Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
Mavrikios znowu uśmiechnął się szerzej. — Jednak wówczas mój przewrotny brat postanowił zrobić z siebie osła na oczach setki ludzi. I natychmiast sępy zaczęły gromadzić się nad trupem naszej braterskiej miłości. — Uniósł brew, spoglądając na Rzymianina. — Niektóre z nich zatrzepotały blisko ciebie, słyszałem.
— Rzeczywiście — przyznał Skaurus, wspominając swoje dziwne spotkanie z Vardanesem Sphrantzesem.
— Zatem wiesz, co mam na myśli. — Mavrikios skinął głową. — Nawiasem mówiąc, nie byłeś jedynym, którego próbowano wybadać. Przyszło nam z Thorisinem do głowy, że jeśli będziemy leżeć zupełnie bez ruchu i pozwolimy sępom wyładować z nadzieją, że zabiorą się do oczyszczania naszych kości, to może uda nam się przyrządzić pyszny sępi gulasz dla nas samych.
— Mogę to zrozumieć — przyznał Marek. — Ale dlaczego, zastawiwszy swoją pułapkę, daliście jednak Ortaiasowi Sphrantzesowi lewe skrzydło swojej armii, nawet z Khoumnosem, by trzymał go na wodzy?
— To prawdziwy imbecyl, prawda? — zachichotał Imperator. — Jednak Nephon pilnuje go, więc z tej strony nie ma się czego bać.
— Zauważyłem to. Ale dlaczego w ogóle jest tutaj? Bez swej drogocennej książki wie mniej o wojsku i wojnie niż jego koń, a z nią staje się jeszcze niebezpieczniejszy, ponieważ sądzi, że wie rzeczy, o których w istocie nie ma pojęcia.
— Jest tutaj z tego samego powodu, z jakiego otrzymał swoje nic niewarte dowództwo: Vardanes prosił mnie o to.
Marek milczał przez chwilę, próbując to przetrawić. W końcu potrząsnął głową; przecinające się nici intrygi, która mogła kazać Sevastosowi prosić o coś takiego, a imperatorowi zgodzić się na to, były zbyt splątane, by zdołał je przeniknąć.
Mavrikios obserwował jego zmagania i poddanie się. — To miłe uczucie stwierdzić, że jednak są pewne rzeczy, których nie rozumiesz — powiedział. — Masz większe uzdolnienia w zakresie polityki niż większość zaciężnych żołnierzy, których znam.
Myśląc o władającym Rzymem triumwiracie Cezara, Krassusa i Pompejusza — z których każdy z radością wyrwałby serce dwom pozostałym, gdyby mógł to zrobić bez wtrącania kraju w wojnę domową — Skaurus powiedział: — Wiem co nieco o frakcjach politycznych, lecz wasze, jak sądzę, są gorsze. — Zaczekał, by zobaczyć, czy Mavrikios zechce rozwiązać tę zagadkę za niego.
Imperator uczynił to, przybierając postawę profesora udzielającego wyjaśnień niedoświadczonemu studentowi, który być może ma talent.
— Przemyśl to. Mając tutaj Ortaiasa, Vardanes ma oko na armię — może nie najlepsze, ponieważ ja wiem, że ono tu jest, ale mimo wszystko ma. A kto wie? Nawet jeśli to Khoumnos ma rzeczywistą władzę na lewym skrzydle, Ortaias może w końcu nauczyć się czegoś o wojnie i w ten sposób stać się bardziej użytecznym dla swego stryja. Jasne jak dotąd?
— W każdym razie wystarczająco.
— Dobrze. Gdybym powiedział Vardanesowi — nie, nie przestałby spiskować przeciwko mnie — prędzej przestałby oddychać. Uznałem, że bezpieczniej jest mieć Ortaiasa tutaj, gdzie mogę go pilnować, niż wikłać się w Phos wie jak niepewny powrót do miasta.
— To rozumowanie przemawia do mnie. Z tej odrobiny, której dowiedziałem się o Vardanesie Sphrantzesie, powiedziałbym, że jest to rozsądne rozwiązanie, lecz ty wiesz o nim daleko więcej niż ja.
— To żmija — rzekł stanowczo Mavrikios. Jego głos sposępniał. — Istniał jeszcze jeden powód, by pozwolić Ortaiasowi wyruszyć z nami. Gdyby sprawy przybrały zupełnie zły obrót, to jest coś wart jako zakładnik. Prawdopodobnie niewiele, kiedy przypomnę sobie, jak dogodnie dla nich zmarła Evphrosyne, lecz coś jednak tak. — Wciąż w roli wykładowcy, rozpostarł ręce, dłońmi na zewnątrz, jakby właśnie udowodnił, że dwie linie w skomplikowanej figurze są mimo wszystko równoległe.
Jego ręce nie były jednak bladymi, miękkimi rękoma żyjącego pod dachem wielmoży. Oszczep, miecz i łuk pokryły je bliznami i uczyniły twardymi, a słońce i wiatr nadały im smagłość i szorstkość. Miał ręce wojownika; tak, lecz wojownika, który wykazał się umiejętnościami również na innej arenie, tam gdzie oręż jest tym bardziej śmiertelny, bo niewidzialny.
Imperator dostrzegł podziw Skaurusa i pochylił głowę, dziękując zań. — Czas dla nas obu wracać do pracy — powiedział. — Wyglądaj na rozgniewanego, kiedy będziesz stąd wychodził. Zbeształem cię, a Thorisin i ja znowu na siebie warczeliśmy. Ludzie w żadnym wypadku nie powinni sądzić, że między nami jest przyjaźń.
— Dziwnie wyglądacie, co, Rzymianie? — Powiedział to z uśmiechem na ustach przystojny, śniady młodzieniec, dosiadający krępego, rączego z wyglądu konia. Za nim na koniu siedziała dziewczyna mniej więcej w jego wieku, obejmując go w pasie ozdobionymi srebrnymi bransoletami rękoma.
Oboje mieli na sobie typowy strój videssańskich jeźdźców; lekkie tuniki z długimi rękawami na luźnych wełnianych spodniach wetkniętych w buty. Każde z nich nosiło u pasa schowany w pochwie pałasz; młodzieniec miał łuk i kołczan z wojłoku zawieszony na plecach.
Prowadzili jucznego konia z ekwipunkiem, spośród którego wyróżniał się koszykowaty hełm, wiązka dzirytów i piękna bandura, z pudłem rezonansowym ozdobionym wymyślnym spiralnym ornamentem i inkrustacjami z macicy perłowej.
Młodzieniec mówił po videssańsku z nieco gardłowym akcentem. Nosił skórzaną czapkę [z trzema krągłymi, wystającymi do przodu wstawkami, szeroką nakrywką na kark i kilkoma jasnymi wstążkami powiewającymi na wietrze. Marek widział wielu Vaspurakańczyków z takim nakryciem głowy — sporo z nich osiadło na tych ziemiach, leżących niezbyt daleko od ojczyzny ich przodków. Na większości z nich taka czapka wyglądała dziwacznie i niezgrabnie, lecz młodzieńcowi w jakiś sposób dodawała wigoru i swobody.
Jego olśniewający uśmiech i wesołość brzmiąca w jego głosie nie zrobiły żadnego wrażenia na Gajuszu Filipusie, który spojrzał na niego marszcząc brwi. — Sam nie wyglądasz lepiej — warknął, nieświadomie powtarzając to, co Mavrikios powiedział do Thorisina. — Jeśli jesteśmy Rzymianami, czego chcesz od nas?
Kwaśne powitanie centuriona nie zraziło jeźdźca. Odpowiedział swobodnie: — To wy możecie korzystać ze mnie. Mam być waszym przewodnikiem przez przełęcze mojej uroczej ojczyzny. Jestem książę Senpat Sviodo z Vaspurakanu. — Wyprostował się w siodle.
Marek ucieszył się, że odgadł narodowość młodzieńca, lecz równocześnie zatrwożyła go konieczność radzenia sobie z nowym i nieznanym członkiem rodziny królewskiej. — Wasza Wysokość… — zaczął tylko po to, by przerwać, zakłopotany, kiedy Senpat Sviodo i jego towarzyszka wybuchnęli śmiechem.
— Naprawdę jesteście z dalekiego kraju, najemniku — powiedział Senpat. — Nigdy nie słyszeliście, jak Vaspurakan nazywany jest krajem książąt?
Cofając się myślami wstecz, trybun rzeczywiście przypomniał sobie jakąś lekceważącą w tonie uwagę Mavrikiosa rzuconą podczas odprawy, zanim jeszcze imperialna armia opuściła Videssos. O jej znaczeniu jednak nie miał pojęcia, i powiedział to teraz.
— Każdy Vaspurakanin jest księciem — wyjaśnił Sviodo. — Jakżeż może być inaczej, jeśli wszyscy jesteśmy potomkami Vaspura, pierwszej i najszlachetniejszej z kreacji Phosa?
Skaurus natychmiast nabrał przekonania, że Videssańczycy nie mogą lubić takiej teologii. Nie miał jednak czasu, by się nad tym zastanowić, ponieważ dziewczyna trąciła Senpata, mówiąc: — To półprawdy i do tego męskie półprawdy. Bez księżniczek Vaspurakanu nie byłoby książąt.