Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
Komitta nie ustawała w obelgach przez kilka następnych sekund, lecz kiedy Thorisin Gavras ruszył do namiotu z wyraźnym zamiarem spełnienia swej groźby, odwróciła się i zanurkowała do środka tylko po to, by wyłonić się chwilę później. Krocząc dumnie jak kotka, z zadartą głową minęła Thorisina. — Będę u swoich kuzynek — poinformowała go z lodowatą wyniosłością.
— Znakomicie — odparł przyjacielskim tonem; Marek pomyślał, że w znacznej mierze udawał swój gniew. Gavras wyglądał, jakby nagle przypomniał sobie o stojącym przy nim Rzymianinie. — Prawdziwa miłość to cudowna rzecz, nieprawdaż? — zauważył z kwaśnym uśmiechem. Po krótkiej chwili dodał: — Jeśli modlisz się do Phosa, cudzoziemcze, dołącz też modlitwę, by uchronił cię przed pociągiem do pobudliwych kobiet. Są niezmiernie zabawne, lecz męczą… och, jakże męczą.
Sevastokrata wydawał się bardzo znużony, lecz odzyskał rześkość, kiedy zwrócił się do jednego z gwardzistów: — Ljot, sprowadź do mnie mojego brata, dobrze? Mamy parę spraw do omówienia z tym oto młodzieńcem. — Dźgnął kciukiem w stronę Marka. Ljot, który okazał się gwardzistą stojącym po prawej stronie wejścia, oddalił się pospiesznie.
Thorisin odsunął klapę namiotu, by przepuścić Rzymianina. — Wejdź — powiedział, powracając do ironicznego tonu, w jakim rozpoczął ich spotkanie. — Jeśli nie tron Autokraty, czy mata Sevastokraty zadowoli waszą wysokość?
Skaurus pochylił się, by wejść do namiotu; w środku wciąż unosił się piżmowy aromat perfum Komitty. Osunął się na wyściełaną jedwabiem podłogę, czekając, by Sevastokrata uczynił to samo. Żartobliwy nastrój Thorisina, jego rzucane na wpół poważnym tonem groźby i sardoniczne komplementy tylko potęgowały zdenerwowanie trybuna. Tak jak w apartamentach Imperatora, tak i tutaj czuł, że został wciągnięty w skomplikowaną grę, której zasad nie rozumiał, lecz w której kara za błędne posunięcie mogła równać się zgubie.
Sevastokrata i Rzymianin czekali zaledwie parę minut na powrót gwardzisty Ljota. — Jego Wysokość prosiła, bym przekazał ci, że się spóźni — zameldował Halogajczyk. — Je śniadanie z Baanesem Onomagoulosem i przyjdzie do ciebie, kiedy skończą.
Jeśli Thorisin Gavras musiał udawać gniew, by stawić czoło gniewowi Komitty, teraz nie miał na kogo skierować swej prawdziwej złości. — Więc jestem mniej ważny od tego łysogłowego syna kowala, co? — warknął. — Ljot, zabierz swoją dupę z powrotem do Mavrikiosa i powiedz mu, że może się na nią wdrapać razem ze swoim śniadaniem.
W tej właśnie chwili w namiocie pojawiła się głowa Imperatora, z szerokim uśmiechem na twarzy. — Braciszku, jeśli masz zamiar dopuścić się obrazy majestatu, nigdy nie rób tego przez posłańca. Musiałbym stracić i jego, a to już marnotrawstwo.
Thorisin wytrzeszczył na niego oczy, a potem wybuchnął śmiechem. — Ty stary bękarcie — powiedział. — Wejdź i posadź tutaj swoje stare, żylaste truchło. — Mavrikios uczynił to; w namiocie zrobiło się nieco tłoczno, lecz dzięki jedwabnym ścianom, nie zapanowała w nim nieznośna duszność.
Otworzywszy poobijaną skrzynię z sosnowego drewna, jakiej właścicielem mógł być byłe jaki prosty żołnierz, Thorisin wyciągnął z niej gliniany dzban z winem, z którego pociągnął łapczywie. — Ach, jakie dobre. Jeśli Phos zechce, uwolni mnie od bólu głowy. — Pociągnął znowu. — A tak na poważnie, bracie, nie powinieneś wykorzystywać Baanesa, by ze mnie kpić — aż za dobrze pamiętam, jak bardzo byłem o niego zazdrosny w dzieciństwie.
— Wiem, lecz możliwość posłuchania, jak się wściekasz, była zbyt nęcąca, by z niej nie skorzystać. — Mavrikios wydawał się na wpół skruszony, na wpół rozbawiony swym żartem.
— Bękart — powiedział znowu Thorisin, tym razem bez zawziętości.
Marek przenosił wzrok z jednego Gavrasa na drugiego; choć nic nie pił, odnosił wrażenie, że świat zaczyna się kręcić. Wiele z tego, co wydawało mu się zrozumiałe z videssańskiej polityki, rozpadło się na jego oczach w kawałki. Gdzie jest ta nieprzyjaźń, która tak poróżniła Gavrasów, że się do siebie prawie nie odzywali?
— Och, mój drogi — rzekł Mavrikios, zauważywszy oszołomienie, które Skaurus ze wszystkich sił starał się ukryć. — Obawiam się, że udało nam się zmieszać naszego gościa.
— Zmieszać, naprawdę? Cóż, niech mnie Skotos porwie, jeśli przeproszę jakiegoś zakochanego w Namdalajce barbarzyńcę. — Słowa Thorisina brzmiały wystarczająco zawzięcie, by trybun poderwał się przerażony, lecz towarzyszyło im niedwuznaczne mrugnięcie okiem. Marek osunął się na ziemię, zupełnie nie wiedząc, co myśleć.
— Całkiem słusznie powinien być zmieszany — ciągnął Sevastokrata, zagrzewając się do tematu. — On i wszyscy jego ludzie lubią wyspiarzy tak bardzo, że cały obóz powinien trząść się od pogłosek, że zmawiają się, by zabić nas wszystkich. Phos świadkiem, że zapłaciliśmy dość złota, by wywęszyć te plotki.
— I żadne do nas nie dotarły — rzekł oskarżycielsko Mavrikios. — Co prowadzi do jednego z dwóch wniosków: albo jesteście niezrównanie sprytni, albo też może jesteście lojalni, pomimo waszych perwersyjnych wyborów w zakresie przyjaciół.
— Nie wydaje mi się, by wyglądał na aż tak bystrego, Mavrikiosie — wtrącił Thorisin.
— Sam nie wyglądasz lepiej, braciszku — odparował Imperator, lecz znowu ton łagodnego pokpiwania był tym, czego należało się spodziewać po kochającym bracie.
Z wytrwałością, którą może dać zbyt wiele wypitego wina, Thorisin powiedział: — Jeśli nie jest tak sprytny, by oszukać nas wszystkich, to najprawdopodobniej jest lojalny. Kto mógłby spodziewać się czegoś takiego po przyjacielu Namdalajczyków? — Potrząsnął głową ze zdumieniem, a potem beknął cicho.
— Bogom niech będą dzięki — mruknął do siebie Marek. Kiedy obaj Gavrasowie spojrzeli na niego pytająco, uświadomił sobie, że powiedział to po łacinie. — Przykro mi, że mieliście jakiś powód, by wątpić w moją lojalność — zwrócił się do nich, przechodząc na videssański — i niezmiernie się cieszę, że już nie macie.
Odczuł tak wielką ulgę, że wszystkie jego mechanizmy obronne puściły, łącznie z tymi, które strzegły jego języka. — Więc wy dwaj nie kłóciliście się ze sobą? — wypalił, a potem zamilkł jeszcze bardziej zmieszany niż przedtem.
Bracia Gavras nagle zaczęli sprawiać wrażenie małych chłopców, których sekret został odkryty. Mavrikios wyskubał sobie jakiś włos z brody, przyjrzał mu się ze skupieniem, a potem wyrzucił. — Thorisin, on może być sprytniejszy, niż się wydaje na pierwszy rzut oka.
— Co? — powiedział niewyraźnie Thorisin. — Nie miałbym nic przeciwko temu. — Wyciągnął się na boku i toczył z góry przegraną walkę ze snem.
— Leniwy nicpoń — uśmiechnął się Mavrikios. Odwrócił się z powrotem do Skaurusa. — Masz absolutną rację, cudzoziemcze. Odegraliśmy małe przedstawienie, dla zafascynowanej widowni, mogę dodać.
— Lecz byłem przy tym, kiedy się pokłóciliście, stawiając przeciwko sobie — zaprotestował trybun. — To nie mogło być zaplanowane.
Szerokość uśmiechu Imperatora zmniejszyła się odrobinę. Spojrzał na swego brata, lecz Thorisin zaczął już chrapać. — Tak, to było dość prawdziwe — przyznał. — Thorisin zawsze miał język zbyt prędki, żeby mogło mu to wyjść na dobre, i przyznaję, że rozzłościł mnie tamtej nocy. Ale następnego dnia rano pogodziliśmy się — zawsze się godzimy.