Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 210
Перейти на страницу:

— Oga­ry?

— Tyl­ko Kciuk ma po­ję­cie, kim je­stem. I do­stał wy­raź­ne roz­ka­zy, żeby trzy­mać gębę na kłód­kę. Nie są­dzę, żeby je zła­mał.

Da­ghe­na po­pra­wi­ła pas z sza­blą, po­dra­pa­ła się po gło­wie.

— Inni nie­wol­ni­cy, kha-dar?

— Naj­pew­niej. W sa­mym Bia­łym Ko­no­we­ryn jest ich mnó­stwo, co praw­da z po­piel­nych i do­mo­wych, bo te ka­sty nie bio­rą tak licz­nie udzia­łu w po­wsta­niu jak brud­ni, ale… spo­ra część z nich to Me­ekhań­czy­cy… We wschod­niej czę­ści księ­stwa też zo­sta­ło spo­ro tych… lep­szych nie­wol­ni­ków. Na­wet kup­cy, któ­rzy da­wa­li na­szym lu­dziom przy­kryw­kę, mają ich na służ­bie.

— Me­ekhań­scy kup­cy? Prze­cież w Im­pe­rium…

— Nie je­ste­śmy w Im­pe­rium, Niiar. Tu­taj po­sia­da­nie wła­snych do­mo­wych jest wy­znacz­ni­kiem sta­tu­su. Pięk­na na­łoż­ni­ca, uta­len­to­wa­ny mu­zyk, pry­wat­ny le­karz są jak zło­to­głów i pier­ścień z dia­men­tem na każ­dym pal­cu. Do­mo­wi i spo­ra część po­piel­nych jest wy­kształ­co­na, umie pi­sać i czy­tać, ma uszy i oczy. Może część z nich słu­ży te­raz dwóm pa­nom? Jak my­śli­cie? Czy dla­te­go saw-Kir­hu był taki ta­jem­ni­czy? Czy je­śli ude­rzy na wschód, wzdłuż Tos, a w każ­dym mie­ście bę­dzie miał sprzy­mie­rzeń­ców, któ­rzy otwo­rzą mu bra­my?

Ko­ci­mięt­ka nie wy­glą­dał na prze­ko­na­ne­go.

— Po pierw­szym ta­kim zda­rze­niu resz­ta nie­wol­ni­ków po­dzie­li los tych z Po­mwe.

— Zga­dza się. Dla­te­go mu­szę wie­dzieć, co ten su­kin­syn pla­nu­je, nim przez ja­kąś głu­po­tę wy­śle po­ło­wę tu­tej­szych nie­wol­ni­ków na śmierć.

Lea za­ma­cha­ła dłoń­mi.

— A może nie bę­dzie­my gdy­bać, tyl­ko po­słu­cha­my? W koń­cu po coś od­pa­rza­łam so­bie ty­łek przez ostat­nie dni.

— No — Jan­ne od­zy­skał już wła­ści­we ko­lo­ry — dużo tu pta­ków, kha-dar. Peł­no ich wszę­dzie. Moż­na też wie­le zo­ba­czyć.

La­skol­nyk uśmiech­nął się de­li­kat­nie.

— Już my­śla­łem, że będę wam mu­siał przy­po­mi­nać o ta­kich spra­wach. Je­ste­ście zmę­cze­ni, po­łóż­cie się, od­pocz­nij­cie.

Ka­ile­an przy­wo­ła­ła Ber­de­tha.

— Ja też je­stem zmę­czo­na, mogę się zdrzem­nąć?

— Nie.

— Nie?

— Kor’ben Ol­he­war, có­ruch­na — przy­po­mniał. — Na pew­no daw­no nie roz­ma­wiał w av’ana­ho. Sły­sza­łem, że ma kwa­te­rę i warsz­tat w tym obo­zie. A to­bie przy­da się tro­chę świe­że­go po­wie­trza, więc przy oka­zji mo­żesz z nim po­ga­wę­dzić o sta­rych cza­sach…

Za­sa­lu­to­wa­ła pię­ścią do pier­si.

— Tak jest, ge­ne­ra­le!

Skrzy­wił się tyl­ko i mach­nął ręką. Idź już, idź.

* * *

Obóz na­dal pul­so­wał ru­chem, jed­nak te­raz oszczęd­nym, sen­nym. Zbli­ża­ła się noc, choć słoń­ce mia­ło jesz­cze ka­wa­łek dro­gi do prze­by­cia, nim też po­ło­ży się spać. Żoł­nie­rze nie­wol­ni­czej ar­mii koń­czy­li ćwi­cze­nia, od­kła­da­li na bok broń, myli się. Było coś dziw­ne­go, nie­mal hip­no­tycz­ne­go w spo­ko­ju, jaki ich ota­czał. Żad­nych zbęd­nych ru­chów, żad­ne­go pu­sze­nia się i prze­chwa­la­nia, kto ma więk­szy… miecz. Pro­mie­nio­wa­ło z nich zde­cy­do­wa­nie i po­czu­cie celu. Ka­ile­an po raz pierw­szy po­my­śla­ła, że La­skol­nyk mógł się my­lić, mógł ich nie do­ce­nić, bo to była ar­mia, może i nie wy­szko­lo­na tak, jak im­pe­rial­ne puł­ki, ale z pew­no­ścią zdy­scy­pli­no­wa­na i za­wzię­ta. Nie wy­gry­wa­ła swo­ich po­ty­czek i bi­tew przy­pad­kiem.

Więk­szość żoł­nie­rzy zaj­mo­wa­ła się te­raz szy­ko­wa­niem ko­la­cji. Wspól­nie. Jed­ni kro­ili mię­so, inni obie­ra­li ja­kieś bul­wy, część przy­no­si­ła wodę. Czy w tym tkwił suk­ces me­ekhań­skiej ma­chi­ny woj­sko­wej? W bu­do­wa­niu jed­no­ści na po­zio­mie pod­sta­wo­we­go pod­od­dzia­łu – dzie­siąt­ki? Wę­dru­ją, śpią, je­dzą i wal­czą jak jed­na ro­dzi­na. Jak… cza­ar­dan. Ude­rzy­ło ją to po­rów­na­nie, bo do tej pory nie my­śla­ła tak o pie­cho­cie.

Roz­pa­lo­no ogni­ska, więc nad na­mio­ta­mi za­czę­ła się uno­sić siwa mgieł­ka dymu.

Ka­ile­an kie­ro­wa­ła się w stro­nę, gdzie oprócz dymu w nie­bo biły tak­że kłę­by pary. Wo­zac­ki warsz­tat ry­mar­ski ła­two by­ło­by zlo­ka­li­zo­wać w każ­dym za­kąt­ku świa­ta.

Wo­kół zwy­kłe­go na­mio­tu roz­pa­lo­no kil­ka ognisk, nad któ­ry­mi w wiel­kich ko­tłach go­to­wa­ła się woda. W trzech nad parą uło­żo­no ka­wał­ki drew­na, de­secz­ki i żer­dzie. Nie­opo­dal Kor’ben Ol­he­war mo­co­wał rząd na­mok­nię­tych li­stew do dzi­wacz­nej kon­struk­cji z drew­na, wy­gi­nał, do­cią­żał ka­mie­nia­mi.

— Co to bę­dzie?

Je­śli się zdzi­wił, sły­sząc ana­ho z ust ja­sno­wło­sej, zie­lo­no­okiej dziew­czy­ny, to ukrył to zna­ko­mi­cie.

— Pró­bu­ję, uff… — sap­nął głu­cho, wal­cząc ze szcze­gól­nie opor­nym ka­wał­kiem drew­na. — Pró­bu­ję wy­giąć to tak, żeby po skle­je­niu wy­szła pa­węż. A to cho­ler­stwo twar­de jest jak że­la­zo. Po­móż…

Zła­pa­ła, li­stwy wciąż były go­rą­ce i wil­got­ne, ale wspól­nie po­ko­na­li opór drew­na. Kor’ben usta­bi­li­zo­wał ca­łość kil­ko­ma kli­na­mi.

— No. Do­brze. — Otarł pot z czo­ła i uśmiech­nął się do dziew­czy­ny. — Miej­sco­wi na­zy­wa­ją to drew­no że­laź­ni­kiem, bo jest twar­de jak stal. I przez to opor­ne jak cho­le­ra. Skąd znasz ana­ho?

— Do­ra­sta­łam w ro­dzi­nie Ver­dan­no. Miesz­ka­łam z nimi przez kil­ka lat, za­nim przy­wia­ło mnie do La­skol­ny­ka.

— U kogo?

— U And’ewer­sa Ka­le­ven­ha.

Zmru­żył oczy. Jego dło­nie za­tań­czy­ły w rytm wy­po­wia­da­nych słów, a Ka­ile­an uśmiech­nę­ła się szer­ko. Daw­no nie wi­dzia­ła tak pięk­ne­go, uro­czy­ste­go i lek­ko na­pu­szo­ne­go av‘ana­ho.

— U tego, któ­ry bło­go­sła­wio­ny przez Mat­kę Koni po­pro­wa­dził nas na­sze ser­ca po spra­wie­dli­wość i ze­mstę. U po­grom­cy prze­klę­te­go po trzy­kroć Yawe­ny­ra? Oka Węża, prze­wod­ni­ka dzie­się­ciu ty­się­cy wo­zów bo­jo­wych? Je­steś przy­bra­ną cór­ką bo­ha­te­ra?

Av’ana­ho skła­da­ło się z ge­stów i słów, dla­te­go ktoś sto­ją­cy za ple­ca­mi męż­czy­zny od­czy­tał­by tyl­ko część jego prze­mo­wy. Był to ję­zyk sag, pie­śni o bo­ha­te­rach i epo­sów. To wła­śnie on pchnął ver­dań­ską mło­dzież, a za nią i resz­tę ple­mie­nia, do sza­leń­czej wy­pra­wy po od­zy­ska­nie oj­czy­zny.

Od­po­wie­dzia­ła w ten sam spo­sób.

— Czyż­by to był test pró­ba mo­jej uczci­wo­ści, wo­jow­ni­ku? Są­dzisz, że przy­szła­bym tu z tak sza­lo­nym ła­twym do od­kry­cia kłam­stwem? Tak, Ver­dan­no wy­cho­wy­wa­li mnie dzie­li­li ze mną stra­wę, wodę i ser­ca, ale nie zo­sta­łam ich cór­ką. Zbyt lu­bię ko­cham, uwiel­biam wiatr we wło­sach i tę­tent ko­pyt pod sobą. By­łam dla nich bra­ta­ni­cą sio­strze­ni­cą krwi, bo po­zna­li­śmy się w wal­ce boju na śmierć i ży­cie. By­łam dla ich dzie­ci przy­bra­ną ku­zyn­ką. I je­śli chcesz za­py­tać za­spo­ko­ić pa­lą­cą du­szę cie­ka­wość, by­łam na polu bi­twy chwa­ły, zwy­cię­stwa u bro­du na Las­sie. Wi­dzia­łam szar­żę oca­lo­nych uko­cha­nych, od­zy­ska­nych dzie­ci, klę­skę po­grom Jeźdź­ców Bu­rzy po­mio­tów Ku­law­ca Yawe­ny­ra. Ale to dłu­ga opo­wieść, a ja je­stem zmę­czo­na stru­dzo­na i sła­ba.

1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)