Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 138
Перейти на страницу:

— Jasne — Blodwed uśmiechnęła się z wyższością. — Potrafię wyśpiewać wszystkie zwrotki pieśni szlaku. Nikt poza mną tego nie umie. Potrafię zaśpiewać każdą piosenkę, którą usłyszę w radiu, choćby tylko raz.

Moon zaczęła się uśmiechać, przestała, gdy zabolała ją rana na policzku.

— Udowodnij to. Pytaj, a odpowiem. Wejście…

Blodwed odchrząknęła i usiadła bardziej prosto.

— Och, sybillo. Powiedz mi… jak używać tych magicznych roślin?

Moon spojrzała na trzymany przez nią pęczek ziół, poczuła, jak zaczyna się osuwać w studnię nieobecności…

…Clavally. Znowu ujrzała światło i znaną sobie twarz. Zarumienioną, zaskoczoną twarz Clavally, jej potargane włosy, nagie ramiona tak blisko niej, jak… Danaquil Lu. Zobaczyła, jak Clavally spiesznie zasłania się kocem. Pomyślała bezradnie, Danaquil Lu, przepraszam… Clavally, to tylko Moon… Nie mogła jednak przeszkodzić ich życiu, choć tak głęboko w nie wniknęła, dzielić jej przeprosiny czy szczęście ponownego spotkania; nie mogła poprosić o pomoc ani porozumieć się w żaden inny sposób.

Jednakże w kącikach szerokich ust Clavally pojawił się niepewny uśmiech, jakby odczytała jakąś tajemnicę w oknie oczu Danaquila Lu. Czule dotknęła jego policzka i nadal się uśmiechając, położyła się do łóżka, czekając cierpliwie…

— …Koniec analizy! — Moon pochyliła się wyczerpana, poczuła łapiące ją i podtrzymujące szybkie ręce Blodwed.

— Zrobiłaś to! Nie jesteś oszustką… — zabrzmiał jej w uszach niedowierzający głos rozbójniczki. Blodwed oparła ją o pryczę i cofnęła ręce z nagłą chytrością. — Obudź się! Już się obudziłaś? Gdzie byłaś?

Moon kiwnęła głową i położyła czoło na kolanach.

— Odwiedziłam… starych przyjaciół. — Chwyciła się pod kolana, czepiając wspomnień jedynego ciepła i szczęścia, jakie pamiętała.

— Znam teraz wszystkie zioła, sybillo — ukłuł ją znowu głos Blodwed. — Pokażę ci. Czy chcesz go leczyć?

— Nie — Moon uniosła opierającą się głowę, otworzyła oczy. — Chcę sprowadzić prawdziwego uzdrawiacza, by użył tych ziół. Musisz mi jednak pomóc, dostarczyć wszystkiego, co potrzebne. — Kiwnięcie głową. Moon przygotowała się, wiedząc, że jeśli ma dość sił, by zacząć, Przekaz podtrzymają do końca. Ciało się buntowało, odmawiając przystąpienia do następnej próby. Jeśli jednak ulegnie teraz zmęczeniu, to nim znowu będzie gotowa, dla pozaziemca może już być za późno. A nie chce patrzeć, jak ktoś następny przez nią umiera. Skupiła całą swą uwagę na jego twarzy.

— W porządku, zapytaj mnie, jak go leczyć. Wejście! — popłynęła poprzez…

…poprzez komorę anty grawitacyjną o białych ścianach, w której grupa ludzi odzianych w pastelowe i przezroczyste skafandry unosiła się nieważko, czepiała stołu, omawiała niezrozumiałą metodę leczenia. Za nimi, za pogrubionymi szybami szerokiego okna ujrzała grube sople lodu zwisające z okapu i lampy oświetlające pole zawiewane śniegiem…

— …analizy! — doszła do siebie, ledwo słysząc w głowie suchy grzechot zamykającego hasła. Lecąc do przodu, poczuła na dłoniach i ubraniu ostry zapach kilku dziwnych ziół. Oszołomienie przesłaniało jej widok przypatrującej się twarzy Blodwed i bezwładny, owinięty w koce pakunek skrywający chorego pozaziemca, zmieniało wszystko w zamglony obraz. Uspokojona odszukała swe ręce i kolana i powędrowała na nich ku grzejnikowi na środku sali. Gdy napływ ciepła stał się tak mocny, że nie mogła go wytrzymać, położyła się wreszcie i zasnęła.

Moon obudziła się z nagłym przerażeniem, patrzyła, nic nie rozumiejąc, na otaczające ją ściany. Skalne ściany — a nie nieskończenie opuszczone niebo na martwej, kamienistej plaży, na której odziany w czerń kat nosił medal równie jej znany, co twarz jedynego kochanka… Osłoniła się przed duchem zaporą z palców, przycisnęła je do nabrzmiałej, bolesnej twarzy. Nie, to nieprawda!

Wdarły się w nią ciche głosy, zwracając znowu uwagę na salę o skalnych ścianach. Opuściła dłonie, skupiła wzrok na skupisku klatek, poczuła, że fala upływającego czasu wyrzucają na brzeg teraźniejszości. Ktoś przeniósł ją na posłanie z koców. Zwierzęcy smród już się rozwiał, jakby ktoś oczyścił klatki, powietrze wypełniał silny zapach ziół. Zza zamkniętych drzwi nie dobiegał żaden głos; zrozumiała, że musi być środek nocy. Zwierzęta kręciły się i szeleściły, zajmowały swoimi sprawami, przyglądały się jej tylko jednym okiem.

— Wiecie, że jestem jedną z was — mruknęła cicho i ponuro. Wstała, zachwiała się lekko na widok gwiazd, z trudem przeszła pokój.

Pozaziemiec leżał pod namiotem z koców, owinięty w inne jak niemowlę. Na podgrzewanej płycie przy jego głowie stał garnek z pachnącym naparem z ziół. Uklękła przy pryczy, dotknęła dłonią jego twarzy. Wmawiała sobie, że jest chłodniejsza, niepewna, czy to prawda. — Wróć… — szepnęła niemal w modlitwie. Udowodnij mi, że mam prawo żyć i być sybillą. Pochyliła głowę, przycisnęła czoło do twardej ramy pryczy.

— A więc… wróciłaś do mnie?

Podniosła głowę, zobaczyła pozaziemca próbującego otworzyć oczy.

— Nigdy — nigdy cię nie opuszczałam. — Skrzywił się, pokręcił głową, jakby nie miało to sensu. — Nigdy nie odchodziłam. — Powtórzyła w sandhi.

— Ach — patrzył na nią szparkami oczu. — Już się nie boję. Kiedy… kiedy wyjdziemy?

— Kiedy? Niedługo. — Pogładziła jego przepocone włosy, ujrzała, jak się uśmiecha. Nie wiedząc, o co pytał, powiedziała: — Gdy nabierzesz sił. — Bezwiednie użyła rodzinnej formy.

— Nie sądziłem, że będziesz taka dobra. Zostaniesz ze mną… do tego czasu?

— Zostanę. — Spojrzawszy w dół, dostrzegła nie tknięty dzban z gęstym lekarstwem, stojący przy jej kolanie. Podniosła go. — Musisz to wypić. — Wsunęła mu rękę pod ramiona, przekręciła na bok. Posłusznie wyciągnął wolną rękę, nie mógł jednak chwycić kubka; znów ujrzała świeże blizny na nadgarstku. Przytrzymała naczynie, dopóki nie wypił. Pod koniec zaczął kaszleć, w piersiach grzechotało mu, jakby były pełne kamieni. Plastykowy kubek wyślizgnął się z jej dłoni i potoczył pod pryczę. Trzymała mocno pozaziemca w ramionach, przekazywała mu swą siłę, aż atak minął, i jeszcze trochę.

— Jesteś… taka prawdziwa — westchnął na jej ramieniu. — Taka miła…

Opuściła go na posłanie już śpiącego. Siedziała długo, patrząc na niego, nim znowu oparła się o pryczę, położyła głowę na ręku i zamknęła oczy.

— Jesteś prawdziwa.

Słowa powitały ją jak starzy przyjaciele, gdy znowu się obudziła i powoli podniosła głowę znad zdrętwiałej od snu ręki. Usiadła, mrugając oczami.

Pozaziemiec opierał się o ścianę, podtrzymywany kłębem koców.

— Czy śnię, czy… naprawdę mówiłaś do mnie w sandhi?

— Mówiłam — odpowiedziała w sandhi. Moon poruszała palcami, czuła mrowienie, gdy w ramieniu zaczęła znowu krążyć krew. — Nie mogę w to uwierzyć. Byłeś taki chory. — Poczuła wypełniające ją ciepło. Moc przyszła poprzez mnie i uleczyłam cię.

— Myślałem, że jesteś Porywaczką Dzieci. Gdy byłem młody, niania opowiadała mi, że jest blada jak zorza… — Oparł się mocniej na zgromadzonych kocach. — Ale nie jesteś duchem. Prawda…? — Pytał, jakby nadal nie dowierzał swym zmysłom.

1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)