Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
— To nigdy nie było wystarczającą przyczyną, by nie doszło do odrzucenia. A jeśli pana przyjmie, dopiero wtedy zacznie się pan uczyć.
— Czego uczyć?
— Nauczy się pan zadawać nowe pytanie: czy lepiej żyć samotnie, czy z kimś tragicznie niedopasowanym.
Jak Lidia i Wickham, pomyślała Maria. Jak Collins i jego biedna żona Charlotta. Jak jej rodzice.
Przez twarz potwora przetoczył się spazm sprzecznych uczuć. Jego głos nabrał mocy.
— Proszę ze mną nie igrać. Nie jestem pani zabawką.
— Nie jest pan. Ale szuka pan zabawki dla siebie.
Potwór najwyraźniej nie był przyzwyczajony do tego, by z niego drwiono.
— Nie wolno pani tak mówić!
Rzucił się do przodu, tak niezgrabnie, tak nagle, że przewrócił stół. Kufel spadł na Marię, oblewając ją piwem. Upadła na plecy.
Oberżysta wpadł do baru z dwoma innymi mężczyznami. Zobaczył, co się stało i podbiegł do nich.
— Tutaj! Zostaw ją! — krzyknął.
Jeden z mężczyzn chwycił potwora za rękę. Stwór z rykiem cisnął nim jak starym płaszczem. Kaptur opadł mu do tyłu. Mężczyźni z przerażeniem spojrzeli na jego twarz. Wzrok potwora na krótko spotkał się ze wzrokiem Marii, po czym stwór z nadludzką prędkością obrócił się i wybiegł.
Mężczyźni usiłowali się jakoś ogarnąć. Ten, którym potwór cisnął o ścianę, miał złamaną rękę. Oberżysta pomógł Marii wstać.
— Nic się pani nie stało, panienko?
Maria poczuła zawrót głowy. Czy nic się nie stało? O czym on mówi?
— Chyba nie — odparła.
Gdy Maria wróciła do Pemberley, późną nocą, cały dom był jeszcze na nogach z powodu jej nieobecności. Bingley i Darcy byli w Lambton i przez cały wieczór przeszukiwali drogi i las wzdłuż nich. Pani Bennet znalazła się w łóżku z przekonaniem, że w jednym tygodniu straciła dwie córki. Wickham potępiał kiepską orientację Marii, Lidia zaczęła jej bronić i skończyło się kłótnią na temat niskich dochodów Wickhama i braku talentów pedagogicznych u Lidii. Pan Bennet zamknął się w bibliotece.
Maria powiedziała im tylko tyle, że była w Matlock. Nie tłumaczyła się, nie przepraszała. Przez jakiś czas w miasteczku gadano o jej starciu z olbrzymem, pojawiły się też plotki o Robercie Piggocie, synu rzeźnika i tajemniczym zbezczeszczeniu grobu Kitty — ale Maria nie była miejscowa, nic więcej zatem się już nie wydarzyło, a plotki ucichły.
Zimą Maria znalazła w gazecie z Nottingham taką historię:
Przerażające wydarzenia w Szkocji
Jak donosi nasz korespondent z północy, na początku listopada na plaży niedaleko położonego daleko na północy miasta Thurso znaleziono ciało młodego cudzoziemca, pana Henry’ego Clervala. Ciało było jeszcze ciepłe i nosiło ślady uduszenia. Innego cudzoziemca, pana Victora Frankstone’a; zatrzymano w areszcie na dwa miesiące i oskarżono o morderstwo. Po przeprowadzonym śledztwie sędzia pokoju, pan Kirwan, orzekł, że pan Frankstone przebywał na Orkadach, gdy popełniono tę zbrodnię. Podejrzany został zwolniony z aresztu i oddany pod opiekę ojca; przypuszczamy, że powrócił do swej ojczyzny na kontynencie.
Miesiąc po zamknięciu tej sprawy rzeka Thurso wyrzuciła na brzeg kosz, obciążony kamieniami, z ciałem młodej kobiety. Tożsamość kobiety pozostaje nieznana, podobnie jak osoba jej mordercy, przypuszcza się jednak, że nieszczęsna zginęła z rąk tej samej osoby lub osób, które są winne śmierci pana Clervala. Ciało kobiety pogrzebano po chrześcijańsku na cmentarzu kościelnym w Thurso. Wydarzenia te wstrząsnęły miastem, którego mieszkańcy modlą się do Boga, by zachował ich ode złego.
Och, Victorze, pomyślała Maria. Przypomniała sobie dotyk jego ręki, opartej na jej kolanie, przez fałdy szlafroka. Teraz wrócił do Szwajcarii i pewnie poślubi swoją Elżbietę. Miała nadzieję, że wobec żony będzie bardziej uczciwy niż wobec niej, ale los Clervala nie wróżył dobrze. A potwór nadal nie miał nikogo do pary.
Złożyła gazetę i schowała ją do szuflady biurka, gdzie trzymała egzemplarz „Historii naturalnej ptaków, napisanej ku uciesze i nauce dzieci” Samuela Galtona i „Młodzieńcze anegdoty” Priscilli Wakefield, i skamieniałego trylobita, i papierowy wachlarz z pierwszego balu, na którym była, i wieniec suszonych kwiatów, który rzucił jej z drzewa chłopiec bawiący się na błoniach w Meryton, gdy miała dziewięć lat.
Po śmierci rodziców Maria zamieszkała z Lizzy i Darcym w Pemberton do końca swoich dni. Pisała pod pseudonimem spekulacje filozoficzne i wysyłała wiele listów do londyńskich gazet. Ciocia Maria, jak ją nazywano w domu, zasłynęła życzliwością wobec Williama, jego żony i dzieci. Dzieci trochę droczyły się z Marią z powodu jej krótkowzroczności, namiętności do książek i gry na pianinie. Jednak jak na kobietę, która miała tak niewielkie doświadczenie życiowe, i której duszy chyba nigdy nie nawiedziła namiętność, cieszyła się przynajmniej szacunkiem z powodu swej wiedzy, opanowania i mądrych porad związanych ze sprawami serca.
Przełożyła Jolanta Pers
Greg Egan
GLORIA
1
Blok metalicznego wodoru lśnił w świetle gwiazd. Wąski cylinder o długości pół metra, ważący około kilograma. Dla nieuzbrojonego oka był litym ciałem stałym, lecz tak naprawdę w jego wnętrzu siatka maleńkich jąder, zanurzonych w niematerialnej chmurze elektronów, stanowiła materię w stosunku zaledwie jeden do dwustu trylionów części pustej przestrzeni. W niewielkiej odległości od niego znajdował się drugi blok, na pierwszy rzut oka identyczny z pierwszym, lecz zbudowany z antywodoru.
Wnętrza obu cylindrów zalała seria dokładnie dostrojonych promieni gamma. Protony, które zaabsorbowały ją w pierwszym bloku, wyrzuciły z siebie pozytrony, przekształcając się w neutrony, równocześnie zrywając utrzymujące je w miejscu wiązania z chmurą elektronową. W drugim bloku antyprotony stały się antyneutronami.
Kolejna seria impulsów stłoczyła neutrony ze sobą, wymuszając na nich zbicie się w grupy; w podobny sposób w drugim bloku poprzestawiano antyneutrony. Oba rodzaje grup były niestabilne, lecz by rozpaść się, musiały przejść przez stan kwantowy, który silnie absorbował akurat tę, padającą na nie nieustannie, składową promieniowania gamma. Gdyby pozostawiono je samym sobie, prawdopodobieństwo znalezienia się w tym drugim stanie wzrastałoby gwałtownie, lecz za każdym razem, gdy mierzalnie nie udawało im się absorbować padających promieni gamma, prawdopodobieństwo to spadało do zera. Kwantowy efekt Zenona nieskończenie, raz za razem, zaczynał wszystko od nowa, kontrolując rozpad.
Kolejna seria impulsów rozpoczęła przesuwanie tych zgrupowanych cząstek w przestrzeń rozdzielającą oba bloki. Początkowo neutrony, później zaś antyneutrony, zostały nawzajem wyrzeźbione w naprzemienne warstwy. Mimo iż grupy te były krańcowo niestabilne, gdy trwały były nieczynne chemicznie, rozdzielając swe części składowe i zapobiegając wzajemnej anihilacji swych odpowiedników. Produktem końcowym zachodzącego tu procesu nuklearnego rzeźbienia była maleńka drzazga składająca się ze ściśniętej materii i antymaterii, ułożonych ze sobą wewnątrz igły o szerokości mikrona.
Lasery odpowiedzialne za promieniowanie gamma zakończyły swą pracę, efekt Zenona wycofał narzucane przez siebie ograniczenia. Igła trwała jeszcze w bezruchu w przestrzeni kosmicznej tak długo, ile czasu potrzebował promień światła na przemierzenie neutronu. A wtedy zaczęła płonąć i poruszać się.
Budowa igły przypominała drobiazgowo wykonany fajerwerk i w pierwszej kolejności zapalały się jej warstwy położone na zewnątrz. Żadna zewnętrzna obudowa nie byłaby w stanie ukierunkować tego wybuchu, lecz układ naprężeń utkanych w konstrukcji igły faworyzował wyłącznie jeden kierunek pozbywania się szczątków. Cząstki przepływały do tyłu, a igła parła do przodu. Podobnego wstrząsu przyspieszenia nie mogłoby znieść nic stworzonego z materii w skali atomowej, lecz nacisk przyłożony na rdzeń igły przedłużał jej życie, opóźniając nieuniknione.