Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Ale dlaczego, jeśli ją kochał? — zapytał d’Artagnan.
— Zaczekaj — rzekł Atos. — Zabrał ją do swego zamku, uczynił z niej pierwszą damę prowincji; trzeba przyznać, że potrafiła się znakomicie znaleźć.
— I co dalej? — zapytał dArtagnan.
— Pewnego dnia — ciągnął Atos cicho i szybko — gdy była na polowaniu ze swym mężem, spadła z konia i zemdlała: hrabia rzucił się jej na pomoc, a ponieważ dusiły ją suknie, przeciął je sztyletem i odsłonił jej ramię. Czy możesz sobie wyobrazić, co miała na ramieniu, d’Artagnanie? — rzekł Atos wybuchając głośnym śmiechem.
— Skądże mogę wiedzieć? — rzekł d’Artagnan.
— Kwiat lilii — odparł Atos. — Była napiętnowana.
Atos wychylił jednym haustem szklankę, którą trzymał w ręce.
— Cóż za okropność! — zawołał d’Artagnan. — Co mówisz?
— Mówię prawdę. Mój drogi, anioł był demonem. Nieszczęsna dziewczyna była złodziejką.
— I co zrobił hrabia?
— Hrabia był wielkim panem i miał na swych ziemiach prawo wymierzania wszelkiej sprawiedliwości. Zdarł więc suknię z hrabiny, związał jej ręce z tyłu i powiesił ją na drzewie.
— O nieba, Atosie, to morderstwo! — zawołał d’Artagnan.
— Tak, morderstwo, nic innego — rzekł Atos śmiertelnie blady. — Ale zdaje się, że zabrakło nam wina.
Ujął za szyjkę ostatnią butelkę, zbliżył do ust i wychylił ją tak gładko, jakby to była szklanka. Potem opuścił głowę na ręce; d’Artagnan siedział bez ruchu, przejęty zgrozą.
— To wyleczyło mnie z uczuć do kobiet pięknych, poetycznych i zakochanych — rzekł Atos wstając i nie myśląc już ciągnąć opowieści o hrabim. — Niech Bóg użyczy ci tego samego. Pijmy!
— Więc ona nie żyje? — wyjąkał d’Artagnan.
— Do kroćset! — rzekł Atos. — Dajże swą szklankę. Szynki, nicponiu — krzyknął — nie możemy pić!
— A jej brat? — zapytał nieśmiało d’Artagnan.
— Brat? — rzekł Atos,
— Tak, ten ksiądz?
— Zasięgnąłem o nim wiadomości, by i jego powiesić z kolei, ale uciekł ze swego probostwa poprzedniego dnia.
— Czy wiadomo przynajmniej, kim był ten nędznik?
— To zapewne pierwszy kochanek i wspólnik ślicznotki, zacny człowiek, który udawał księdza, by wydać za mąż swą kochankę i zabezpieczyć jej los. Mam nadzieję, że został poćwiartowany.
— O, mój Boże, mój Boże! — zawołał d’Artagnan oszołomiony straszliwą opowieścią.
— Jedzże tę szynkę, d’Artagnanie, jest wyborna — rzekł Atos krojąc kawałek i kładąc go na talerz młodzieńca. — Jaka szkoda, że takich szynek było tylko cztery w piwnicy! Wypiłbym pięćdziesiąt butelek więcej.
D’Artagnan nie mógł znieść tej mowy, która doprowadzała go do szału; opuścił głowę na ręce i udawał, że śpi.
— Młodzi ludzie nie umieją dziś pić — powiedział Atos spoglądając na niego z litością. — A ten przecież należy do najlepszych!...
Rozdział XXVIII
POWRÓT
D’Artagnan długo jeszcze był ogłuszony straszliwym wyznaniem Atosa, jednak wiele rzeczy wydało mu się w opowieści niejasnych; przede wszystkim wyszła z ust człowieka pijanego, słuchał jej człowiek na wpół pijany, a przecie mimo oszołomienia wywołanego oparami kilku butelek burgunda, d’Artagnan budząc się nazajutrz miał wyryte w pamięci każde słowo Atosa. Wszelkie wątpliwości napawały go tylko większym pragnieniem zdobycia pewności, poszedł więc do przyjaciela chcąc nawiązać do wczorajszej rozmowy. Ale Atos, już najzupełniej opanowany, znów był najdelikatniejszym i najbardziej nieprzeniknionym z ludzi.
Zresztą muszkieter, zamieniwszy z nim uścisk dłoni, sam zaczął pierwszy:
— Byłem bardzo pijany wczoraj, mój drogi d’Artagnanie — powiedział — czułem to dziś rano jeszcze, miałem bowiem skołowaciały język i przyśpieszone tętno. Idę o zakład, że naplotłem bredni bez liku.
Mówiąc te słowa spojrzał na przyjaciela z uwagą, która wprawiła d’Artagnana w zmieszanie.
— Ależ nie — odparł d’Artagnan — jeśli pamiętam, mówiłeś mi rzeczy całkiem zwyczajne.
— Ach, zdumiewasz mnie! Zdawało mi się, że opowiedziałem ci bardzo żałosną historię.
I spojrzał na młodzieńca, jak gdyby chciał czytać w jego sercu.
— Na honor — rzekł d’Artagnan — musiałem być jeszcze bardziej pijany od ciebie, skoro sobie nic nie przypominam.
Atosowi nie wystarczyło to widać i ciągnął dalej:
— Zauważyłeś pewnie, mój drogi przyjacielu, że każdy człowiek upija się inaczej: na smutno lub na wesoło. Ja upijam się na smutno i kiedy jestem pijany, opowiadam najokropniejsze bajdy, jakie wbiła mi w pamięć moja głupia niańka. To moja wada, wada zasadnicza, muszę przyznać; ale poza tym potrafię pić dobrze i tęgo.
Atos mówił to w sposób tak naturalny, że d’Artagnan zachwiał się w swoich przypuszczeniach.
— Ach, tak, w samej rzeczy — rzekł młody człowiek próbując uchwycić prawdę — przypominam sobie jak przez sen, że mówiliśmy o powieszonych.
— Widzisz sam — odparł Atos blednąc, a jednak próbując się śmiać — byłem tego pewien, wisielcy to moja zmora.
— Tak, tak — rzekł d’Artagnan — wraca mi pamięć, tak, chodziło więc... poczekaj... chodziło o kobietę.
— Proszę bardzo — odparł Atos mieniąc się na twarzy — to moja zwykła opowieść; kobieta o jasnych włosach, opowiadam o niej zawsze, gdy jestem pijany na umór.
— Otóż to właśnie — rzekł d’Artagnan — historia o jasnowłosej kobiecie, wysokiej, pięknej, o niebieskich oczach.
— Tak, i powieszonej.
— Przez swego męża którego znałeś — ciągnął d’Artagnan patrząc uważnie na Atosa.
— Widzisz, jak można kogoś skompromitować, kiedy człowiek nie wie, co mówi — rzekł Atos wzruszając ramionami, jak gdyby litował się nad sobą. — Stanowczo przestanę się upijać, d’Artagnanie, to bardzo niedobre przyzwyczajenie.
D’Artagnan milczał.
Potem Atos nagle zmienił temat rozmowy:
— Chciałem ci podziękować za konia, którego mi przyprowadziłeś — powiedział.
— Podoba ci się? — zapytał d’Artagnan.
— Tak, ale nie jest to koń bardzo wytrzymały.
— Mylisz się; zrobiłem na nim dziesięć mil w niespełna półtorej godziny, a był równie świeży, jakby okrążył plac Saint-Sulpice.
— Co powiesz? Zaczynam tedy żałować.
— Żałować?
— Tak, bo się go pozbyłem.
— Jak to?
— Było to tak: dziś rano zbudziłem się o szóstej, ty spałeś jak zabity i nie wiedziałem, co robić; byłem wciąż jeszcze otumaniony po naszym wczorajszym pijaństwie; zszedłem więc do wielkiej sali i ujrzałem tam jednego z naszych Anglików, który kupował konia u handlarza, jego koń bowiem padł wczoraj. Podszedłem do niego i widząc, że daje sto pistoli za karogniadego konika, rzekłem: “Na honor, mój panie, ja też mam konia do sprzedania”.