Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Ogary?
— Tylko Kciuk ma pojęcie, kim jestem. I dostał wyraźne rozkazy, żeby trzymać gębę na kłódkę. Nie sądzę, żeby je złamał.
Daghena poprawiła pas z szablą, podrapała się po głowie.
— Inni niewolnicy, kha-dar?
— Najpewniej. W samym Białym Konoweryn jest ich mnóstwo, co prawda z popielnych i domowych, bo te kasty nie biorą tak licznie udziału w powstaniu jak brudni, ale… spora część z nich to Meekhańczycy… We wschodniej części księstwa też zostało sporo tych… lepszych niewolników. Nawet kupcy, którzy dawali naszym ludziom przykrywkę, mają ich na służbie.
— Meekhańscy kupcy? Przecież w Imperium…
— Nie jesteśmy w Imperium, Niiar. Tutaj posiadanie własnych domowych jest wyznacznikiem statusu. Piękna nałożnica, utalentowany muzyk, prywatny lekarz są jak złotogłów i pierścień z diamentem na każdym palcu. Domowi i spora część popielnych jest wykształcona, umie pisać i czytać, ma uszy i oczy. Może część z nich służy teraz dwóm panom? Jak myślicie? Czy dlatego saw-Kirhu był taki tajemniczy? Czy jeśli uderzy na wschód, wzdłuż Tos, a w każdym mieście będzie miał sprzymierzeńców, którzy otworzą mu bramy?
Kocimiętka nie wyglądał na przekonanego.
— Po pierwszym takim zdarzeniu reszta niewolników podzieli los tych z Pomwe.
— Zgadza się. Dlatego muszę wiedzieć, co ten sukinsyn planuje, nim przez jakąś głupotę wyśle połowę tutejszych niewolników na śmierć.
Lea zamachała dłońmi.
— A może nie będziemy gdybać, tylko posłuchamy? W końcu po coś odparzałam sobie tyłek przez ostatnie dni.
— No — Janne odzyskał już właściwe kolory — dużo tu ptaków, kha-dar. Pełno ich wszędzie. Można też wiele zobaczyć.
Laskolnyk uśmiechnął się delikatnie.
— Już myślałem, że będę wam musiał przypominać o takich sprawach. Jesteście zmęczeni, połóżcie się, odpocznijcie.
Kailean przywołała Berdetha.
— Ja też jestem zmęczona, mogę się zdrzemnąć?
— Nie.
— Nie?
— Kor’ben Olhewar, córuchna — przypomniał. — Na pewno dawno nie rozmawiał w av’anaho. Słyszałem, że ma kwaterę i warsztat w tym obozie. A tobie przyda się trochę świeżego powietrza, więc przy okazji możesz z nim pogawędzić o starych czasach…
Zasalutowała pięścią do piersi.
— Tak jest, generale!
Skrzywił się tylko i machnął ręką. Idź już, idź.
* * *
Obóz nadal pulsował ruchem, jednak teraz oszczędnym, sennym. Zbliżała się noc, choć słońce miało jeszcze kawałek drogi do przebycia, nim też położy się spać. Żołnierze niewolniczej armii kończyli ćwiczenia, odkładali na bok broń, myli się. Było coś dziwnego, niemal hipnotycznego w spokoju, jaki ich otaczał. Żadnych zbędnych ruchów, żadnego puszenia się i przechwalania, kto ma większy… miecz. Promieniowało z nich zdecydowanie i poczucie celu. Kailean po raz pierwszy pomyślała, że Laskolnyk mógł się mylić, mógł ich nie docenić, bo to była armia, może i nie wyszkolona tak, jak imperialne pułki, ale z pewnością zdyscyplinowana i zawzięta. Nie wygrywała swoich potyczek i bitew przypadkiem.
Większość żołnierzy zajmowała się teraz szykowaniem kolacji. Wspólnie. Jedni kroili mięso, inni obierali jakieś bulwy, część przynosiła wodę. Czy w tym tkwił sukces meekhańskiej machiny wojskowej? W budowaniu jedności na poziomie podstawowego pododdziału – dziesiątki? Wędrują, śpią, jedzą i walczą jak jedna rodzina. Jak… czaardan. Uderzyło ją to porównanie, bo do tej pory nie myślała tak o piechocie.
Rozpalono ogniska, więc nad namiotami zaczęła się unosić siwa mgiełka dymu.
Kailean kierowała się w stronę, gdzie oprócz dymu w niebo biły także kłęby pary. Wozacki warsztat rymarski łatwo byłoby zlokalizować w każdym zakątku świata.
Wokół zwykłego namiotu rozpalono kilka ognisk, nad którymi w wielkich kotłach gotowała się woda. W trzech nad parą ułożono kawałki drewna, deseczki i żerdzie. Nieopodal Kor’ben Olhewar mocował rząd namokniętych listew do dziwacznej konstrukcji z drewna, wyginał, dociążał kamieniami.
— Co to będzie?
Jeśli się zdziwił, słysząc anaho z ust jasnowłosej, zielonookiej dziewczyny, to ukrył to znakomicie.
— Próbuję, uff… — sapnął głucho, walcząc ze szczególnie opornym kawałkiem drewna. — Próbuję wygiąć to tak, żeby po sklejeniu wyszła pawęż. A to cholerstwo twarde jest jak żelazo. Pomóż…
Złapała, listwy wciąż były gorące i wilgotne, ale wspólnie pokonali opór drewna. Kor’ben ustabilizował całość kilkoma klinami.
— No. Dobrze. — Otarł pot z czoła i uśmiechnął się do dziewczyny. — Miejscowi nazywają to drewno żelaźnikiem, bo jest twarde jak stal. I przez to oporne jak cholera. Skąd znasz anaho?
— Dorastałam w rodzinie Verdanno. Mieszkałam z nimi przez kilka lat, zanim przywiało mnie do Laskolnyka.
— U kogo?
— U And’ewersa Kalevenha.
Zmrużył oczy. Jego dłonie zatańczyły w rytm wypowiadanych słów, a Kailean uśmiechnęła się szerko. Dawno nie widziała tak pięknego, uroczystego i lekko napuszonego av‘anaho.
— U tego, który błogosławiony przez Matkę Koni poprowadził nas nasze serca po sprawiedliwość i zemstę. U pogromcy przeklętego po trzykroć Yawenyra? Oka Węża, przewodnika dziesięciu tysięcy wozów bojowych? Jesteś przybraną córką bohatera?
Av’anaho składało się z gestów i słów, dlatego ktoś stojący za plecami mężczyzny odczytałby tylko część jego przemowy. Był to język sag, pieśni o bohaterach i eposów. To właśnie on pchnął verdańską młodzież, a za nią i resztę plemienia, do szaleńczej wyprawy po odzyskanie ojczyzny.
Odpowiedziała w ten sam sposób.
— Czyżby to był test próba mojej uczciwości, wojowniku? Sądzisz, że przyszłabym tu z tak szalonym łatwym do odkrycia kłamstwem? Tak, Verdanno wychowywali mnie dzielili ze mną strawę, wodę i serca, ale nie zostałam ich córką. Zbyt lubię kocham, uwielbiam wiatr we włosach i tętent kopyt pod sobą. Byłam dla nich bratanicą siostrzenicą krwi, bo poznaliśmy się w walce boju na śmierć i życie. Byłam dla ich dzieci przybraną kuzynką. I jeśli chcesz zapytać zaspokoić palącą duszę ciekawość, byłam na polu bitwy chwały, zwycięstwa u brodu na Lassie. Widziałam szarżę ocalonych ukochanych, odzyskanych dzieci, klęskę pogrom Jeźdźców Burzy pomiotów Kulawca Yawenyra. Ale to długa opowieść, a ja jestem zmęczona strudzona i słaba.