Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
* * *
– Oto moja zasługa...
– Nazywam się Faylen-ena-Klower...
– Matka nazwała mnie Dlewynn Głośny Krzyk, ale wszyscy wołają na mnie Niiar...
– Veria, tak nazwano mnie zaraz po urodzeniu, bo podobno poród trwał dziesięć uderzeń serca. Veria znaczy szybka...
– ... ojciec chciał, żebym wstąpił do wojska, rodzinna tradycja tak nakazywała. Zaczął się do mnie znów odzywać dopiero wtedy, gdy dowiedział się, że jeżdżę pod Gennem Laskolnykiem...
– ... nie potrafię strzelać z łuku, chyba że mam trafić konia z trzech kroków...
– ... nie mam żadnych Mocy, ale potrafię ukraść każdego konia, jakiego mi się wskaże. W moim plemieniu kradzież koni to szlachetne i godne pochwały zajęcie...
– ... służyłem w wojsku jako zwiadowca...
– ... lubię walkę, lubię się bić, wszystko mi jedno, z konia czy pieszo, szabla, topór czy nóż...
– ... pierwszego człowieka zabiłem, jak miałem jedenaście lat...
– ... mój ojciec zginął w bitwie o Meekhan, towarzysze z pułku przywieźli do domu tylko jego szablę. Używam jej do dziś...
– ... nie lubię czarów, wolałbym, żeby wszystko zawsze odbywało się jak należy, żelazo na żelazo, pancerz przeciw pancerzowi...
– ... Awien zasłonił mnie przed ciosem, potem trafiły go dwie strzały... Śni mi się to do dziś...
– ... jestem Wessyrczykiem...
– ...jestem półkrwi Verdanno...
– ... mój ojciec był Meekhańczykiem, matka pochodziła stąd...
– ... jestem z rodu Onwelow, z plemienia Jacennów...
– ... Kalend, z dalekiego Zachodu...
– ...jestem...
– ... jestem...
– ...jestem...
– Oto moja zasługa.
* * *
Kocimiętka jechał z głową zadartą w górę, rozglądając się na boki. Właśnie mijali kolejny wąwóz, ostatni przed zamkiem, jeśli wierzyć informacjom przekazanym przez Laskolnyka.
– Setka ludzi nad nami, kilka głazów zepchniętych na drogę i można zatrzymać całą armię – mruknął wreszcie. – Nie podoba mi się to.
– Mnie też nie. Ale chyba trudno wymagać, żeby Imperium zbudowało gładkie i prościutkie podejście pod swoją twierdzę, hę? Droga jest szeroka i równa, zakręty niezbyt ostre, most solidny, to i tak więcej, niż się spodziewałam. Ile jeszcze do zamku?
Daghena ziewnęła szeroko, zasłaniając dłonią usta.
– Łooooooch... Ty się mnie nie pytaj, Kailean, bo ja nie jestem stąd. Jedziemy tędy już jakąś... godzinę? Parę mil przebyliśmy. Zamek ma być dwanaście mil od rozjazdu, ale nikt nie powiedział, czy po drodze, czy w linii prostej. Więc jesteśmy albo w połowie drogi, albo w jednej trzeciej. Jeśli jesteśmy w połowie, możemy jechać dalej, bo zdążymy rzucić na niego okiem i wrócić. Jeśli w jednej trzeciej, to chyba nie bardzo, bo przed południem nie będziemy z powrotem.
– Wiedzą, gdzie pojechaliśmy.
Daghena ziewnęła jeszcze szerzej.
– No pewnie. Jak zawsze. Ale nie chce mi się jechać pół dnia tam i z powrotem tylko po to, żeby obejrzeć mur stojący na szczycie góry. Tu gdzieś powinna być czujka z zamku, straż. Jeśli nas zauważyli, pewnie już dali znać dalej, więc, oooooooch... pewnie wkrótce spotkamy jakiś patrol, który zapyta, cośmy za jedni i co tu robimy, i czemu szpiegujemy pod zamkiem, bo jak wiadomo, wszyscy szpiedzy jeżdżą zawsze w biały dzień środkiem drogi. Spotkają nas, pokażemy pismo, zapytamy jak to daleko i wrócimy do rozjazdu.
– Rozgadałaś się, Dag.
– No. – Skinęła głową. – Nie lubię gór. Pierwszy raz w nich jestem, ale już wiem, że ich nie lubię. Są za wysokie, za strome i za skaliste. Jacy ludzie chcieliby tu mieszkać?
Kailean wzruszyła ramionami.
– Ci, którzy powiedzą, że Stepy są za niskie, za płaskie i za dużo na nich trawy. Dziwacy, jednym słowem.
Daghena posłała jej słaby uśmiech i wróciła do rozglądania się. Trakt wiódł wąwozem, skalne ściany wznosiły się coraz wyżej i wyżej, coraz mniej nieba mieli nad głową. Zastanawiała się, jak podróż tędy zniosą ludzie urodzeni i wychowani na równinach, dla których kupa kompostu była wzniesieniem o znaczeniu strategicznym. Nawet ona czuła się nieswojo.
Za kolejnym zakrętem natknęli się na rozstaje. Nic wielkiego, główny trakt ciągle był szeroki i po meekhańsku solidny, ale od niego odbijała w bok mniejsza, węższa droga. Wyłożona płaskimi kamieniami, wykończona byle jak, przy imperialnej trasie wyglądała jak uboga wieśniaczka przy księżnej. Wyrastała z lewej strony, przez kilkadziesiąt kroków niemal przytulała się do większej krewniaczki, by potem odbić ostro i zniknąć w skalnej szczelinie. Zatrzymali się przy rozstajach, mniejsza droga biegła pod górę, między wciąż zwężającymi się ramionami wąwozu, i ginęła gdzieś z przodu. Ktoś zadał sobie trud, żeby przy rozgałęzieniu postawić tablicę. Kailean podjechała bliżej.
– I co tam pisze?
– Czekaj – mruknęła. Tablica była w dobrym stanie, na dębowych deskach ktoś wyrył informację, ale użył do tego tak cudacznych, pełnych zawijasów i ozdobników liter, że od samego patrzenia rozbolały ją oczy. – Tu idzie tak: „Droga należy do szlachetnego hrabiego Cywrasa-der-Malega z Klendoan, bohatera bitwy pod Wender-hyz, pana na ziemiach...”. Tego wam nie będę czytać, bo wymienił z osobna chyba każdy kurnik, jaki posiada, więc bla, bla, bla, „...i prowadzi do wieży obserwacyjnej, którą Jego Miłość postawił na skraju swoich ziem dla chwały Cesarza...”, bla, bla, bla. Nie mówiłam wam, że oni tu zawsze i wszystko robią dla chwały cesarza? Nawet srają, z wypiętymi tyłkami i wybałuszonymi oczami, a za każdym razem, gdy gówno wpadnie do dołu, podrywają się i wykrzykują „Chwała Cesarzowi!”. Zorientowała się, że bardziej warczy, niż mówi. Pozostali przyglądali jej się z dziwnymi minami.
– Co cię tak poniosło?
– Nasz baron, od którego dzierżawiliśmy ziemię, służył u tego hrabiego. Za każdym razem, kiedy podnosił dzierżawę, mówił, że to z rozkazu Cywrasa-der-Malega. I za każdym razem jego nadzorca wykrzykiwał „Dla chwały Cesarza!”. A my potem przez cały rok głodni chodziliśmy.
– Ten hrabia mógł nawet o tym nie wiedzieć – zauważył przytomnie Janne.