nął Ko­ci­mięt­ka, gdy za­trzy­ma­li się przed pa­la­mi. – Na­wet wy­cho­dek po­tra­fią zmie­nić w twier­dzę.

– Ja tam nie na­rze­kam. – Jan­ne roz­glą­dał się po po­la­nie. – Wolę srać w twier­dzy niż w szcze­rym polu. Cie­ka­we, kie­dy to po­sta­wi­li?

– Ze trzy-czte­ry lata temu.

– Skąd wiesz, Ka­ile­an?

Wska­za­ła na ka­mien­ną ścia­nę.

– Dość świe­żo wy­mu­ro­wa­na, mech jesz­cze nie za­czął jej po­ra­stać i drew­no czę­sto­ko­łu nie ściem­nia­ło. Miej­sco­wa szlach­ta ob­cho­dzi w ten spo­sób pra­wo.

– Pra­wo?

– Nie mogą bu­do­wać zam­ków wszę­dzie tam, gdzie im się spodo­ba. Mają pra­wo umoc­nić ro­do­wą sie­dzi­bę, ale poza tym nie wol­no im wzno­sić żad­nych no­wych for­ty­fi­ka­cji. Więk­szość tu­tej­szych hra­biów i ba­ro­nów wy­wo­dzi się z me­ekhań­skich ofi­ce­rów, gdy­by im po­zwo­lić, całe góry prze­ro­bi­li­by na twier­dzę.

– Ce­sarz po­wi­nien być z tego za­do­wo­lo­ny.

– Z cze­go? Że jego ary­sto­kra­cja za­mie­nia swo­je zie­mie w for­te­ce? Im grub­sze i wyż­sze mury, tym mniej wła­dzy czu­ją nad sobą. Dla­te­go pra­wo mówi ja­sno, ro­do­wa sie­dzi­ba może być umoc­nio­na, ale wię­cej zam­ków sta­wiać nie wol­no. Więc sta­wia­ją coś ta­kie­go – wska­za­ła mur. – Wie­że ob­ser­wa­cyj­ne. Niby wy­star­czy­ło­by tu trzech czy czte­rech lu­dzi, któ­rzy mają oko na oko­li­cę i dają świa­tłem i dy­mem sy­gna­ły, żeby za­wia­do­mić o nie­bez­pie­czeń­stwie, ale jak wi­dać, ca­łość musi być ob­mu­ro­wa­na, opa­lo­wa­na i...

– I ci­cha – prze­rwał jej Ko­ci­mięt­ka.

– Co?

– Ka­ile­an, prze­stań się za­cie­trze­wiać, wszy­scy już wie­dzą, że nie lu­bisz miej­sco­wej szlach­ty. Je­śli ci to po­pra­wi hu­mor, ja też mogę ich znie­lu­bić, ale my we­szli­śmy na górę już parę mi­nut temu, a nikt ze środ­ka na­wet nas nie okrzyk­nął. Co to za wie­ża ob­ser­wa­cyj­na? Ilu lu­dzi może być w środ­ku?

1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)