Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Bogowie niech poświadczą, jakżeż rzeczywisty się wydawał! W tym koszmarze śniłem zły sen, że Videssos jest tylko snem, a ja mam właśnie umrzeć w Galii — co powinno się stać, wedle praw wszystkich zdrowych na umyśle ludzi.
— Jakiż on był rzeczywisty! — powtórzył znowu. — Czy tamto było snem, czy jest nim ta rzeczywistość? Co ja tutaj robię, w kraju, którego nigdy sobie nie wyobrażałem, mówiąc jego językiem, walcząc w jego wojnach? Czy Videssos jest rzeczywisty? Czy też — och, łaskawi bogowie, i ty również — zniknie któregoś dnia, jak przekłuta igłą bańka mydlana? I czy jestem skazany na to, by wówczas walczyć dalej dla jakiegoś nowego króla, którego znajdę, i na nowo uczyć się zwyczajów i języka?
Zadrżał; w tych godzinach, kiedy jeden dzień już dawno przepadł, a drugiemu daleko do narodzin, ta wizja sprawiała wrażenie przerażająco prawdopodobnej.
Helvis przycisnęła do niego swe ciepłe, nagie ciało. — Koszmar minął, kiedy się zbudziłeś. To jest prawdziwe — powiedziała zdecydowanie. — Widzisz to, czujesz to, smakujesz to — czego jeszcze trzeba? Nie jestem niczyim snem tylko swoim własnym — jednak daje mi radość, którą ty dzielisz. — W ciemności jej oczy były ogromne.
— Ależ jesteś spięty — powiedziała, dotykając palcami jego piersi i szyi. — Odwróć się! — rozkazała i Skaurus posłusznie przewrócił się na brzuch. Usiadła na jego pośladkach; chrząknął z zadowoleniem, kiedy jej silne dłonie zaczęły ugniatać jego mięśnie, usuwając napięcie z jego pleców. Jej masaż zawsze sprawiał, że chciało mu się mruczeć po kociemu; nigdy bardziej jak teraz.
Po paru minutach przekręcił się z powrotem na plecy, uważając by nie zrzucić jej z siebie. — Co robisz? — zapytała, choć znała odpowiedź. Uniósł się na łokciach, by łatwiej móc ją całować. Pasmo jej włosów znalazło się pomiędzy nimi; odrzuciła je ze śmiechem. Owionął go jej oddech, kiedy pochylała się nad nim.
— To jest również prawdziwe — powiedziała, gdy zaczęła się poruszać. Trybun nie mógł zaprzeczyć ani też nie chciał.
Trzy dni później armia dostrzegła swych pierwszych żywych Yezda; mały oddział jeźdźców, których sylwetki rysowały się na tle zachodniego nieba. Imperator wysłał w pościg szwadron videssańskiej konnicy, lecz koczownicy na swych stepowych kucykach umknęli pogoni.
Orataias Sphrantzes bez umiaru krytykował decyzję Mavrikiosa. Mówił każdemu, kto chciał słuchać: — Kalokyres wyraźnie stwierdza, że jedynie koczowników powinno się wysyłać w pościg za innymi koczownikami, ponieważ od dziecka przyzwyczajeni do siodła, są niedościgłymi jeźdźcami. Po co są z nami Khamorthci, jeśli nie do takich właśnie celów?
— Jeżeli nie przestanie obnosić się ze swoją drogocenną książką, to Gavras któregoś pięknego dnia każe mu ją zjeść — rzekł Viridoviks. Marek podzielał tę opinię, lecz jeśli Imperator czuł się dotknięty krytyką, w żaden sposób nie pokazywał tego po sobie.
Rankiem następnego dnia po zauważeniu Yezda, kiedy Skaurus wracał do obozu Rzymian po wizycie w kwaterach kobiet, ktoś zawołał go po imieniu. Odwrócił się i zobaczył za sobą Thorisina Gavrasa. Sevastokrata zataczał się odrobinę; wyglądał jak gdyby miał za sobą całkiem wesoło spędzoną noc.
— Dzień dobry, Wasza Wysokość — powitał go Skaurus. Thorisin uniósł kpiąco brew. — Dzień dobry, wasza wysokość — przedrzeźniał go. — Cóż, to miło widzieć, że wciąż jesteś grzeczny dla ręki, która cię karmi, nawet jeśli sypiasz z wyspiarską dziewką.
Marek poczuł, jak jego twarz oblewa żar; przy jego jasnej cerze rumieniec musiał być aż nadto widoczny. Zauważywszy go, Thorisin powiedział: — Nie ma się czego wstydzić. Dziewczęciu daleko do pospolitości, przyznaję ci to. Nie jest też głupia, z tego co słyszałem, bez względu na to, czy jej brat każdego ranka karmi się gwoździami.
— To wygląda na Soteryka. — Marek musiał się uśmiechnąć, uderzony trafnością opisu Thorisina.
Gavras wzruszył ramionami. — Nigdy nie ufaj Namdalajczykowi. Utrzymywać z nimi stosunki — tak, lecz ufać? Nigdy — powtórzył. Podszedł wolno do Skaurusa, a potem okrążył go, przyglądając się uważnie oszołomionemu Rzymianinowi jak koniowi, którego zamierzał kupić. Marek bez trudu mógł wyczuć zapach wina w oddechu Sevastokraty. Thorisin zastanawiał się w milczeniu okrążając Skaurusa, a potem wypalił: — No więc co jest z wami?
— Panie? — Stając przed przełożonym, którego nastroju nie dawało się przewidzieć, im mniej się mówiło, tym lepiej. Trybun znał tę lekcję równie dobrze jak najskromniejszy z jego żołnierzy.
— Co jest z wami? — Wydawało się, że Thorisin może podążać za swoimi myślami tylko powtarzając je sobie głośno. — Wy przeklęci Rzymianie najchętniej kumacie się z wyspiarzami; na zamarzniętą brodę Skotosa, lgniecie do nich jak muchy do zgniłego mięsa. — Mimo niepochlebnego porównania, w głosie Sevastokraty nie było słychać urazy, a tylko zaintrygowanie. — Zatem, po sprawiedliwości, powinniście kipieć buntami, rebeliami i spiskiem po to, żeby osadzić jakiegoś Skaurusa na tronie mojego brata, z jego czaszką w roli pucharu.
Teraz na dobre już zatrwożony, Rzymianin zaczaj uroczyście zapewniać o swojej lojalności. — Zaniknij się — rzekł Thorisin z tak niepodważalną mocą rozkazywania, jaką niekiedy połączenie wina i władzy potrafi nadać głosowi człowieka. — Pójdziesz ze mną — dodał i ruszył z powrotem do własnego namiotu, nie oglądając się, by zobaczyć, czy trybun podąża za nim.
Marek zastanowił się, czy nie powinien zniknąć i żywić nadziei, że Sevastokrata zapomni o ich spotkaniu, gdy już wytrzeźwieje. Zdecydował jednak, że nie może ryzykować;
Thorisin miał zbyt duże doświadczenie w piciu, by w taki sposób tracić pamięć. Cały rozdygotany, trybun powlókł się za bratem Mavrikiosa.
Namiot Gavrasa, choć zrobiony z błękitnego jedwabiu, swymi rozmiarami niewiele przewyższał płócienne i wełniane schronienia prostych żołnierzy videssańskiej armii. Sevastokrata za bardzo był wojownikiem, by troszczyć się o zbytki w czasie kampanii. Jedynie para przybocznych halogajskich wartowników stojąca przed wejściem wskazywała na jego prawdziwą rangę. Poderwali się na baczność, kiedy spostrzegli Sevastokratę. — Panie — rzekł jeden — pani Komitta pyta o ciebie od…
Komitta Rhangawe we własnej osobie wybrała tę chwilę, by wysunąć głowę z namiotu. Jej lśniące, czarne włosy były związane z tyłu, odsłaniając twarz i podkreślając jej orle rysy. I rzeczywiście, wyglądała jak ledwie oswojony, rozwścieczony sokół, a potok słów, jaki z jej ust zwalił się na Thorisina, w żaden sposób nie zmniejszył podobieństwa.
— Gdzie byłeś, ty nic nie warty, rozbuchany dziadu? — wrzasnęła. — Wystarczy na ciebie spojrzeć: znowu chlałeś z góralami i pastuchami kóz, i pieprzyłeś ich kobiety — albo ich kozy! Pochodzę ze szlacheckiego rodu — jak śmiesz mnie tak upokarzać, ty… — i zaklęła z taką samą biegłością jak wówczas, kiedy grała w kości z Namdalajczykami.
— Słoneczka Phosa — mruknął Thorisin, cofając się o krok pod wpływem tego wybuchu. — Niepotrzebne mi to; czy ma rację, czy nie. Głowa i tak mnie już boli.
Dwaj gwardziści stali sztywno wyprostowani, z obojętnymi twarzami zastygli w karykaturze głuchoty. Wysiłki Rzymianina zmierzające w tym samym kierunku okazały się nie tak skuteczne, ale z drugiej strony, pomyślał, biedni gwardziści prawdopodobnie mieli w tym o wiele większą praktykę.
Skaurus musiał podziwiać to, w jaki sposób Sevastokrata zebrał się w sobie i odpowiedział na ogień zaporowy swej drażliwej pani. — Nie próbuj mi się tu rządzić, flądro! — ryknął barytonem, który zagłuszył jej wykrzykiwane sopranem przekleństwa. — Daj mi spokój, albo przetrzepię ci twój szlachecki tyłek!