Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
„To ma jakiś związek z Mocą” – myśli z trudem przebijały się przez mgłę spowijającą umysł. Nie czuł obecności Źródła, choć nie oddzielała go odeń tarcza. Jakiż napój może wywierać takie skutki?
Biedny Emarin łkał w więzach. Jeszcze nie zdołali przeprowadzić jego Konwersji, ale w miarę jak godziny mijały, był coraz bliżej załamania. Androl skręcił się i odwrócił głowę. Ledwie mógł dostrzec trzynastu mężczyzn, którzy brali udział w procesie Konwersji. Zgarbieni siedzieli za stołem w półmroku pomieszczenia. Byli wyczerpani.
Przed oczyma przemknęły Androlowi świeże wspomnienia… Wczorajsze krzyki Taima, który rugał swoich ludzi, ponieważ jego zdaniem proces postępował zbyt wolno. Z tego, co Androl zrozumiał, stracili zbyt wiele sił na pierwszych mężczyzn i kobiety, których Przekonwertowano, a teraz szło im znacznie trudniej.
Pevara spała. Napar pozbawił ją świadomości. Androla napojono w ostatniej kolejności i jakby dopiero po zastanowieniu. Przez większość czasu nikt się nim nie zajmował. Taim zresztą zezłościł się, gdy odkrył, że Pevarze podano napar. Najwyraźniej chciał ją poddać Konwersji w następnej kolejności, a to wymagało, żeby ofiara była zdolna do przenoszenia Mocy.
– Wypuśćcie mnie!
Androl zerknął tam, skąd dobiegał nieznajomy głos. Abors i Mishraile wlekli kogoś przez drzwi: niską kobietę o miedzianej skórze. Toveine, jedna z Aes Sedai, którym Logain nałożył więzi zobowiązań.
Leżący niedaleko Logain – oczy miał zamknięte i wyglądał, jakby został pobity przez rozjuszony tłum – lekko drgnął.
– Co wy wyprawiacie! – krzyczała Toveine. – Światłości! Zaraz… – Krzyki urwały się, gdy Abors założył jej knebel. Mężczyzna o krzaczastych brwiach był jednym z tych, którzy z własnej woli przystali do Logaina, jeszcze w dniach, zanim zaczęły się Konwersje.
Z myślami wciąż tonącymi w mgle oszołomienia Androl próbował uwolnić dłonie z więzów, lecz okazały się zbyt mocno zadzierzgnięte. Racja. Wcześniej Evin dostrzegł rozluźnione pęta i zawiązał je na nowo.
Sytuacja była beznadziejna. Czuł się taki bezużyteczny. Nienawidził tego uczucia. Gdyby poszukać jednej rzeczy, jaka przyświecała Androlowi w życiu, byłoby nią zapewne pragnienie, żeby nigdy nie być bezużytecznym. Zawsze wiedzieć coś, co może się przydać w danej sytuacji.
– Ona będzie następna do Konwersji – usłyszał głos Taima.
Znowu zerknął. Taim siedział za stołem. Przyglądanie się Konwersji sprawiało mu przyjemność, ale nie patrzył na Toveine. Bawił się czymś, co trzymał w dłoniach. Jakimś krążkiem…
Znienacka wstał, wsunął krążek do sakiewki przy pasie.
– Tamci skarżą się na wyczerpanie będące skutkiem ogromu obowiązków. Cóż, kiedy ją Przekonwertują, będą mogli ją wziąć do pomocy i skorzystać z jej siły. Mishraile, idziesz ze mną. Już czas.
Mishraile wraz z kilkoma pozostałymi stanęli za Taimem; tamci stali wcześniej w miejscu, którego Androl nie mógł dostrzec.
Taim ruszył w kierunku drzwi.
– Zanim wrócę, ta kobieta ma już być po Konwersji – powiedział.
Lan galopował po skalistym gruncie, zmierzając ku Przełęczy – setny już chyba raz, jak mu się wydawało, choć bitwa trwała mniej niż tydzień.
Książę Kaisel i król Easar zajęli miejsca za nim, obaj zmuszali swoje wierzchowce do wytężonego biegu.
– Co jest, Dai Shan? – krzyknął Kaisel. – Kolejny atak? Nie widziałem sygnału alarmowego!
Lan pochylił się z ponurą miną nad karkiem Mandarba. W otaczającym półmroku płonęły stosy ciał i drewna. Mijał je, prowadząc do boju szarże kilku setek Malkierczyków. Kremacja zwłok była przedsięwzięciem trudnym, niemniej nie tylko potrzebowali światła, ale dzięki temu odbierali posiłek Trollokom.
Z przodu dobiegł go odgłos, który napełnił go przerażeniem. Od samego początku obawiał się go usłyszeć.
Wybuchy.
Brzmiały niczym zderzające się ze sobą głazy. Każdy z nich wstrząsał powietrzem.
– Światłości! – To dołączyła do nich królowa Kandoru Ethenielle, galopując na swoim siwym wałachu. Zawołała do Lana: – To jest to, co myślę?
Lan skinął jej głową. Jedyna Moc wroga.
Ethenielle odwróciła się i zawołała coś do swego orszaku. Lan nie zrozumiał ani słowa. Była pulchną kobietą, jak na Pogranicznika nieco za dużo miała w sobie z matrony. W orszaku jechali za nią lord Baldhere, jej Miecznik, i posiwiały Kalyan Ramsin, jej mąż.
Dotarli wreszcie do Przełęczy, gdzie wojownicy zmagali się z nawałą bestii. Na ich oczach oddział kawalerii Kandoru przy jednym z frontowych ognisk wyleciał w powietrze.
– Lordzie Mandragoran! – Machał do nich człowiek odziany w czerń. Narishma szybko podbiegł, wraz z nim jego Aes Sedai. Lan rozkazał przenoszącym Moc trzymać się zawsze blisko frontu, ale nie brać udziału w walce. Ich przeznaczeniem było stanowić świeże odwody.
Tak jak teraz.
– Przenoszą? – zapytał Lan, ściągając wodze Mandarba.
– Lordowie Strachu, Dai Shan – wydyszał Narishma. – Może nawet ze dwie dziesiątki.
– Co najmniej dwudziestu przenoszących – zauważył Agelmar. – Przejdą przez nas jak miecz przez nowo narodzone jagnię.
Lan rozejrzał się po ponurym krajobrazie, który kiedyś stanowił jego ojczyznę. Ojczyznę, której nigdy nie znał.
Będzie musiał porzucić Malkier. Świadomość tej konieczności była niczym nóż drążący ranę, ale zrobi to.
– Masz swój odwrót, lordzie Agelmar – powiedział. – Narishma, dacie radę coś z tym zrobić?
– Jeżeli znajdziemy się dostatecznie blisko, możemy próbować strącać w powietrzu ich sploty – odparł Asha’man. – Ale kiedy użyją tylko wstęg Ognia i Ziemi, może się to okazać trudne, o ile nie niemożliwe. Poza tym jest ich tylu… cóż, namierzą nas. I obawiam się, że wytną w pień…
Niedaleki wybuch rozerwał ziemię, a Mandarb stanął na tylnych nogach, omalże strącając Lana z siodła. Przez chwilę zmagał się z koniem, nic prawie nie widząc przez oślepłe na moment oczy.
– Dai Shan! – krzyknął Narishma.
Mrugając, pozbył się łez z oczu.
– Udasz się do królowej Elayne! – krzyknął Lan. – I sprowadzisz przenoszących, żeby osłonili nasz odwrót. Bez nich posiekają nas na plasterki. Idź, człowieku!
Agelmar już wykrzykiwał rozkazy odwrotu i wzywał łuczników, żeby wzięli na cel Lordów Strachu, kryjąc ich ostrzałem. Lan wyciągnął miecz z pochwy i pogalopował, żeby zawrócić swoją jazdę.
„Broń nas, Światłości” – powtarzał w myślach, równocześnie krzycząc co sił w płucach i starając się ratować ludzi. Przełęcz była stracona.
Elayne czekała niecierpliwie na skraju Lasu Braem.
Las był jednym z tych, co zdają się posiadać własną duszę. Wiekowe drzewa były jak jego palce, które wyciągały się z ziemi, aby czuć wiatr.
W takim miejscu jak Braem trudno było nie zdawać sobie sprawy z tego, jakim się jest małym. Choć wiele drzew było zupełnie ogołoconych z liści, Elayne miała wrażenie, że z głębi boru patrzy na nią tysiąc oczu. Z dzieciństwa napłynęły wspomnienia – bajki o lesie pełnym zbójników: tych dobrych i tych o sercach wykoślawionych niczym serca Sprzymierzeńców Ciemności.
„W rzeczy samej…” – pomyślała, wspominając jedną z takich bajek. Zwróciła się do Birgitte:
– Byłaś może kiedyś przywódcą bandy zbójników w tym lesie?
Birgitte skrzywiła się.
– Miałam nadzieję, że akurat o tym nie słyszałaś.
– Obrabowałaś królową Aldeshar! – zdumiała się Elayne.
– Ale z zachowaniem właściwych manier. Poza tym ona nie była dobrą królową. A wielu twierdziło, że w ogóle była samozwańcem.