Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 138
Перейти на страницу:

— Rozumiem. — Kiwnął nagle wymijająco głową, jakby ta chwila między nimi, na którą czekała tak długo, nic go nie obchodziła.

Nieoczekiwanie poczuła w piersiach ukłucie rozczarowania i wstydu. Czy tyle tylko to dla niego znaczę! — Lepiej wrócę do miasta. — Będziesz mógł powiedzieć swym Zimackim kochanicom, że o mało co zjadłbyś obiad z komendantem policji.

— Nie musisz. Możemy udawać, że nic się nie stało.

— Może ty. Ja nie potrafię udawać, już nie. Rzeczywistość ryczy zbyt głośno. — Naciągnęła pelerynę, ruszyła zgarbiona do drzwi.

— Jerusho. Poradzisz sobie? — Wyczuła jego troskę.

Zatrzymała się i odwróciła, panując nad sobą.

— Tak. Nawet dzień poza Krwawnikiem jest jak transfuzja. Może… spotkamy się jeszcze na Święcie — nim stąd odlecimy? — Nienawidziła siebie za to pytanie.

— Nie, chyba nie. To właśnie Święto wolałbym ominąć. Zresztą nie opuszczę Tiamat, to mój dom.

— Oczywiście. — Poczuła, jak rodzi się na jej ustach sztuczny uśmiech, przypominający skurcz mięśni. — No to może zadzwonię przed odlotem. — Obyś pękł, poszedł w diabły…

— Odprowadzę cię.

— Nie warto. — Pokręciła głową, nałożyła hełm i zapięła rzemień pod brodą. — Nie trzeba. — Otworzyła ciemne drzwi na żelaznych zawiasach i wyszła, zamykając je szybko za sobą.

Była w połowie stoku, gdy usłyszała, jak woła jej imię. Obejrzała się i zobaczyła, jak zbiega ku niej. Stanęła, niezdarnie zaciskając w pięści skryte w rękawiczkach ręce.

Tak?

— Nadciąga sztorm.

— Nie nadciąga. Przed opuszczeniem Krwawnika sprawdziłam prognozę pogody.

— Do diabła z prognozami; gdyby ci dranie choć raz oderwali się od symulatorów i spojrzeli w niebo. — Machnął ręką do horyzontu po zenit. — Sztorm zjawi się jutro o świcie.

Spojrzała w górę, ujrzała jedynie rozproszone chmury i blade, podwójne halo otaczające zaćmiewające się Bliźnięta.

— Nie martw się. Wrócę w nocy.

— Nie o ciebie się martwię. — Patrzył ciągle na północ.

— Och — poczuła, jak jej twarz traci wszelki wyraz.

— Dziewczyna, którą tu goszczę, wypłynęła na małej łódce. Ma wrócić dopiero jutro wieczorem. — Spojrzał na nią ze smutkiem. — Już raz wyciągnąłem ją z morza niemal zamarzniętą. Teraz może mieć mniej szczęścia. Nie dotrę do niej na czas, chyba że…

Kiwnęła głową.

— Zgoda, Miroe. Poszukamy jej. Zawahał się.

— Nie — nie wiem, jak cię o to prosić. Nie mam prawa się do ciebie zwracać. Ale…

— Wszystko w porządku. Mam obowiązek pomagać.

— Nie. Chcę cię poprosić, byś zrobiła to — nie z obowiązku. Byś zapomniała, że spotkałaś tę, którą spotkasz. — Uśmiechnął się lub skrzywił. — Zrozum. Ja też ufam ci aż za bardzo. — Zaczął rozcierać ręce, spostrzegła, że wybiegł za nią bez płaszcza.

Przypomniała sobie niepokój, z jakim ją przywitał, zrozumiała go wreszcie.

— Nie jest chyba wielokrotnym mordercą?

— Daleko jej do tego — roześmiał się.

— W takim razie okażę się strasznie zapominalska. Chodź, wsiadaj, nim zamarzniesz. Do konspiracji wciągniesz mnie po drodze.

Zeszli ze wzgórza, prosto w zębiska wiatru. Jerusha wystartowała patrolowcem, poleciała na północ wzdłuż wyschłej wstęgi wybrzeża.

— Dobra. Chyba sama zdołam ułożyć wszystkie kawałki. Masz coś wspólnego z przemytnikami techniki, którzy zniknęli gdzieś tu dwa tygodnie temu. Twój gość jest szmuglerem. — Z pewną ulgą weszła w znajome koleiny, znajome nawyki, ich stare, proste stosunki.

— Częściowo się zgadza.

— Częściowo? — spojrzała na niego. — Wytłumacz to.

— Pamiętasz okoliczności naszego pierwszego spotkania?

— Tak. — Ujrzała nagle w myślach twarz Gundhalinu, pełną uzasadnionego oburzenia. — BZ naprawdę cię przyłapał.

— Twój sierżant — powiedział. Wyczuła jego uśmiech, potem zrozumienie. — Przykro mi, że tak się stało. Ze względu na ciebie.

— Przynajmniej stało się to szybko. — W tym życiu możemy liczyć tylko na taką łaskę. — Dziewczyna? — zapytała z rodzącym się przeczuciem.

— Rękę złamała ci Letniacka dziewczyna; ta, która odleciała stąd z przemytnikami.

— Wróciła? Jak? — mruknęła zaskoczona, lecz jednak nie zdumiona.

— Przywieźli ją ze sobą.

Jerusha poczuła, jak patrolowiec staje dęba i zlatuje w długim spadku, ustawiła na nowo przyrządy.

— Co oznacza, że zjawiła się tu nielegalnie. — A może i coś znacznie więcej. — Gdzie była?

— Na Kharemough.

Chrząknęła.

— Mogłam się domyślić. Powiedz mi, Miroe, czy jesteś pewny, że zabrano ją stąd przypadkowo?

Zmarszczył brwi.

— Na sto procent. Dlaczego pytasz?

— Czy nigdy cię nie uderzyło, że Moon Dawntreader, Letniaczka, jest bardzo podobna do Królowej Śniegu?

— Nie. — Całkowite niezrozumienie. — Nigdy nawet nie widziałem Królowej.

— Co powiesz, jeśli dowiesz się ode mnie, że Królowa — usłyszawszy ojej zniknięciu — wściekła się mocno? Że wpadłam we wszystkie te kłopoty, bo pozwoliłam jej uciec? Co powiesz na wiadomość, że Moon Dawntreader jest klonem Królowej?

Wpatrywał się w nią.

— Masz dowody?

— Nie, nie mam! Ale wiem o tym; wiem, że Arienrhod miała plany dotyczące tej dziewczyny… że chciała uczynić ją Królową Lata. Jeśli się dowie, że Móon wróciła…

— Są zupełnie inne. To niemożliwe. — Miroe wpatrywał się w morze. — Zapomniałaś o czymś.

— O czym?

— Moon jest sybillą.

Zaskoczona Jerusha sprawdzała w pamięci te słowa.

— No jest… ale to nie znaczy, że się mylę. Ani tego, że nie zagraża Hegemonii.

— Co w związku z tym zamierzasz? — Miroe kręcił się w fotelu, by móc na nią spojrzeć.

Pokręciła głową.

— Nie wiem. Przekonam się, gdy tam dolecimy.

— Złóżcie tam zdarte skóry. Szybko… nadciąga białe… schronienie przed zmrokiem… — warczały Psy.

Moon czuła, jak słowa odpływają i przypływają, niby mroźny jęzor fali liżący jej stopy i nogi. Otworzyła oczy, choć pamiętała, że nie chce ich rozwierać i patrzeć — ale ujrzała jedynie niebo i przesuwające się szczątki chmur. Nie ruszała się ze strachu.

— To jest martwe.

— …szczęście, chwała Matce!… nigdy nie znaleźliśmy tylu skór…

— Chwała Królowej Śniegu — śmiech.

— A to nie. — Niebo zasłoniła otulona w biel twarz. Ktoś ukląkł i pomógł jej usiąść.

— Czarny. — Moon usłyszała, jak mamrocze niby opętana. — W czerni. Gdzie… gdzie? — Wyciągnęła rękę, szukając oparcia, zanurzyła palce w grubym, białym futrze na ramieniu, gdy nagle ujrzała leżące obok ciało. — Silky!

Postać w bieli odciągnęła ją i wstała.

— To chyba jedna z miłośniczek merów. Musiała zabić Psa. Inne nie załatwiły jej do końca. — Głos był męski i młody.

— Silky… Silky… — Moon sięgnęła do koniuszków bezwładnych macek jego wyciągniętej ręki.

— Skończ z nią — rozległ się szorstki, stary głos.

Moon przesunęła się w bok, a chłopak kucnął i chwycił kamień. Złapała za zapięcia kurtki, rozerwała ją do połowy, gdy kawałek skały wzniósł się nad jej głową. — Sybillą! — Zasłoniła się tym słowem jak tarczą.

1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)