Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Ale za chwilę cierpienie ustąpiło miejsca wściekłości. Gospodarz chwycił rożen i pełen rozpaczy skoczył do pokoju przyjaciół.
— Wina! — rzekł Atos widząc oberżystę.
— Wina! — zawołał gospodarz osłupiały. — Wina! Ależ wypiłeś mi pan wina za dobre sto pistoli! Jestem zrujnowany, zgubiony, zniszczony!
— Ba — odparł Atos — byliśmy wciąż spragnieni.
— Gdyby pan poprzestał na piciu, pół biedy jeszcze; ale potłukłeś mi wszystkie butelki.
— Popchnąłeś mnie na nie, to twoja wina.
— Przepadła cała moja oliwa!
— Oliwa jest najlepszym balsamem na rany, a biedny Grimaud musiał sobie opatrzyć rany, które mu zadałeś.
— Wszystkie moje kiełbasy zjedzone!
— W piwnicy jest mnóstwo szczurów.
— Zapłacisz mi pan za wszystko — zawołał zrozpaczony gospodarz.
— Łajdaku, łajdaku i jeszcze raz łajdaku! — rzekł Atos wstając. Ale opadł natychmiast na miejsce; widać było, jak mało ma sił. D’Artagnan pośpieszył mu z pomocą podnosząc szpicrutę.
Gospodarz cofnął się o krok i wybuchnął płaczem.
— To cię nauczy — rzekł d’Artagnan — grzeczniej obchodzić się z gośćmi, których Pan Bóg ci zsyła.
— Bóg! Powiedz pan raczej: diabeł!
— Mój drogi przyjacielu — powiedział d’Artagnan — jeśli nadal będziesz nam rozdzierał uszy wrzaskami, zamkniemy się wszyscy czterej w piwnicy i przekonamy się, czy straty są tak wielkie, jak powiadasz.
— Tak, panowie — rzekł gospodarz — przyznaję, że popełniłem błąd, ale jest zmiłowanie za grzechy. Jesteście wielkimi panami, a ja biednym oberżystą, zlitujcie się nade mną.
— Ach, mówiąc w ten sposób, rozdzierasz mi serce i łzy popłyną z mych oczu jak wino z twoich beczek — rzekł Atos. — Nie jesteśmy tak źli, jak wyglądamy. Podejdź tu, porozmawiajmy,
Oberżysta zbliżył się z niepokojem.
— Chodźże i nie bój się, powiadam — ciągnął Atos. — W chwili gdy miałem ci płacić, położyłem sakiewkę na stole.
— Tak, Wasza Miłość.
— W tej sakiewce było sześćdziesiąt pistoli. Gdzie jest sakiewka?
— Na przechowaniu w sądzie, Wasza Miłość; powiedziano mi, że to fałszywe pieniądze.
— Dobrze więc, każ sobie zwrócić sakiewkę i weź te sześćdziesiąt pistoli.
— Ale wasza Miłość wie przecie, że sąd nie zwraca tego, co ma już w ręce. Gdyby to były fałszywe pieniądze, mógłbym mieć jeszcze nadzieję, ale niestety, pieniądze są dobre.
— Ułóż się więc z sądem, mój poczciwcze, nie obchodzi mnie to, tym bardziej że nie mam już ani grosza.
— Powiedz no, panie gospodarzu — wtrącił d’Artagnan — gdzie jest koń Atosa?
— W stajni.
— Ile jest wart?
— Co najwyżej pięćdziesiąt pistoli.
— Wart jest osiemdziesiąt; weź go sobie i niech na tym będzie koniec.
— Jak to, sprzedajesz mego konia, mego Bajazyta? — rzekł Atos. — A na czym pojadę na wojnę, na Grimaudzie?
— Przyprowadziłem ci innego — rzekł d’Artagnan.
— Innego?
— Wspaniałego konia! — zawołał gospodarz.
— Jeśli więc mam innego, piękniejszego i młodszego, zabierz go sobie i daj mi pić.
— Jakie wino mam podać? — zapytał gospodarz, całkiem już rozpogodzony.
— To, co stoi w głębi, przy deskach; zostało jeszcze dwadzieścia pięć butelek, wszystkie inne się potłukły, kiedy upadłem. Podaj nam sześć.
— Ależ to piorun nie człowiek! — rzekł gospodarz do siebie — jeśli zostanie tu jeszcze dwa tygodnie i zapłaci za wszystko, co wypije, powetuję sobie straty.
— I nie zapomnij — dodał d’Artagnan — posłać cztery butelki tego samego wina tym panom Anglikom.
— A teraz — rzekł Atos — kiedy czekamy na wino, opowiedz mi, d’Artagnanie, co się dzieje z resztą naszych przyjaciół!
D’Artagnan opowiedział mu, jak znalazł Portosa w łóżku ze zwichniętym kolanem, a Aramisa przy stole między dwoma teologami. Kiedy kończył, wszedł gospodarz z butelkami i szynką, która na szczęście dla niego nie znajdowała się w piwnicy.
— Dobrze — powiedział Atos napełniając szklanki — pijmy za zdrowie Portowa i Aramisa; ale co tobie, mój przyjacielu? Masz smutną minę.
— Niestety — rzekł d’Artagnan — jestem najnieszczęśliwszy z nas wszystkich!
— Ty jesteś nieszczęśliwy, d’Artagnanie! — rzekł Atos. — Jakże to, jakim sposobem? Opowiedz mi.
— Potem — odparł d’Artagnan.
— Potem! A dlaczego potem? Myślisz może, że jestem pijany, d’Artagnanie? Zapamiętaj sobie: nigdy nie mam jaśniej w głowie niż wówczas, gdy wypiję wina. Mówże, zamieniam się cały w słuch.
D’Artagnan opowiedział mu swoją przygodę z panią Bonacieux. Atos słuchał z największym spokojem, a kiedy d’Artagnan skończył, rzekł:
— Wszystko to tylko marność, marność, powiadam!
Było to ulubione słowo Atosa.
— Zawsze tak mówisz, mój drogi Atosie — rzekł d’Artagnan — ale nie przystoi tak mówić tobie, nigdy przecie nie kochałeś.
Zgaszone oko Atosa zapłonęło nagle; ale była to tylko błyskawica i wkrótce spojrzenie jego stało się ponure i zamglone jak poprzednio.
— To prawda — odparł spokojnie — nigdy nie kochałem.
— Widzisz więc, kamienne serce — rzekł d’Artagnan — że nie masz racji będąc niewyrozumiałym dla nas, ludzi o czułych sercach.
— Czułe serca, przebite serca — powiedział Atos.
— Co powiadasz?
— Mówię, że miłość to loteria, gdzie wygrywająć wygrywa się śmierć! Wierzaj mi, mój drogi d’Artagnanie, szczęście to prawdziwe, że przegrałeś. Jeśli mogę ci udzielić rady, przegrywaj zawsze.
— Zdawało mi się, że bardzo mnie kocha!
— Tak ci się zdawało.
— O, ona mnie kochała.
— Dziecko! Nie ma mężczyzny, który by nie wierzył jak ty, że kochanka go kocha, i nie ma mężczyzny, którego by nie oszukała kochanka.
— Prócz ciebie, Atosie, nigdy bowiem nie miałeś kochanki.
— To prawda — rzekł Atos po chwili ciszy — nigdy nie miałem kochanki. Pijmy.
— Ale jeśli jesteś takim filozofem, poucz mnie, wspomóż mnie; trzeba mi pomocy i pociechy.
— Pociechy? W czym?
— W moim nieszczęściu.
— Twoje nieszczęście budzi śmiech — powiedział Atos wzruszając ramionami — ciekaw byłbym, co byś rzekł, gdybym ci opowiedział pewną historię miłosną.
— Która się przydarzyła tobie?
— Albo jednemu z moich przyjaciół, wszystko jedno!
— Mów więc, Atosie.
— Pijmy, to lepsze.
— Pij i opowiadaj.
— Doprawdy, można i tak — rzekł Atos wychylając i znów napełniając swą szklankę — obie rzeczy wybornie idą w parze.
— Słucham — powiedział d’Artagnan.
Atos zebrał się w sobie i d’Artagnan zobaczył, że przyjaciel blednie; był w tej fazie pijaństwa, kiedy pospolici pijacy padają i usypiają. On natomiast śnił głośno, nie zasypiając. Ten pijacki somnambulizm miał w sobie coś przerażającego.
— Chcesz koniecznie?
— Proszę cię o to — rzekł d’Artagnan.
— Niechaj więc będzie. Jeden z moich przyjaciół, jeden z moich przyjaciół, powtarzam, nie ja — rzekł Atos z ponurym uśmiechem — jeden z hrabiów prowincji, skąd pochodzę, to znaczy z Berry, pan równie szlachetnie urodzony, jak Dandolo czy Montmorency, zakochał się, mając dwadzieścia pięć lat, w szesnastoletniej dziewczynie, pięknej jak sen. Choć była jeszcze naiwna, umysł miała żywy, nie był to umysł niewiasty, lecz poety; nie podobała się, lecz upajała; mieszkała w małym miasteczku z bratem, który był księdzem. Oboje przybyli do prowincji nie wiadomo skąd; ale ona była tak piękna, a jej brat tak pobożny, że nie przychodziło nawet na myśl pytać, skąd przybywają. Zresztą mówiono, że są z dobrej rodziny. Mój przyjaciel był panem na tych ziemiach; mógł ją uwieść, uprowadzić przemocą, on bowiem tu władał; któż przyszedłby z pomocą dwojgu obcym i nieznanym ludziom? Na nieszczęście był to człowiek uczciwy i poślubił ją. Głupiec, dureń, idiota!