Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 77 78 79 80 81 82 83 84 85 ... 138
Перейти на страницу:

— Nie. — Roztarta drugą ręką skręcone mięśnie karku, krzywiąc się. — Inaczej nie bolałoby mnie tak bardzo.

— Też jesteś więźniem. — Pochylił się, lekko mrużąc oczy; oczy miał nadal trochę zaczerwienione. Kiwnęła głową. — Twoja twarz. Czy cię… męczyli? — zapytał.

Pokręciła głową.

— Nie. Nie zranili mnie. Boją się mnie, na razie.

— Boją? — Spojrzał na drzwi i korytarz za nimi. Odległe odgłosy budzącego się do nowego dnia obozowiska dochodziły jak echo z innego świata.

Uniosła twarz, ujrzała, jak krzywi się na widok rany na gardle, potem opuszcza głowę.

— Sybilla?

Znowu się schyliła.

— Bogowie, wszystko dzieje się za szybko. — Położył się znowu, przeczekał na boku następny atak kaszlu.

Coś mignęło jej w kąciku oka. Okręciła się i zobaczyła za sobą stosik niebiesko-czarnego ubrania związanego wstążką, obok dzban i talerz z suszonym mięsem.

— Ktoś przyniósł nam jedzenie. — Sięgnęła po nie od razu. — Jedzenie… — Nie wiedziała nawet, kiedy po raz ostatni coś jadła.

— Blodwed. Parę godzin temu. Udawałem, że śpię.

Moon pociągnęła długi łyk z dzbana, gęsty, niebieskobiały płyn spłynął jak ambrozja jej spieczonym gardłem do skurczonego żołądka.

— Och… — wydyszała, westchnęła z radości i ulgi, odstawiając dzbanek. Napełniła plastykowy kubek, podała jemu.

— Nie — zasłonił twarz. — Nie chcę tego.

— Musisz. Żeby się wyleczyć, nabrać sił.

— Nie. Nie muszę… — opuścił dłoń sprzed oczu, uniósł głowę, patrząc na nią. — Tak… chyba muszę. — Wziął naczynie zdrową ręką; ujrzała blizny i na tym nadgarstku. Dostrzegł, że na niego patrzy, uniósł bez słowa kubek do ust i wypił powoli.

Moon żuła kawałek suszonego mięsa, przełknęła go, nim zapytała:

— Kim jesteś? Jak się tu dostałeś?

— Kim jestem… — Spojrzał na płaszcz swego munduru, dotknął go; twarz przybrała zdziwioną minę, jakby budził się ze śpiączki. — Gundhalinu, sybillo. Inspektor policji BZ Gundhalinu… — skrzywił się — z Kharemough. Zestrzelili mój patrolowiec i wzięli do niewoli.

— Jak długo tu jesteś?

— Od zawsze. — Zamknął oczy, otworzył je znowu. — A ty? Porwali cię z portu gwiezdnego? Skąd jesteś? Z Wielkiej Błękitnej czy z Samathe?

— Nie, z Tiamat.

— Stąd? Jesteś przecież sybillą. — Oderwał kubek od warg. — Zimacy nie…

— Jestem Letniaczką. Moon Dawntreader Letniaczka.

— Gdzie nauczyłaś się sandhi ? — W tym pytaniu kryło się coś mroczniejszego niż ciekawość.

Moon skrzywiła się niepewnie.

— Na Kharemough.

— A więc jesteś tu nieprawnie! Jak zdołałaś tu wrócić? — Głos mu się załamał, był zbyt słaby jak na udźwignięcie ciężaru władczego żądania.

— Tak samo, jak odleciałam — przy pomocy przemytników techniki. — Nieświadomie przeszła na swój język; była zdziwiona i oburzona jego oburzeniem. — Co zamierzasz z tym zrobić, Siny? Aresztujesz mnie? Wydalisz? — Dotknięta, zasłoniła dłońmi usta.

— Zrobiłbym to… gdybym miał możliwości. — Podążał za nią zawzięcie od jednego języka do drugiego. Własna sprawiedliwość wyczerpała go jednak i opadł zmęczony na pryczę. Roześmiał się szorstko, nienawistnie. — Nie martw się. Leżę na twarzy… w kosmicznym gnoju, mieszkam w psiarni… nie mam żadnej władzy. — Dokończył napój i zwiesił zaczepiony o palec kubek poza krawędź pryczy.

Moon napełniła kubek i znowu wetknęła mu do ręki.

— Szmuglująca sybillą. — Pił ostrożnie, patrząc na nią. — Myślałem, że waszym celem jest służba ludzkości, a nie sobie. A może zrobiłaś sobie ten tatuaż… z przyczyn czysto handlowych?

Moon zarumieniła się z gniewu.

— To niedozwolone!

— Podobnie jak przemyt. Ale się zdarza. — Kichnął gwałtownie, rozpryskując picie na siebie i na nią.

— Nie jestem przemytniczką. — Starła kropelki z kurtki. — Ale nie dlatego, że to potępiam. To ty się mylisz, Gundhalinu, jak wszyscy Sini — pozwalacie swoim przybywać tu i zabierać, co zechcą, nie dając nam nic w zamian.

Uśmiechnął się bez wesołości.

— Połknęłaś więc tę niby prostą przynętę i skryty w niej haczyk? Skoro chcesz zobaczyć… prawdziwą zachłanność i wyzysk, poleć na planetę, na której nie ma naszych sił utrzymujących porządek. Albo powstrzymaj… ludzi swego pokroju przed wracaniem i sprawianiem kłopotów, skoro już się wydostałaś z tego świata.

Moon przysiadła na piętach, nic nie mówiąc, powstrzymując gniewne słowa. Gundhalinu także milczał; siedziała, wsłuchując się w oddech świszczący w jego gardle.

— To mój świat. Mam prawo tu być. Jestem sybillą, Gundhalinu, i będę służyć Tiamat na wszelkie możliwe sposoby. — Coś twardszego od dumy wypełniło jej słowa. — W każdej chwili mogę udowodnić, że nikogo nie udaję. Pytaj, a odpowiem.

— Nie trzeba, sybillo — wyszeptał przepraszająco. — Już to zrobiłaś. Powinienem cię nienawidzić za wyleczenie… — Przekręcił się na brzuch i spojrzał na nią; zdumiał ją swą miną, zacisnęła dłonie na własnych nadgarstkach. — Ale świadomość, że żyję i nie jestem sam, widok twej twarzy… słuchanie, jak mówisz w cywilizowanym języku, moim języku… Bogowie, nie sądziłem, że kiedykolwiek jeszcze go usłyszę! Dziękuję ci… — załamał mu się głos. — Jak długo… jak długo byłaś na Kharemough?

— Prawie miesiąc. — Włożyła do ust następny kawałek suszonego mięsa, nim znowu na niego spojrzała; zaczekała, aż się rozpuści, wygładzi gardło spięte nagłym współczuciem. — Mogłam zostać dłużej, może nawet do końca życia. Gdyby sprawy potoczyły się inaczej.

— Dlaczego więc wolałaś tu wrócić? — W jego głosie nie było już sarkazmu, wyłącznie pragnienie. — Gdzie mieszkałaś? Co widziałaś?

— Głównie na Targu Złodziei. W mieście portowym. — Usiadła na skrzyżowanych nogach, rozmieściła się wygodnie i pozwoliła myślom powrócić do dni, kiedy to karmiła swe oczy; ujrzała Elsevier, Silky'ego i Cressa, żywych i radujących się wraz z nią; podróż na powierzchnię planety; ozdobne ogrody KR Aspundtha… — Piliśmy lith i jedliśmy owoce w cukrze… Och, widziałam na ekranie, jak Singalu został Techem.

— Co? — Gundhalinu usiadł oparty o ścianę, patrząc na nią z niewiarygodnym zadowoleniem. Zauważyła, że brak mu zęba. — Na bogów, nie mogę w to uwierzyć! Stary Singalu? Wymyśliłaś to sobie, prawda?

Pokręciła głową.

— Ależ nie! To był przypadek. Ale nawet KR się cieszył. — Przypomniała sobie łzy w oczach Elsevier, we własnych… Nagle napłynęły jej do oczu, tym razem płakała z żalu.

— Spotkałaś się z KR Aspundthem! — Potrząsnął głową i otarł własne oczy, ciągle się uśmiechając. — Nawet mój ojciec nie spotkał się z nim! No, mów dalej, co było potem?

Moon przełknęła ślinę.

— Rozrozmawialiśmy. Poprosił, bym zatrzymała się u niego na kilka dni. Wiesz, jest sybillą… — przerwała.

— Wiem, że jest wiele — rzeczy, o których mi nie mówisz — powiedział spokojnie Gundhalinu. Pokręcił głową. — Nie. Nie chcę o nich wiedzieć. Nie chcę nawet usłyszeć, dlaczego, u licha, KR Aspundth zaprosił na herbatkę przemytników techniki. Mogłaś jednak mieć wszystko, czego można tu pragnąć — życie, rzeczy tu nie znane. Czemu? Dlaczego to odrzuciłaś i zaryzykowałaś utratę wszystkiego, by tu przybyć? Widzę po twoich oczach, że wolałabyś nie być do tego zmuszona.

— Uważałam, że muszę. — Poczuła, jak jej połamane paznokcie wpijają jej się w dłonie. — Nigdy nie chciałam lecieć na inne planety. Jechałam do Krwawnika, by odszukać tam kuzyna Gdy dotarłam do zatoki Shotover, spotkałam tam Elsevier i Sini próbowali nas zaaresztować…

1 ... 77 78 79 80 81 82 83 84 85 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)