Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Śliczne są — uznała starsza pani. — Słowo daję, jakie piękne rzeczy potrafią dziś robić młodzi…
Nutt zwrócił się do najbliższej Siostry i splunął.
— Nie jestem bezwartościowy. Mam wartość.
— Mój szwagier prowadzi w mieście sklep z kostiumami i sztuczkami — oznajmił niedawny ekspert od orków. — Jeśli chcesz, zapiszę ci jego adres. Myślę, że coś takiego dobrze się sprzeda na dziecięce bale urodzinowe.
Glenda przyglądała się temu z rozdziawionymi ustami. Pewnego rodzaju demokracja, uprawiana przez rozsądnych i przyjaznych, choć nie za mądrych ludzi — ludzi, których edukacja nie zawierała ani jednej książki, zawierała za to bardzo wielu innych ludzi — objęła Nutta swymi niewidzialnymi, życzliwymi ramionami.
Ten widok cieszył serce, ale serce Glendy było w tej kwestii trochę zrogowaciałe. Miała przed sobą wiadro krabów w jego najlepszej wersji. Sentymentalne i wybaczające, ale wystarczy jeden błędny krok — niewłaściwe słowo, niewłaściwy związek, niewłaściwa myśl — i te opiekuńcze ręce mogą zacisnąć się w pięści. Nutt miał rację: bycie orkiem w najlepszym razie oznaczało życie w zagrożeniu.
— A wy tam nie macie prawa tak traktować tego biedaka — oświadczyła staruszka, grożąc palcem najbliższej Siostrze. — Jak chcecie tu mieszkać, to macie postępować po naszemu, jasne? A to znaczy, że nie dziobiemy ludzi. Nie zachowujemy się tak w Ankh-Morpork.
Nawet Glenda się uśmiechnęła, słysząc te słowa. Dziobanie to pieszczota w porównaniu z tym, co miało do zaoferowania Ankh-Morpork.
— Vetinari ostatnio wszystkich wpuszcza — odezwał się inny pasażer. — O krasnoludach złego słowa nie dam powiedzieć…
— I dobrze — mruknął ktoś za jego plecami.
Pasażer odsunął się i Glenda zobaczyła, że stoi za nim krasnolud.
— Wybacz, kolego, nie zauważyłem cię, no bo jesteś taki mały — rzekł pasażer, który nie miał nic przeciwko krasnoludom. — Jak mówiłem, wy się sprowadzacie, bierzecie do roboty i nikomu nie robicie kłopotów. Ale pojawiają się prawdziwe dziwactwa.
— Ta baba, co ją w zeszłym miesiącu przyjęli do straży, na przykład — przypomniała staruszka. — Bardzo dziwna. Gdzieś spod Efebu. Wiatr zdmuchnął jej ciemne okulary i troje ludzi zmieniło się w kamień.
— To była Meduza — wyjaśniła Glenda, która czytała o tym w „Pulsie”. — Zresztą magom udało się pozmieniać ich z powrotem.
— No więc chciałem tylko powiedzieć — nie ustępował pasażer, który nie miał nic przeciwko krasnoludom — że nikt nam nie przeszkadza, byleby pilnował własnego nosa i nie zachowywał się dziwacznie.
Taki był rytm tego świata; Glenda słyszała go już wiele razy. Ale nastroje w tłumie były zdecydowanie dla Sióstr nieprzychylne. Wcześniej czy później ktoś sięgnie po kamień…
— Ja bym się stąd wyniosła — poradziła im. — I wróciła do tej damy, dla której pracujecie. Tak właśnie bym postąpiła na waszym miejscu.
— Aik! Aik! — krzyknęła jedna z Sióstr.
Ale w tych dziwnych głowach działały mózgi. Trzy Siostry były chyba dostatecznie rozsądne, by uznać, że warto je tam zachować; rzuciły się więc do ucieczki, podskakując i podlatując jak czaple, aż wreszcie to, co wyglądało jak płaszcze, okazało się skrzydłami machającymi ciężko w powietrzu. Już z pewnej wysokości rozległ się jeszcze pożegnalny wrzask:
— Aik! Aik!
Woźnica omnibusu odchrząknął.
— No więc jeśli ta sprawa jest już załatwiona, proponuję wsiadać z powrotem, panie, panowie i co tam jeszcze. A pan niech nie zapomni swoich świeczek.
Glenda pomogła Nuttowi usiąść na drewnianej ławce. Mocno przyciskał do piersi swoją torbę.
— Dokąd próbowałeś się dostać? — spytała, gdy konie ruszyły.
— Do domu — odparł Nutt.
— Z powrotem do niej?
— Ona nadała mi wartość — odpadł. — Byłem niczym, a ona dała mi wartość.
— Jak możesz mówić, że byłeś niczym? — oburzyła się Glenda. Na ławce przed nimi Trev i Juliet szeptali coś do siebie.
— Byłem niczym — powtórzył Nutt. — Nic nie wiedziałem, nic nie rozumiałem. Nie miałem o niczym pojęcia i nic nie potrafiłem…
— To jeszcze nie znaczy, że ktoś jest bezwartościowy — odparła stanowczo.
— Znaczy — zapewnił ją Nutt. — Ale nie znaczy, że jest zły. Byłem bezwartościowy. Pokazała mi, jak zyskać wartość, i teraz mam już wartość.
Glenda miała wrażenie, że posługują się różnymi słownikami.
— Co znaczy „wartość”, panie Nutt?
— To znaczy, że ktoś zostawia świat lepszy, niż go zastał.
— Słusznie — zgodziła się pasażerka z ciasteczkami. — Dookoła pełno jest takich, którym nie chce się nawet ręką ruszyć.
— No dobrze, ale co z ludźmi, którzy są na przykład ślepi?
To pytanie zadał człowiek jedzący jajka na twardo, siedzący po drugiej stronie omnibusu.
— Znam w Sto Lat niewidomego gościa, który prowadzi bar — oświadczył dżentelmen w starszym wieku. — Wie, gdzie wszystko leży, a kiedy rzuca się na ladę pieniądze, poznaje monety po dźwięku. Zadziwiające, ale lewą sześciopensówkę umie poznać przez pół hałaśliwego baru.
— Nie wydaje mi się, żeby istniały jakieś kwestie absolutne — powiedział Trev. — Lady chodziło pewnie o to, że trzeba starać się jak najlepiej z tym, co człowiek ma do dyspozycji.
— Bardo rozsądna dama — uznał pasażer, który nie miał nic przeciwko krasnoludom.
— Jest wampirem — poinformowała złośliwie Glenda.
— Nic nie mam do wampirów, dopóki trzymają się swoich spraw — stwierdziła pasażerka z ciasteczkami, w tej chwili zajęta lizaniem czegoś obrzydliwie różowego. — Jedna taka pracowała u koszernego rzeźnika na naszej ulicy i była bardzo miła.
— Chyba nie chodzi o to, z czym kończysz — uznał krasnolud.
— Chodzi o to, z czym kończysz w porównaniu z tym, z czym zaczynałeś.
Glenda oparła się na siedzeniu. Słuchała z uśmiechem, jak między ławkami przefruwają próby filozofii. Sama w tej kwestii nie miała pewności, ale Nutt siedział obok, nie wyglądał już na takiego wyplutego, a pozostali traktowali go jak jednego spośród siebie.
Daleko z przodu pojawiły się zamglone światła. Glenda przeszła na przód, do woźnicy.
— Dojeżdżamy już? — spytała.
— Za pięć minut — odpowiedział.
— Przepraszam za tę rurkę.
— Nic się nie stało — uspokoił ją. — Może panienka wierzyć, różni tu jeżdżą nocnym omnibusem. Przynajmniej nikt się nie porzygał. Ciekawego chłopaka wieziecie z powrotem.
— Nawet pan sobie nie wyobraża.
— Oczywiście, tak naprawdę to mówi tyle, że trzeba się starać jak najlepiej. A im więcej najlepszego człowiek potrafi, tym bardziej powinien się starać. I to właściwie tyle.
Glenda pokiwała głową. Rzeczywiście, to by było tyle.
— Wraca pan od razu? — spytała.
— Nie. Ja i konie zatrzymujemy się tutaj i wracamy rano.
— Rzucił jej ironiczne spojrzenie człowieka, który wiele słyszał, a co dziwne, także wiele widział, choć dla tych za swymi plecami był jedynie głową skierowaną w przód i uważającą na drogę.
— Wspaniały całus od niej dostałem. Coś wam powiem. Bus zostanie na dziedzińcu, jest tam dużo siana i gdyby ktoś chciał się przespać, to ja o niczym nie wiem, jasne? Odjeżdżamy o szóstej ze świeżymi końmi. — Uśmiechnął się, widząc jej minę. — Mówiłem przecież, różni tu jeżdżą: dzieciaki uciekające z domów, żony uciekające od mężów, mężowie uciekający przed mężami innych żon. To się nazywa omnibus, a „omni” znaczy wszystko, i faktycznie wszystko może się zdarzyć na nocnym kursie, dlatego wożę topór. Ale tak jak to widzę, całe życie nie może być samym toporem.