Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 116
Перейти на страницу:

Spod skłębionego płaszcza wysuwa się chuda dłoń, która ukradkiem porywa jedzenie i znika.

Ubranie jednak nie budzi żadnych sensownych skojarzeń.

Kończę więc pospieszne śniadanie, po czym sam sięgam po szmatki. Najpierw je pokazuję. Z jednej strony, z drugiej, zakładam i zdejmuję. Tańczę przez chwilę, żeby pokazać, jak mi ciepło i wygodnie. Znowu zdejmuję.

— Ty trrup! Świrr! — komentuje ptak ze swojego kamienia.

— Brzydkie — oświadcza nagle dziewczyna. — Chcę mój pancerz. Jestem krabem! Ty jesteś głupia padlina! Pożeram takich!

Kończy się to szamotaniną. Nie jestem wędrownym zakładem psychiatrycznym ani przedszkolanką. W efekcie ona jest ubrana i chlipie, ja mam zadrapanie na ramieniu.

I nikomu tutaj nie przyjdzie do głowy wszcząć śledztwa.

Zbieram ekwipunek, chowam nóż, wieszam miecz i zakładam plecak, narzucam płaszcz. Potem rutynowe podskoki w miejscu, żeby sprawdzić, czy nic nie brzęczy.

Śmiechu warte.

Wlokąc się z oszalałym dzieckiem wojny u boku, mogę brzęczeć sobie jak sprzedawca patelni.

— Trraakt! — ponagla Nevermore.

— Do sadyby Grunaldiego — mówię. — Pamiętasz, gdzie jest?

— Rruchy!

Ruszam więc.

Za krukiem. Już nawet to wydaje mi się całkiem racjonalne.

Teraz przynajmniej wiem, dokąd idę. Idę za krukiem.

Dziewczyna stawia bierny opór, wlecze się albo wyrywa i usiłuje gdzieś biec.

Próbuję ją zagadywać, pytam o imię, śpiewam jakieś kretyńskie piosenki.

Bez efektu.

Od czasu do czasu dostaje ataku furii i wtedy rzuca się na mnie, tłukąc obiema rękami na zmianę gdzie popadnie. Zastawiam się ramieniem i czekam, aż się zmęczy. Nie ma już półksiężycowatych, stalowych ostrzy. Są tylko wątłe ramionka wychudzonej, dorastającej dziewczynki. Kruk przysiada w takich chwilach na skale lub gałęzi i patrzy na mnie, przechylając łeb, i wydaje mi się, że dostrzegam w jego paciorkowatym oku drwinę.

Przemierzamy tak jeszcze parę kilometrów, a kiedy mam wrażenie, że pomału zaczynam rozpoznawać okolicę, przestaję trzymać dziewczynkę.

Dobra.

Nie będę się narzucał.

Jak na złość wtedy idzie za mną. Trzyma się kilka metrów z tyłu, niczym złośliwy, wiejski piesek, cofa się, kiedy się odwracam, a potem znowu drepce moim śladem.

Wszystko jedno. Jeśli przyjdzie do obozu, dam jej jeść. Jeśli ucieknie, nie będę gonił. Wszystko ma swoje granice, mój frajerski idealizm też.

Od tego momentu idziemy szybciej.

Kruk przestaje marudzić, ja idę w zwykłym tempie i dziewczynka stopniowo zostaje z tyłu. Jednak wydaje mi się, że wciąż gdzieś tam majaczą chude nóżki sterczące z burego kiltu, który sięga jej za kolana.

Grań, skały, szumiący potok, deszcz kolorowych liści. Parada drzew w królewskich barwach jesieni.

Otaczające mnie góry wydają się łagodniejsze i niższe, w dolinach zaczynają błyskać jeziora.

Przy pierwszym z nich siadam na brzegu i przemywam twarz krystalicznie czystą wodą.

Jestem wzruszony.

Ziemia Ognia. Czuję, jakbym trafił do domu.

I czuję wyraźnie narastający strach.

Bo moja przybrana ojczyzna stoi w ogniu. Czasem mijam spalone chaty, z których ocalały tylko sterty zwęglonych belek i okopcone podmurówki. I powykręcane, skurczone ciała, uwiązane kawałkami łańcucha. Ciała ludzi, których zmuszono, by tańczyli w ogniu.

Zaglądam w spalone twarze, usiłuję rozpoznać w zwęglonych maskach znajome rysy, ale widzę tylko wyszczerzone, wypieczone na biało zęby i nie wiem, czy to ktoś z moich, czy obcy. Mimo to podchodzę za każdym razem na miękkich nogach, z kulą bilardową w gardle.

Czuję, że jesteśmy blisko.

Nie zatrzymujemy się na popas, jem w marszu słony pasek twardego, suszonego mięsa i popijam wodą. Nevermore podfruwa kawałek do przodu, a potem wraca do mnie, domyślam się, że wypatruje wrogów.

Przyzywam go krótkim gwizdnięciem. Podlatuje i przysiada na skale, łypie na mnie, kręcąc łbem, ale nie wiem, czy zrobił się posłuszny, czy jest po prostu ciekawy.

— Jeśli w pobliżu jest jakieś uroczysko — mówię cicho — to zaprowadź mnie tam. Nie wiem, na co za chwilę trafimy, potrzebuję mocy. Potrzebuję pieśni bogów, rozumiesz?

— Taa...! — kracze i znowu odlatuje.

Uroczysko znajduje mi po pół godzinie marszu wśród lasu i skał. Okolona z trzech stron bagnem polanka, najeżona wapiennymi skałami, ostrymi niczym zęby, na której sterczy kilka obłąkańczo powykręcanych drzew, wszystkie są jednak uschnięte. Podobnie jak trawa, krzewy i jakieś zioła. Wszystko jest martwe.

Koncentruję się i aktywuję Cyfral.

* * *

Wystrzeliła gdzieś zza jego głowy, migocąca opalizującymi skrzydełkami, i obleciała polanę szybkimi zygzakami, zatrzymując się na chwilę przy krzewach i skałach jak motyl.

Drakkainen ukląkł przy niewielkim, wypełnionym wodą wgłębieniu, zanurzył dłoń. Woda była przezroczysta, ale brązowa jak słaba kawa.

— Urrok! — zakrakał Nevermore.

Zwiadowca uniósł dłoń i obejrzał ją ze wszystkich stron.

— Nic tu nie ma — oznajmił z rozczarowaniem. — Nie widzę tej poświaty. To chyba nie jest uroczysko. Wygląda dobrze, ale nic więcej.

— Tu kiedyś była moc — powiedziała Cyfral. — To widać po roślinach, czuje się w ziemi. Jednak znikła. Tak po prostu.

— Brraak! — rozdarł się Nevermore. — Nie ma urrok! Upiory zabrały! Poszły! Do Ciernia! Do Węży! Braak! Nie ma mgłaa! Nie ma opaar!

— Jasne — rzucił Drakkainen. — Brawo. Jeszcześ się w życiu tyle nie nagadał. Dopiero zaczynam rozumieć. To jest surowiec strategiczny. Stąd te upiory, Obudzeni i inne atrakcje. Skurczybyk ściąga je do siebie. Robi zapasy. Pieśni bogów, gdziekolwiek są, dostają nóg i lezą do niego. Przynajmniej te, o których wie. Eksploatuje uroczyska, tak jak to. Kiepsko z nami, panie i panowie.

— Znalazłam resztki — zaraportowała Cyfral. — Są w jagodach.

— W czym?!

— W jagodach — powtórzyła. — Niektóre z tych krzaczków to jagody. Krzaczki umarły, kiedy moc odeszła, ale jagody tylko wyschły i uwięziły urok w środku. Przyjrzyj się.

Vuko przyklęknął i zerwał pomarszczony, brązowawy owoc wielkości rodzynka.

— Nie są toksyczne?

— Nie w normalnym sensie. Są skażone klątwą, ale o to ci przecież chodziło. Gdyby nie rosły na uroczysku, najwyżej by cię trochę przeczyściło. Nie jadłabym ich jednak. Nie wiadomo, jak zadziałają. Lepiej wykorzystać jakoś inaczej.

— Nie wierzę, piczku materinu — burknął Drakkainen, klęcząc wśród wyschłych krzaczków z kubkiem w ręku. — Zbieram jagody do kubeczka. Tam się świat pali, a ja zrywam sobie kopane jagody.

Na całej polanie udało mu się wyskubać z pół kubka pomarszczonych owocków. Potrząsnął naczyniem i zauważył blade migotanie, niczym mikroskopijne igły lodu, unoszące się w mroźnym powietrzu.

— Jest — oznajmił. — Przynajmniej odrobina. Zawinął jagody w szmatkę, obwiązał jeszcze dodatkowo rzemykiem.

— Nie wystarczy — powiedziała Cyfral. — Jeśli dojdziemy do ludzi, będziesz musiał zapakować to hermetycznie. Dla nich to gorsze niż ebola.

— Na razie nie mam w co — odparł. — Wracamy na szlak.

Kawałek dalej rzeczywiście zaczął rozpoznawać okolicę. Przełęcz, na której znalazł czapeczkę jednego z uprowadzonych dzieci. Wielką halę, którą przechodził jeszcze za dnia.

Szedł ponuro, z zaciśniętymi zębami i jakiś przyczajony, nie zdejmując dłoni z rękojeści miecza, cały czas trzymając się skraju lasu.

Dom Grunaldiego Ostatnie Słowo był tuż-tuż.

Dom albo zwęglony szkielet dawnej sadyby. Spacyfikowane pogorzelisko, z trupami uwiązanymi na łańcuchach do palisady.

1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)