Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 173
Перейти на страницу:

* * *

– Oto moja za­słu­ga...

– Na­zy­wam się Fay­len-ena-Klo­wer...

– Mat­ka na­zwa­ła mnie Dle­wynn Gło­śny Krzyk, ale wszy­scy wo­ła­ją na mnie Niiar...

– Ve­ria, tak na­zwa­no mnie za­raz po uro­dze­niu, bo po­dob­no po­ród trwał dzie­sięć ude­rzeń ser­ca. Ve­ria zna­czy szyb­ka...

– ... oj­ciec chciał, że­bym wstą­pił do woj­ska, ro­dzin­na tra­dy­cja tak na­ka­zy­wa­ła. Za­czął się do mnie znów od­zy­wać do­pie­ro wte­dy, gdy do­wie­dział się, że jeż­dżę pod Gen­nem La­skol­ny­kiem...

– ... nie po­tra­fię strze­lać z łuku, chy­ba że mam tra­fić ko­nia z trzech kro­ków...

– ... nie mam żad­nych Mocy, ale po­tra­fię ukraść każ­de­go ko­nia, ja­kie­go mi się wska­że. W moim ple­mie­niu kra­dzież koni to szla­chet­ne i god­ne po­chwa­ły za­ję­cie...

– ... słu­ży­łem w woj­sku jako zwia­dow­ca...

– ... lu­bię wal­kę, lu­bię się bić, wszyst­ko mi jed­no, z ko­nia czy pie­szo, sza­bla, to­pór czy nóż...

– ... pierw­sze­go czło­wie­ka za­bi­łem, jak mia­łem je­de­na­ście lat...

– ... mój oj­ciec zgi­nął w bi­twie o Me­ekhan, to­wa­rzy­sze z puł­ku przy­wieź­li do domu tyl­ko jego sza­blę. Uży­wam jej do dziś...

– ... nie lu­bię cza­rów, wo­lał­bym, żeby wszyst­ko za­wsze od­by­wa­ło się jak na­le­ży, że­la­zo na że­la­zo, pan­cerz prze­ciw pan­ce­rzo­wi...

– ... Awien za­sło­nił mnie przed cio­sem, po­tem tra­fi­ły go dwie strza­ły... Śni mi się to do dziś...

– ... je­stem We­ssyr­czy­kiem...

– ...je­stem pół­krwi Ver­dan­no...

– ... mój oj­ciec był Me­ekhań­czy­kiem, mat­ka po­cho­dzi­ła stąd...

– ... je­stem z rodu On­we­low, z ple­mie­nia Ja­cen­nów...

– ... Ka­lend, z da­le­kie­go Za­cho­du...

– ...je­stem...

– ... je­stem...

– ...je­stem...

– Oto moja za­słu­ga.

* * *

Ko­ci­mięt­ka je­chał z gło­wą za­dar­tą w górę, roz­glą­da­jąc się na boki. Wła­śnie mi­ja­li ko­lej­ny wą­wóz, ostat­ni przed zam­kiem, je­śli wie­rzyć in­for­ma­cjom prze­ka­za­nym przez La­skol­ny­ka.

– Set­ka lu­dzi nad nami, kil­ka gła­zów ze­pchnię­tych na dro­gę i moż­na za­trzy­mać całą ar­mię – mruk­nął wresz­cie. – Nie po­do­ba mi się to.

– Mnie też nie. Ale chy­ba trud­no wy­ma­gać, żeby Im­pe­rium zbu­do­wa­ło gład­kie i pro­ściut­kie po­dej­ście pod swo­ją twier­dzę, hę? Dro­ga jest sze­ro­ka i rów­na, za­krę­ty nie­zbyt ostre, most so­lid­ny, to i tak wię­cej, niż się spo­dzie­wa­łam. Ile jesz­cze do zam­ku?

Da­ghe­na ziew­nę­ła sze­ro­ko, za­sła­nia­jąc dło­nią usta.

– Ło­oooooch... Ty się mnie nie py­taj, Ka­ile­an, bo ja nie je­stem stąd. Je­dzie­my tędy już ja­kąś... go­dzi­nę? Parę mil prze­by­li­śmy. Za­mek ma być dwa­na­ście mil od roz­jaz­du, ale nikt nie po­wie­dział, czy po dro­dze, czy w li­nii pro­stej. Więc je­ste­śmy albo w po­ło­wie dro­gi, albo w jed­nej trze­ciej. Je­śli je­ste­śmy w po­ło­wie, mo­że­my je­chać da­lej, bo zdą­ży­my rzu­cić na nie­go okiem i wró­cić. Je­śli w jed­nej trze­ciej, to chy­ba nie bar­dzo, bo przed po­łu­dniem nie bę­dzie­my z po­wro­tem.

– Wie­dzą, gdzie po­je­cha­li­śmy.

Da­ghe­na ziew­nę­ła jesz­cze sze­rzej.

– No pew­nie. Jak za­wsze. Ale nie chce mi się je­chać pół dnia tam i z po­wro­tem tyl­ko po to, żeby obej­rzeć mur sto­ją­cy na szczy­cie góry. Tu gdzieś po­win­na być czuj­ka z zam­ku, straż. Je­śli nas za­uwa­ży­li, pew­nie już dali znać da­lej, więc, oooooooch... pew­nie wkrót­ce spo­tka­my ja­kiś pa­trol, któ­ry za­py­ta, co­śmy za jed­ni i co tu ro­bi­my, i cze­mu szpie­gu­je­my pod zam­kiem, bo jak wia­do­mo, wszy­scy szpie­dzy jeż­dżą za­wsze w bia­ły dzień środ­kiem dro­gi. Spo­tka­ją nas, po­ka­że­my pi­smo, za­py­ta­my jak to da­le­ko i wró­ci­my do roz­jaz­du.

– Roz­ga­da­łaś się, Dag.

– No. – Ski­nę­ła gło­wą. – Nie lu­bię gór. Pierw­szy raz w nich je­stem, ale już wiem, że ich nie lu­bię. Są za wy­so­kie, za stro­me i za ska­li­ste. Jacy lu­dzie chcie­li­by tu miesz­kać?

Ka­ile­an wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Ci, któ­rzy po­wie­dzą, że Ste­py są za ni­skie, za pła­skie i za dużo na nich tra­wy. Dzi­wa­cy, jed­nym sło­wem.

Da­ghe­na po­sła­ła jej sła­by uśmiech i wró­ci­ła do roz­glą­da­nia się. Trakt wiódł wą­wo­zem, skal­ne ścia­ny wzno­si­ły się co­raz wy­żej i wy­żej, co­raz mniej nie­ba mie­li nad gło­wą. Za­sta­na­wia­ła się, jak po­dróż tędy znio­są lu­dzie uro­dze­ni i wy­cho­wa­ni na rów­ni­nach, dla któ­rych kupa kom­po­stu była wznie­sie­niem o zna­cze­niu stra­te­gicz­nym. Na­wet ona czu­ła się nie­swo­jo.

Za ko­lej­nym za­krę­tem na­tknę­li się na roz­sta­je. Nic wiel­kie­go, głów­ny trakt cią­gle był sze­ro­ki i po me­ekhań­sku so­lid­ny, ale od nie­go od­bi­ja­ła w bok mniej­sza, węż­sza dro­ga. Wy­ło­żo­na pła­ski­mi ka­mie­nia­mi, wy­koń­czo­na byle jak, przy im­pe­rial­nej tra­sie wy­glą­da­ła jak ubo­ga wie­śniacz­ka przy księż­nej. Wy­ra­sta­ła z le­wej stro­ny, przez kil­ka­dzie­siąt kro­ków nie­mal przy­tu­la­ła się do więk­szej krew­niacz­ki, by po­tem od­bić ostro i znik­nąć w skal­nej szcze­li­nie. Za­trzy­ma­li się przy roz­sta­jach, mniej­sza dro­ga bie­gła pod górę, mię­dzy wciąż zwę­ża­ją­cy­mi się ra­mio­na­mi wą­wo­zu, i gi­nę­ła gdzieś z przo­du. Ktoś za­dał so­bie trud, żeby przy roz­ga­łę­zie­niu po­sta­wić ta­bli­cę. Ka­ile­an pod­je­cha­ła bli­żej.

– I co tam pi­sze?

– Cze­kaj – mruk­nę­ła. Ta­bli­ca była w do­brym sta­nie, na dę­bo­wych de­skach ktoś wy­rył in­for­ma­cję, ale użył do tego tak cu­dacz­nych, peł­nych za­wi­ja­sów i ozdob­ni­ków li­ter, że od sa­me­go pa­trze­nia roz­bo­la­ły ją oczy. – Tu idzie tak: „Dro­ga na­le­ży do szla­chet­ne­go hra­bie­go Cyw­ra­sa-der-Ma­le­ga z Klen­do­an, bo­ha­te­ra bi­twy pod Wen­der-hyz, pana na zie­miach...”. Tego wam nie będę czy­tać, bo wy­mie­nił z osob­na chy­ba każ­dy kur­nik, jaki po­sia­da, więc bla, bla, bla, „...i pro­wa­dzi do wie­ży ob­ser­wa­cyj­nej, któ­rą Jego Mi­łość po­sta­wił na skra­ju swo­ich ziem dla chwa­ły Ce­sa­rza...”, bla, bla, bla. Nie mó­wi­łam wam, że oni tu za­wsze i wszyst­ko ro­bią dla chwa­ły ce­sa­rza? Na­wet sra­ją, z wy­pię­ty­mi tył­ka­mi i wy­ba­łu­szo­ny­mi ocza­mi, a za każ­dym ra­zem, gdy gów­no wpad­nie do dołu, pod­ry­wa­ją się i wy­krzy­ku­ją „Chwa­ła Ce­sa­rzo­wi!”. Zo­rien­to­wa­ła się, że bar­dziej war­czy, niż mówi. Po­zo­sta­li przy­glą­da­li jej się z dziw­ny­mi mi­na­mi.

– Co cię tak po­nio­sło?

– Nasz ba­ron, od któ­re­go dzier­ża­wi­li­śmy zie­mię, słu­żył u tego hra­bie­go. Za każ­dym ra­zem, kie­dy pod­no­sił dzier­ża­wę, mó­wił, że to z roz­ka­zu Cyw­ra­sa-der-Ma­le­ga. I za każ­dym ra­zem jego nad­zor­ca wy­krzy­ki­wał „Dla chwa­ły Ce­sa­rza!”. A my po­tem przez cały rok głod­ni cho­dzi­li­śmy.

– Ten hra­bia mógł na­wet o tym nie wie­dzieć – za­uwa­żył przy­tom­nie Jan­ne.

1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)