Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 75 76 77 78 79 80 81 82 83 ... 138
Перейти на страницу:

33

— Chodź, sybillo! Poznaj inne moje zwierzątka. — Ostry, wysoki głos Blodwed ukłuł Moon jak ostroga, popędził przez tłum gapiów zgromadzonych u wejścia do jaskini. Wszyscy podeszli bliżej, by się jej przyglądać, wskazując palcami i mrucząc, rzucając wulgarne pytania, które ignorowała z opanowaniem, jakie zdołała wykrzesać ze swego ociągającego się ciała; czuła się wielką rybą, skaczącą na nabrzeżu. Żaden z koczowników nie podchodził jednak na tyle blisko, by mocją dotknąć, rozstępowali się przed jej niepewnymi krokami jak trawy kładzione wiatrem. Nawet Blodwed nigdy jej jeszcze nie dotknęła; lecz Moon rozpoznała wiszący u jej pasa ogłuszacz.

Gdyby nawet odważyła się uciec porywaczom, to nie miałaby dokąd iść. Dwa dni jechali ślizgaczami śnieżnymi, wspinając się na wyżynę zajmującą środek wyspy, nim dotarli do obozowiska koczowników. Nie zdołałaby wędrować samotnie po pustkowiach Zimy… sił ledwo jej starczało na pokonanie ogromnego wnętrza skalnego schronienia. Jej przejściu towarzyszyło szczekanie i warczenie psów przywiązanych do namiotów z jaskrawych tkanin, pokrytych plamami szarych i brązowych skór. Tkwiły one na podłodze groty niby groteskowe grzyby. Dziesiątki wiecznie promieniujących grzejników i latarń wypełniało rozległą przestrzeń ciepłem i światłem, podobnie jak odbijającymi się echami głosów targujących się o łupy tubylców. Moon zwolniła, przytrzymała odziane w rękawiczki dłonie nad jednym z mijanych grzejników. Niecierpliwość Blodwed paliła jednak jeszcze mocniej.

— No chodź, prędzej! — I ruszyła dalej, zbyt oszołomiona zmęczeniem i zimnem, by zaprotestować.

Blodwed zaprowadziła ją do wąskiego, opadającego korytarza w tyle jaskini; w jego cieniach mgliście migały światła. Wewnątrz uderzyła ją mieszanina dziwnych zapachów. Drogę zagrodziły im wrota zrobione z drewna i poskręcanych drutów. Blodwed podeszła bliżej i przytknęła kciuk pod spód ciężkiego zamka. Drzwi się otwarły i machnęła na Moon, by przez nie przeszła.

Sybilla posłuchała, słysząc za sobą kroki Blodwed; stanęła bez ruchu, chłonąc szczegóły swego nowego więzienia. Średnica skalnej izby wynosiła prawie dziesięć metrów, powała sterczała niemal równie wysoko, w jej środku jak słońce żarzył się grzejnik. Przy ścianach znajdowały się stworzenia nie znanych gatunków, zamknięte w klatkach, przywiązane linami lub łańcuchami, pokryte sierścią, piórami, łuskami lub gołą, pomarszczoną skórą. Zakryła dłonią nos i usta, gdy uderzył w nią z pełną mocą smród ich plugawego nieszczęścia. Widziała, jak się płaszczą lub warczą; jedno leżało bez ruchu, obojętne na wszystko… ujrzała człowieka leżącego na gołej pryczy, znajdującej się przy ścianie, najdalej jak tylko było można od wejścia i od innych więźniów.

— Niech ją cholera! Przeklęta! — zawołała nagle Blodwed. Moon obejrzała się, zwierzęta zaczęły syczeć, wyć i krzyczeć, gdy rozbójniczka odwróciła się i pobiegła korytarzem. Drzwi zatrzasnęły się za nią. Moon odwróciła się znowu, spojrzała na postać leżącą bez ruchu na pryczy. Ruszyła powoli, poczuła, jak podeszwy jej stóp zaczęły odzyskiwać czucie. Przestraszone zwierzęta cofały się przed nią.

Dochodząc do ciągle śpiącego obcego, rozpoznawała kolejno, że to mężczyzna, pozaziemiec… Siny. Ciężki płaszcz jego munduru pokrywały ciemne plamy, pod nim nosił brudne białe nogawice i buty koczowników. Gdy przyjrzała się jego twarzy, zobaczyła piękne rysy, jakie często widziała u arystokracji na Kharemough; były jednak boleśnie wychudzone, skóra zwisała luźno z kości. Ciągle się nie budził. Oddychał z trudem, chorobliwie. Niepewnie wyciągnęła rękę, dotknęła jego twarzy; cofnęła dłoń sparzoną gorączką.

Pozwoliła zapaść się swym drżącym nogom, osunęła się obok pryczy na zimną podłogę. Zwierzęta się uspokoiły, czuła jednak na sobie ich przestraszone oczy, zalewały ją swą niedolą, aż przelała się czara jej nieszczęść. Oparła głowę na skraju posłania, rozdzierana ciężkim, suchym szlochem. Pomóż mi, Pani, pomóż… niszczę wszystko, czego się tknę.

— Co… się stało? — Rozgorączkowana ręka pogładziła jej włosy; wyprostowała się, powściągnęła szlochanie. — Czy płaczesz nade mną? — Pytanie padło w sandhi. Chory mężczyzna z trudem uniósł głowę, oczy miał czerwone i zaropiałe, pomyślała, że ledwo ją widzi.

— Tak — odpowiedź była niewiele co głośniejsza niż pytanie.

— Nie trzeba… — przerwał mu atak kaszlu.

— Spójrz na to! Patrz!

Moon obejrzała się, gdy Blodwed znowu wpadła do sali, ciągnąc za sobą większą dziewczynę.

— Powąchaj! Przed wyruszeniem kazałam ci utrzymywać porządek!

— Sprzątałam — krzyknęła starsza dziewczyna, gdy Blodwed chwyciła ją za warkocz i pociągnęła.

— Fossa, powinnam wytrzeć to twoją gębą. Nie zrobię tego, jeśli posprzątasz tu, nim…

— Dobrze, dobrze! — Dziewczyna zawróciła do drzwi, wycierając łzy bólu. — Ty smarkata weszko.

— Czekaj. Co mu jest? — Blodwed wskazała na pozaziemca obok Moon.

— Zachorował. Próbował uciekać, gdy wyprowadziliśmy go na siusiu; pobiegł w śnieżycę, wyobrażasz sobie? Zaczął chodzić w kółko i znaleźliśmy go tuż za wejściem. — Zrobiła dziwny gest i odeszła, kręcąc głową.

Blodwed przeszła salę i przykucnęła obok Moon, patrząc na twarz chorego.

— Och — złapała go mocno za brodę, gdy próbował odwrócić głowę. — Co ci za to zrobili? — Zamknął oczy.

— Chyba cię nie słyszy — Moon chwyciła go za rękę, ścisnęła lekko palce i puściła. — Blodwed, potrzebuje uzdrawiacza — mruknęła.

— Czy może umrzeć? — Blodwed przyklękła, w jej głosie nie było już ani śladu wojowniczości. — Nie mamy tu uzdrawiacza. Mama tym się zajmowała, ale teraz ma źle w głowie. Nigdy nie wyuczyła kogoś innego. Czy możesz mu pomóc?

Moon spojrzała na dziewczynę.

— Może… — zaczęła splatać w warkocze swe włosy. — Czy macie jakieś przyrządy lekarskie pozaziemców? — Blodwed pokręciła głową. — A może zioła, cokolwiek?

— Mogę zwędzić mamie. Są stare… — Blodwed wstała oczekująco.

— Przynieś je. — Moon patrzyła, jak odchodzi, zmieszana jej posłuszeństwem. Znowu wzięła dłoń pozaziemca, szukając pulsu; zaparło jej dech na widok przedramienia pokrytego siatką poszarpanych blizn. Patrzyła na nie w milczącym zdumieniu, potem położyła rękę, wnętrzem dłoni w dół. Trzymała ją, oczekując, siedziała z pustą głową.

— Są tutaj. — Blodwed wróciła wreszcie, niosąc pakunek owinięty w skórę z naszytymi kosteczkami i kawałkami metalu. Otworzyła go i wysypała zawartość na podłogę między nimi. — Aktywacja neutronowa — powiedziała, machając dłonią. — Mama zawsze używała zaklęć. Czy umiesz zaklinać, sybillo? — powiedziała to bez szyderstwa.

— Chyba tak. — Moon grzebała wśród zawiniątek z suszonymi roślinami, prychając na czyste, plastykowe torebki pełne nasion i kwiatów. Jej nadzieje się nie spełniły. — Zupełnie ich nie znam.

— No, to jest…

Pokręciła głową.

— Chodziło mi o to, że nie wiem, jak ich używać. — KR Aspundh opowiadał jej o służbie badawczej Starego Imperium. Nim przekazywali nową planetę kolonizatorom, obsiewali ją roślinami leczniczymi, różnymi gatunkami dostosowanymi dla odmiennych ekosystemów. — Na wyspach leczyliśmy wieloma roślinami morskimi. — I nazywaliśmy je darami Pani. — Muszę zapytać — ty za mnie zapytasz, wywołasz trans, dobrze? — Blodwed kiwnęła ochoczo głową. — Zapytaj mnie, jak się ich używa — Moon wskazała na zioła. — Zapamiętaj, co powiem — bardzo dokładnie, bo inaczej wszystko na nic. Uda ci się?

1 ... 75 76 77 78 79 80 81 82 83 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)