Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Ucieczka z Festung Breslau
Ucieczka z Festung Breslau - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ucieczka z Festung Breslau

Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:

Wrocław, ostatnie miesiące wojny. Oficer Abwehry, Dieter Schielke, przydzielony zostaje do śledztwa, mającego wyjaśnić okoliczności śmierci osób, przygotowujących do wywozu dzieła sztuki. Pomaga mu w tym urocza archiwistka i tajemniczy The Holmes. Wszystko byłoby proste, gdyby nie fakt, że nikt nie jest tym, za kogo się podaje...
1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 101
Перейти на страницу:

-No ja, ale ja musiałem. Musiałem.

-Wszyscyście musieli! A kto wynosił prywatne pamiątki wyrzuconych z uczelni Żydów i niszczył je w kotłowni?!

Schielke był pod wrażeniem. Oczywiście, że musiał to robić ten stary. Holmes wiedział dobrze, jakiego argumentu użyć. Woźny przypominał galaretę.

-A kto zrywał i palił portrety żydowskich uczonych, co?

-Zmusili mnie! Zmusili pod karabinem!

Nawet Holmes musiał się uśmiechnąć na taką argumentację.

-Pod karabinem, mówisz? - Podszedł bliżej. - Siadaj!

Staruszek zrobił kilka kroków i usiadł na łóżku. Naiwniak.

-Wstań! - Holmes chwycił za kołdrę i prześcieradło, rzucając je na ziemię. Potem zerwał materac i spod siennika wyjął starego mauzera. - Pod TYM karabinem? - spytał łagodnie potrząsając bronią. - Tym karabinem cię zmuszali?

-Nie, nie, nie... - Z biedaka lał się pot. - Dali mi go, jak zaczęła się wojna z Sowietami. Jestem woźnym. Jestem naprawdę tylko woźnym, miałem pilnować.

-No ładnie - Holmes odstawił niepotrzebną broń. - Mamy więc komplet informacji o tobie. - Zerknął na Schielkego. - Pod mur?

Ten skinął głową.

-Ja bym się nie cackał.

Woźny runął na kolana.

-Błagam, błagam, ja nic nie zrobiłem...

Holmes przysiadł na rogu stołu.

-Pamiętasz dzień, kiedy Berlin został okrążony? Przybyło tu kilkunastu gestapowców.

Staruszek podniósł oczy.

-Tak, pamiętam, oczywiście. Kazali się zaprowadzić na elektrotechnikę.

-Gdzie konkretnie?

-Tak konkretnie to nie wiem, wtedy pojawiło się tu mnóstwo ludzi. Był tu lazaret prowadzony przez siostry zakonne, był...

-Lazaret? - wtrącił się Schielke. - A gdzie jest on teraz? - Kciukiem wskazał na puste gmaszysko za oknem. - Co się stało z rannymi, którzy nie mogli chodzić?

Staruszek znowu się przestraszył.

-Ja nic nie wiem! Niczego nie widziałem! Naprawdę niczego nie widziałem!

-Dobrze, dobrze - Holmes mówił teraz cichym, kojącym głosem. - I do kogo zaprowadziłeś tych gestapowców?

-Tylko jednego zaprowadziłem. Reszta czekała.

-Do kogo? - powtórzył Holmes.

-Do doktora Klausa.

-A czym on się zajmował?

-Był specjalistą od nowoczesnej łączności.

-I co razem robili?

-Gabinet był pełen ludzi, więc poszli do sali wykładowej. Ten z gestapo o coś pytał, a doktor zaprzeczał gwałtownie, potem zaczął coś rysować na tablicy. I pisać wzory, które potem skreślał. Gestapowiec pytał, a tamten zaprzeczał i znów pisał wzory, które potem skreślał.

-O czym mówili?

-Nie wiem. Ja siedziałem na krześle, na korytarzu. Drzwi były otwarte, ale oni gadali cicho. Dobiegały mnie pojedyncze słowa, głównie doktora, jak się czymś podniecił.

-Co to za słowa?

-„Niemożliwe”, „to absolutnie niemożliwe”, „tego się nie da zrobić”, „nie będzie działać”. Trwało to jakąś godzinę. Potern jednak gestapowiec mówił coś szeptem, a zaaferowany doktor zaczął chodzić po sali i o czymś myśleć. Był podekscytowany. Znowu zaczął coś pisać na tablicy, a po chwili starł to rękawem i rozłożył ręce. W czymś się musiał jednak z tamtym zgodzić.

-I co dalej?

-Nic. Gestapowiec wyszedł wściekły, dosłownie nim trzęsło, a doktor został na sali i patrzył na pustą tablicę, ja musiałem odprowadzić oficera.

Holmes skinął głową.

-Oczywiście nie wiesz, co z Klausem?

Dziadek wzruszył ramionami.

-To był wtedy ostatni raz, jak go widziałem. Podobno mieli go ewakuować, ale wątpię, bo nic już nie latało.

Holmes zerknął na Schielkego, który wzruszył ramionami.

-Karabin radzę wyrzucić - mruknął, zbierając się do wyjścia.

Wewnętrzny dziedziniec przywitał ich upałem i nawałą światła. Musieli mrużyć oczy. Z ulgą weszli do ogromnego, chłodnego korytarza.

-I co? Coś ci się rysuje?

Holmes przygryzł wargi i zerknął w bok.

-Uśmiejesz się. Ale tak.

-Więc to tylko ja jestem ciemny jak tabaka w rogu. Klausa przecież łatwo nie znajdziemy.

-Nie wiem, czy jest nam potrzebny.

Wyszli na zewnętrzne schody głównego wyjścia znowu oślepieni słońcem.

-No i co to za szabrownicy, którzy niczego nie wynoszą - odezwał się ktoś prawie poprawną polszczyzną. - Jak wam nie wstyd?

Osłaniając oczy rękami, dojrzeli sowieckiego lejtnanta w asyście kilku żołnierzy.

-Nie przyszli w ciemno - rzucił Holmes. - Pamiętaj o procedurze w takich wypadkach.

Schielke skinął głową. Obaj podeszli bliżej.

-Proszę mnie skontaktować z oficerem Smiersza. Jesteśmy agentami polskiego wywiadu.

-Coś takiego. - Rosjanin uśmiechał się zabawnie. - Polscy agenci. A cóż wy tu robicie?

Procedura przewidziana na taką okoliczność była jednak jasna. Żadnej dyskusji.

-Proszę nas skontaktować z jakimkolwiek oficerem Smiersza. Bezzwłocznie.

Rosjanin zaczął się śmiać.

-Ależ oczywiście drodzy panowie. Skontaktujemy. - Wskazał na dwa amerykańskie jeepy zaparkowane na jezdni. - A nawet z uprzejmości zawieziemy. Ten pan pojedzie pierwszym samochodem, a ten pan drugim. Żadnych rozmów, proszę.

Jeep, który wiózł Holmesa, tuż przed Freiheitsbriicke skręcił w prawo, wprost na monstrualne lotnisko w środku miasta. Jeep Schielkego natomiast w lewo, bezpośrednio na most. Swąd, który ogarnął ich po drugiej stronie rzeki, był wręcz nieprawdopodobny. Spalenizna, zgnilizna, resztki rozkładającej się żywności i ludzkich ciał. Woń niemożliwa do opisania. Ilość owadów i insektów żerujących wokół była taka, że koła samochodu znaczyły swój ślad czarnymi koleinami w ohydnej brei. Z powodu komarów Schielke nacisnął głębiej na głowę robotniczą czapkę i postawił kołnierz. Do ust przytknął chusteczkę, usiłując głęboko nie oddychać.

Centrum, a właściwie jego straszliwe resztki, przedstawiały potworny widok. W ruinach wokół szalały pożary, zasnuwając dymami szczegóły posępnego krajobrazu końca świata. Wszędzie poustawiane były setki najróżniejszych pojazdów. Chłopskie wozy, eleganckie dorożki, zdezelowane ciężarówki, samochody osobowe ciągnięte przez konie, wojskowe transportery najróżniejszych armii, karawany, platformy na kołach były zajmowane przez żołnierzy Armii Czerwonej w różnym stanie trzeźwości i w różnych fazach nasycenia zbieranymi wokół dobrami materialnymi. Kakofonia dźwięków wydobywająca się z najprzeróżniejszych głośników, od zwykłych gramofonów do potężnych przewoźnych stacji propagandowych, walczyła z odgłosami imprez odbywających się w niezniszczonych jeszcze lokalach. Patrole zorganizowane były jednak wzorowo. Nieliczni cywile mieli się na baczności.

Upiorna droga trwała bardzo długo. Jeep musiał kluczyć i lawirować wokół gruzowisk, żeby znaleźć choć kawałek dobrej nawierzchni. Wreszcie, po jakichś dwóch godzinach zaparkował na chodniku pod domem handlowym Dyckhoffa. Ta sama droga w czasach pokoju, odbyta na piechotę, trwałaby niecałe pół godziny. Wysiadając, Schielke zerknął do góry. O dziwo, budynek zaprojektowany przed Mendelsohna nie był zniszczony, na górnych piętrach przetrwały nawet szyby. Kapitan uśmiechnął się w duchu. Napis „Dyckhoff” już zerwano, ale nowoczesna budowla wyglądała jednak zaskakująco dobrze.

Bocznymi schodami zaprowadzono go na najwyższe piętro, gdzie dostał malutki pokój z biurkiem, krzesłem i ogromną kanapą. „Dostał” było najwłaściwszym określeniem, wnętrze bowiem nie przypominało więziennej celi. W oknie nie było krat, a jedynie cieniutka, papierowa roleta. Nie podnosił jej, bo i po co. Nie było na co patrzeć po tamtej stronie, a upał doskwierał coraz bardziej. Na szczęście na biurku ktoś zostawił dwie butelki wody mineralnej, paczkę wojskowych sucharów i słoik dżemu. Nie było najgorzej, ocenił. Wnętrze nie przypominało znanych z opisów pokoi gościnnych osławionego hotelu łubiankowskiego w Moskwie. Kiedy został sam, Schielke ocenił własne zasoby. Półtorej paczki amerykańskich papierosów, benzynowa zapalniczka, pudełko angielskich miętowych cukierków, przeciwsłoneczne okulary i chustka. Wyjął ze skarpetki tak ważny w tej sytuacji zegarek i usiadł na wygodnej kanapie. Nie, nie, zdecydowanie nie mógł narzekać. NKWD pokazało się w wydaniu luksusowym.

1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 101
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)