Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
Żołnierz podniósł pepeszę. Ktoś na szczęście walnął młodego w ucho. Atmosfera robiła się coraz bardziej nerwowa.
-To nie rakieta V3 - włączył się Holmes płynną ruszczyzną. - Bimber tu będziemy pędzić.
Rosjanina na moment zatkało.
-A ty kto? Ruski?
-Nie, jestem Polakiem i robotnikiem.
-Jesteśmy Polakami - włączali się inni. - Wywieźli nas tu na roboty! Jesteśmy Polakami.
-Robotnicy. Rozumiesz? Jesteśmy przymusowymi robotnikami. Trzymają nas tutaj.
Rosjanin przerzucił pepeszę na plecy.
-A, Polacy... - mruknął. - No to już was nikt nie trzyma.
-A bimber kiedy będzie? - spytał drugi żołnierz.
Atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Po chwili tamy pękły.
-Będzie, jak tylko zdobędziemy produkty. Maszyna prawie gotowa.
Nagle wszyscy zaczęli się przekrzykiwać.
-Rosjanie, hurraaaa! Jesteśmy sojusznikami! My bracia, daj pyska...
Ktoś zaczął uciszać tłum. Starszy człowiek ze starannie przystrzyżoną brodą przepchnął się do wyzwolicieli.
-Panie gospodin - krzyczał. - Panie gospodin, a chcecie medal dostać?
-Medal? A za co?
-Bo my tu mamy jednego bardzo ważnego esesmana z tatuażem pod pachą. To straszny gestapowiec.
-No, a gdzie on?
-Zaraz go wydamy, panie gospodin.
Kilku robotników ze składu brudnej bielizny przyprowadziło związanego jak baleron, zakneblowanego strażnika, któremu w nocy zrobiono silą esesmański tatuaż. Zaraz też doszło do prezentacji niebyt udanego dzieła. Zgodnie z oczekiwaniami Rosjanin nie wykazał aptekarskiej precyzji i nie wyjął z kieszeni suwmiarki, żeby sprawdzać tatuaż.
-A to Świnia...
-A tu jeszcze coś. - Ktoś z tyłu podał karabin z nacięciami na kolbie. - O! Jaki napis.
Twarz Rosjanina stężała nagle.
-O żesz - zarepetował pepeszę. - Ja cię zaraz tu na miejscu...
Polacy zaczęli się szturchać. Nie tak przecież brzmiał wyrok podziemnego sądu.
-Nie, nie, panie gospodin. Proszę, nie tutaj. Niech on jedzie do gułagu i pozna to, co myśmy tu przeżyli.
-Nie zabijać go - przyłączyli się inni. - Nie zabijać.
Niemiec zdołał wypluć knebel i zaczął krzyczeć.
-Jestem zwykłym strażnikiem! - wrzeszczał. - Oni mi to siłą zrobili, chcą mnie zabić! To podstępne polskie świnie!
-Co? - Rosjanin uderzył strażnika w twarz. - Ty gestapowska gnido, ty się tak zagubiłeś we własnych kłamstwach, że nie wiesz, że Polacy o twoje życie proszą. O życie proszą. -Strażnik znowu dostał w twarz. - Ach, czort. Niech będzie, jak chcą.
Chwila zastanowienia. Uśmiech.
-Dobrze. Zwiedzisz ty nasze kołymskie kurorty. Zwiedzisz... dogłębnie. Z odpowiednią adnotacją w aktach.
Schielke uśmiechnął się z podziwem. Podziemny wymiar sprawiedliwości działał bezbłędnie i z idealną precyzją. Rosjanin natomiast przebiegł wzrokiem po obecnych.
-No, skoro już się poznajomiliśmy, to ci, którzy mieli ten bimber V3 robić, to niech biegną po produkty. I do roboty, do roboty, nie lenić się.
Rozległo się chóralne:
-Nooooooo! Trzeba sojuszników podjąć. Wyzwolicieli.
Holmes nachylił się i szepnął do Schielkego.
-Zwijamy się.
-Czemu?
-Wiesz, V1 latała dość daleko, V2 jeszcze dalej. A widząc fachowość „inżynierów”, wypijesz V3, pierdniesz i jesteś na księżycu.
Dla obozu zaczęły się miodowe miesiące. Przynajmniej dla tych, którzy chcieli pozostać na miejscu, bo nie mieli dokąd wrócić. Całe, wielkie, nie wiadomo czyje miasto było ich. W wypalonym przez wojnę świecie, w oczach pozbawionych absolutnie wszystkiego ludzi jego zasoby wydawały się bogatsze niż zawartość baśniowego sezamu. Co prawda ludzi chętnych do skorzystania było wielu, ale zasobów jeszcze więcej. Zespoły eksploracyjne ruszyły na Dziki Zachód, rozkoszując się brakiem władzy i organizacji. Szybko jednak okazało się, że lepiej będzie, jeśli kobiety pozostaną w obozie pod iluzoryczną, ale jedyną choć w miarę pewną ochroną polskich wartowników. Zwiadowcy donieśli, że Rosjanom szybko może zabraknąć niemieckich kobiet. Zaczęto też gromadzić broń. Na razie ukradkiem i na własną rękę.
Zwiadowcy przynosili informacje o tym, jak poruszać się po mieście. Teren pobliskiej Jahrhunderthalle był w ogóle niedostępny. Wznosiły się tam góry niemieckich karabinów sięgające nieba, które nieliczne ciężarówki ospale gdzieś wywoziły. Absolutny zakaz wstępu, również przy pomniku Herkulesa i na Ostrowie Tumskim przy bibliotece. Wartowników było tu mrowie i to wkurzonych, że nie mogą dołączyć do rabujących wokół kolegów. W centrum szalały pożary. Jedne to pokłosie wojny, budynki zapalone podczas walk, których teraz nikt nie gasił. Inne to rosyjskie podpalenia. Ich „razwiedcziki” w poszukiwaniu dóbr doczesnych myszkowały po pozbawionych elektryczności domach, przyświecając sobie pochodniami z gałęzi owiniętymi szmatami, które porzucali, kiedy stały się niepotrzebne. W centrum smród stał się tak okropny, że trudno było wytrzymać. Rozkładająca się żywność i ciała, których nikt nie sprzątał, leżały dookoła. Owadów - much i komarów - oraz robactwa żerującego na zwłokach pojawiło się zatrzęsienie. Idąc tam, najlepiej było włożyć coś, co ma rękawy aż do nadgarstków i owinąć głowę szmatą. W niektórych miejscach nie dało się przejść. Opędzanie się nic nie dawało, bo cholerstwo lazło do oczu i uszu, zdobywało każdy kawałek nieosłoniętego ciała. Ci, którzy już tam byli, opisywali zjawisko jako biblijną plagę.
Co do samych Rosjan - zachowywali się w porządku. Da się pogadać, da się pohandlować. Szabru niespecjalnie się czepiają, chyba że dźwiga się przedmiot, który im się akurat też podoba. Ale z ich strony, przynajmniej mężczyźni, nie powinni się spodziewać jakichś utrudnień. Ważne, żeby mieć przy sobie kenkartę albo dokument z obozu, że się było przymusowym robotnikiem. Koniecznie! Bo młodych mężczyzn bez takich papierów mogą zatrzymać i odstawić na Schlossplatz, a tam szef GPU będzie poniżał albo odstawi do tiurmy jako „ważnego Niemca”, których Sowieci wyłapują na potęgę. Za wszelką cenę trzeba udowodnić, że się jest Polakiem i mieć na to mocne dokumenty.
Z prostymi żołnierzami współpraca idzie na całego, umowy handlowe zawiera się błyskawicznie, a oba narody ufają sobie w tych sprawach bezgranicznie. Obowiązującą walutą są ręczne zegarki i spirytus. Rosjanie mają złoto w ilościach detalicznych, czasem doskonałe konserwy. Tytoniu od nich nie należy kupować, bo nie da się palić. Uważać trzeba jednak na skośnookich, bo oni często nie mówią nawet po rosyjsku i są dzicy. Prawdziwi Rosjanie też nie lubią się z nimi zadawać.
Niemcy schodzą z chodnika na sam widok idącego człowieka. Można ich nawet zatrzymać i przeszukać, ale nie ma po co. Wszyscy zostali już zrewidowani przez zdobywców. Do mieszkań, nawet zamieszkałych, też można wchodzić. Najlepiej krzyczeć głośno cokolwiek w jakimkolwiek języku. Wtedy kładą uszy po sobie. Pustych lokali jest w bród. Nie wszystkie niemieckie magazyny są pilnowane.
Dostarczone wieści wyraźnie ucieszyły mieszkańców obozu. Tym bardziej, że produkcja własnej, obozowej „waluty” już szła pełną parą. Oczywiście cukru nie było, ale to żaden problem. Inspekcja okolicznych domów w dzielnicach Zimpel i Bischofswalde szybko pokazała, że niemieckie gospodynie w przygotowywaniu domowych przetworów były wzorowe. Liczba słoików dżemów i konfitur znoszona zewsząd, z każdej domowej spiżarni, całkowicie zaspokajała bieżące potrzeby Verrgeltungswaffe, czyli broni odwetowej, jak ochrzczono dzieło „inżynierów” znane dotąd jako V3. Wyposażona w jej szklane „pociski” coraz bardziej liczna grupa zwiadowców przynosiła do obozu stosy łupów.