Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– To pistolet kamizelkowy! – ryknął Matwiej Bencjonowicz, oblewając się rumieńcem. – Rzecz niezastąpiona przy nocnej napaści. Posiada wyjątkową jak na swój kaliber siłę rażenia!
Hrabia zmarszczył się leciutko.
– Filipie, odbierz mu to paskudztwo!
Tu należałoby palnąć w podłego arystokratę i zademonstrować mu doskonale zalety zlekceważonego pistoletu, prokurator przypomniał sobie jednak, że subiekt ze sklepu z bronią uprzedzał: „Oczywiście przy odległości większej niż dwa sążnie siła rażenia słabnie, a przy pięciu sążniach w ogóle nie warto w przekładzie tracić naboju".
Magnat stał w odległości mniejszej niż pięć sążni, ale też, niestety, większej niż dwa.
Dlatego Berdyczowski żwawo odskoczył w bok i wycelował w byczkowatego Filipa. Na głupie ostrzeżenia („Stój, bo będę strzelał!" i tym podobne) czasu nie tracił, ale po prostu odciągnął kurek i natychmiast go spuścił.
Puknięcie było słabsze niż przy otwarciu szampana. Ręka prawie nie wyczuła odrzutu. Dym, który wydobył się z maciupkiej lufy, przypominał wacik, jaki co najwyżej można by wsunąć do nosa.
Jednakże – rzecz niewiarygodna – dryblas zgiął się wpół i pochwycił rękami za brzuch.
– Wasza wiel... – wystękał. – On mnie w brzuch! Boli, siły braknie!
Na kilka chwil jadalnia stała się scenerią czegoś w rodzaju pantomimy albo pas de quatre. Na twarzy hrabiego odbijało się bezgraniczne zdumienie – któremu towarzyszyło pojawienie się co najmniej dwóch, trzech zmarszczek – a ręce same rozłożyły się na boki. Kiesza zastygł na podłodze w pozie umierającego, a nawet prawie już umarłego łabędzia. Ranny sługa kołysał się na piętach, zgięty we dwoje. A i sam Berdyczowski, który w głębi ducha niezbyt wierzył w skuteczność swej broni, zdrętwiał na moment.
Pierwszy oprzytomniał radca stanu. Odrzucił bezużyteczny pistolecik, dopadł do leżącego na podłodze lefochera, chwycił go i zaczął szukać palcem języka spustowego. Ach, tak, przecież jest składany!
Odwiódł kurek, przełożył rewolwer do lewej ręki, a kciuk ze złamanym paznokciem wsunął do ust, by obmacać go językiem.
Niechby nawet lefocher był – jak wyraził się hrabia – „byle czym", ale sześć kul to niejedna. No i bije nie na dwa sążnie.
– Och, boli! – zawył na cały głos Filip. – W brzucho mi strzelił! Mamusiu, gorąco! Umieram! Przestał się kiwać, upadł i zaczął wierzgać nogami.
– Milczeć! – okropnym, piskliwym głosem wrzasnął nań pobladły z wściekłości Berdyczowski. – Leż cicho, bo jeszcze raz wystrzelę!
Drab natychmiast zamilkł, zagryzał jedynie wargi i ocierał łzy, które dziwnie wyglądały na z gruba ciosanej, brodatej twarzy.
Kieszy zaś prokurator, oblizując paznokieć, nakazał:
– Ty, pafkudniku, marf pod ftół i zęby ciebie tez nie było fłychać!
Młody człowiek natychmiast dokonał dyslokacji na wskazaną pozycję, przy czym przeprowadził ów manewr na czworakach.
Teraz można było zająć się główną figurą.
Figura zaś wciąż jeszcze trwała w osłupieniu – bez ruchu, z nadgryzioną brzoskwinią w dłoni.
– Az wami, wąsa wielmoznof, połozmawiamy fobie – powiedział Matwiej Bencjonowicz, nie wyjmując palca z ust, i uśmiechnął się tak, jak jeszcze nigdy w życiu się nie uśmiechał.
Z radcą stanu działo się coś mało zrozumiałego, lecz jednocześnie było to wspaniałe. Przez całe życie Berdyczowski uważał siebie za tchórza. Czasami zdarzało mu się dokonywać śmiałych czynów (był wszak prokuratorem), ale za każdym razem wymagało to od niego ogromnego napięcia, a później kończyło się uciskiem w sercu i nerwowymi dreszczami. Teraz zaś Matwiej Bencjonowicz nie doznawał żadnych emocji – wymachiwał rewolwerem i czuł się doskonale.
W dzieciństwie bywało, że on, syn szewca i jedyny Żydek w całej robotniczej osadzie, pociągając rozbitym do krwi nosem, wyobrażał sobie, że wstąpi do wojska i powróci jako oficer, przy szabli i epoletach. Wtenczas policzy się i z Waśką Praczkinem, i z podłym Czuchą. Będą pełzali i błagali: „Mordka, kochany, nie zabijaj". Zamachnie się szablą i powie: „Nie jestem dla was Mordką, jestem porucznikiem Mordechajem Berdyczowskim!" A potem im wybaczy, niech tam.
Wszystko spełniło się niemal co do joty, tyle że w ciągu trzydziestu lat, jakie od tamtej pory minęły, Matwiejowi Bencjonowiczowi najwyraźniej stwardniało serce – nie miał ochoty wybaczyć hrabiemu
Czarnokuckiemu, pragnął zabić tę nikczemną kreaturę tutaj i teraz, nie od razu jednak, ale tak, żeby się nacierpiał.
Zdaje się, że owo pragnienie dało się wyraźnie wyczytać w oczach rozgorączkowanego prokuratora, jego wielmożność bowiem upuścił nagle brzoskwinię i chwycił się krawędzi stołu, zupełnie jakby trudno mu było utrzymać się na nogach.
– Jeśli mnie pan zastrzeli, żywy pan z zamku nie wyjdzie – powiedział pospiesznie magnat. Berdyczowski spojrzał na wilgotny palec i zmarszczył się.
– Bo też nigdzie na noc nie zamierzam iść. Przede wszystkim wykończę pana, bo swoim istnieniem obraża pan świat. Potem pański Filip, jeśli nie chce dostać jeszcze jednej kulki, pójdzie ze mną do telegrafu i wystuka depeszkę do pana naczelnika policji. No co, Fila, wystukasz depeszkę?
Lokaj skinął – głośno bał się odezwać.
– Właśnie. Tam się zabarykaduję i zaczekam na policję.
– Za zabójstwo hrabiego Czarnokuckiego trafi pan na katorgę!
– Po tym, jak policja znajdzie w lochach pańską sekretną kolekcję? Zasłużę na order, a nie na katorgę. No!
Matwiej Bencjonowicz wycelował w środek ciała jego wielmożności, ale zaraz się rozmyślił – nakierował lufę na głowę.
Twarz Czarnokuckiego, i bez tego blada, stalą się całkowicie kredowa. Jeden granatowoczarny wąs opadł nie wiadomo kiedy, drugi jeszcze się trzymał.
– Czego... czego pan chce? – wybełkotał właściciel zamku.
– Będziemy tu mieli przesłuchanie pod przymusem – oznajmił Berdyczowski. – O, bardzo, ale to bardzo będę stronniczy! Niesłychanie trudno będzie mi się powstrzymać od przedziurawienia pańskiej przegniłej głowy.
Hrabia popatrywał to na wykrzywioną twarz radcy stanu, to na podskakującą w jego niepewnej ręce lufę. Rzeki szybko:
– Odpowiem na wszystkie pytania. Tylko proszę zachować spokój. Ma pan wystarczająco twardy spust? Proszę się napić mozelskiego, działa uspokajająco.
Berdyczowski uznał ten pomysł za nie najgorszy. Przysunął się do stołu. Nie spuszczając oczu z hrabiego, namacał jakąś butelkę (mozelskie czy nie – wszystko jedno) i wypił łapczywie.
Po raz pierwszy w życiu Berdyczowski pił wino prosto z butelki. Okazało się, że smakuje lepiej niż z kielicha. Zaprawdę, dla radcy stanu była to noc zdumiewających odkryć.
Odstawił butelkę, otarł wilgotne wargi – ale nie chusteczką, tylko rękawem. Tak dobrze!
– Co pana łączy ze sztabsrotmistrzem Racewiczem?
– To mój kochanek – odrzekł bez najmniejszego wahania hrabia. – To znaczy były kochanek... Nie widziałem go od pół roku i nie miałem o nim żadnych wieści – aż do pańskiej wizyty.
– Bo uwierzę! Wszak to pan spłacił jego długi!
– Nic podobnego! Z jakiej racji? Gdybym za każdego ze swoich kochanków płacił po piętnaście tysięcy, to nie wystarczyłoby całego majątku Czarnokuckich.
– To nie pan?! – Prokurator natychmiast stracił rezon. – Nie pan?! To... to kto w takim razie? Hrabia wzruszył ramionami.
Wersja numer trzy, która tak poręcznie pojawiła się na gruzach dwóch poprzednich, runęła. Czas zmarnowany na próżno! Znowu figa z makiem!