Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Jest pani kucharką? — spytała Glenda.
— Wielkie nieba, nie!
— Tak po prostu pani to odgadła? Pan Nutt opowiadał mi, że lady zatrudnia bardzo mądre osoby.
— Trochę jestem zakłopotana, mówiąc to, ale rzeczywiście.
— Ale nie powinna mówić panu Nuttowi, że jest bezwartościowy. Nie powinna tak traktować ludzi.
— Przecież był bezwartościowy, prawda? Kiedy go znaleziono, nie potrafił nawet normalnie mówić. Z pewnością to, co zrobiła, bardzo mu pomogło.
— Tylko że on strasznie się tym przejmuje. I okazało się, że jest orkiem. O co w tym wszystkim chodzi?
— A czy on, twoim zdaniem, robi coś szczególnie orkowego?
— Czasami… czasami paznokcie zmieniają mu się w szpony.
Kobieta zaniepokoiła się nagle.
— I co wtedy robi?
— No, nic. One tak jakby… chowają się z powrotem. Ale wytwarza cudowne świece — dodała szybko Glenda. — Cały czas coś tworzy. Całkiem jakby ta… wartość ciągle wyciekała i trzeba było ją stale uzupełniać.
— Być może, kiedy tak to ujmujesz, rzeczywiście była z nim zbyt pochopna.
— Ona go kocha? — spytała Glenda.
— Słucham?
— Chciałam powiedzieć: czy ktokolwiek kiedyś go kochał?
— Och, myślę, że ona tak, na swój sposób — przyznała kobieta.
— Chociaż jest wampirem, jak wiesz. One widzą świat trochę inaczej.
— No więc gdybym mogła z nią porozmawiać, tobym powiedziała, co o tym myślę — oświadczyła Glenda. — Namieszała mu w głowie. Napuściła na niego paskudne latające kobiety. Nie pozwoliłabym jej na to.
— Jak słyszałam, jest wręcz niezwykle silna.
— To jej nie daje prawa… I wie pani co? Pan Nutt też jest tutaj. Tak, jest na dziedzińcu i podkuwa konie dla Lancrańskiego Lotnika. Jest naprawdę zadziwiający.
— Na to wygląda — zgodziła się kobieta z lekkim uśmieszkiem. — I ma w tobie namiętną stronniczkę.
Glenda się zawahała.
— Nic nie mówiłam o namiętności…
— To znaczy, że pełną pasji. Czy żywi pani jakąś pasję wobec pana Nutta, panno Sugarbean? I proszę pamiętać, lubię, kiedy ludzie wyświadczają mi zaszczyt zastanowienia się, zanim odpowiedzą.
— No więc bardzo go lubię — przyznała Glenda.
— To czarujące. Przychodzi mi do głowy, że pan Nutt osiągnął może większą wartość, niż się spodziewałam.
— Dlatego proszę powtórzyć lady, co mówiłam — rzekła Glenda. Kark płonął jej żarem od rumieńca. — Pan Nutt ma przyjaciół.
— Na pewno — obiecała kobieta, wstając. — A teraz musisz mi wybaczyć, nasz dyliżans zaraz odjeżdża. Muszę lecieć.
— Proszę pamiętać, co powiedziałam! — krzyknęła za nią Glenda.
Zobaczyła jeszcze, że kobieta ogląda się i uśmiecha do niej, a potem zasłoniła ją grupa pasażerów z nowo przybyłego dyliżansu, która weszła pospiesznie, uciekając przed nocnym chłodem.
Glenda, która wstała równocześnie z kobietą, teraz usiadła ciężko. Za kogo ona się uważa? Jest prawdopodobnie bibliotekarką u lady. Nutt wspominał o niej kilka razy. I wyraźnie uważała się za kogoś ważniejszego, niż była w rzeczywistości. Nie miała nawet dość przyzwoitości, by spytać, jak Glenda się nazywa.
W głębi umysłu zabrzmiało dalekie granie rogów przerażenia. Czy ta kobieta spytała Glendę o nazwisko? Nie. A przecież znała je, a skąd miałaby wiedzieć cokolwiek o „kucharce” z Niewidocznego Uniwersytetu? I w mgnieniu oka rozgryzła zapiekankę oracza.
Niewielka część Glendy, uwolniona niedawno przez sherry, także się wtrąciła, stwierdzając: Kłopot z tobą polega na tym, że przyjmujesz założenia. Widzisz coś i uważasz, że wiesz, na co patrzysz. A ona z pewnością nie mówiła jak bibliotekarka, prawda?
Powoli, bardzo powoli Glenda uniosła zaciśniętą w pięść lewą dłoń, przysunęła sobie do ust i ugryzła mocno. Próbowała jakoś usunąć ostatnie piętnaście minut z zapisów wszechświata i zastąpić je czymś o wiele mniej krępującym, na przykład zgubieniem przez nią majtek.
Nawet w środku nocy kuźnia była ośrodkiem zainteresowania. Dyliżanse przybywały i odjeżdżały bez przerwy. Zajazd nie pracował według słońca, lecz według rozkładu jazdy. Niemający nic do roboty ludzie, czekający na swoje połączenie, trafiali do kuźni jako darmowego spektaklu i schronienia przed nocnym chłodem.
Nutt podkuwał konia. Trev widział już podkuwanie koni, ale nigdy w taki sposób. Zwierzę stało jak sparaliżowane i ledwie dostrzegalnie drżało. Kiedy Nutt chciał, by się przesunęło, cmokał językiem. Kiedy chciał, by uniosło nogę, załatwiał to kolejnym cmoknięciem. Trev wyczuwał, że nie patrzy na człowieka podkuwającego konia, ale na mistrza demonstrującego swój kunszt amatorom. Gdy podkowa znalazła się na miejscu, koń przeszedł do tyłu przed tłumem widzów, jakby był modelem na pokazie; odwrócił się, kiedy Nutt machnął ręką i cmoknął jeszcze raz. Nie wyglądał na specjalnie szczęśliwego konia, ale na bogów, był posłuszny.
— Tak, chyba wszystko w porządku — uznał Nutt.
— Ile nas to będzie kosztować? — zapytał woźnica. — Świetna robota, muszę przyznać.
— Ile? Ile? Ile? — powtarzał Nutt, jakby obracał to słowo w myślach. — Czy zyskałem wartość, drogi panie?
— Tak uważam, kolego. Nigdy jeszcze nie widziałem, żeby ktoś tak gładko podkuł konia.
— Zatem wartość mi wystarczy. Oraz przejazd dla mnie i trojga moich przyjaciół do Ankh-Morpork.
— I pięć dolarów — wtrącił Trev, który z prędkością pieniędzy nadszedł ze swego miejsca pod murem.
Woźnica pociągnął nosem.
— Trochę drogo.
— Czemu? — zdziwił się Trev. — Za nocną robotę? Lepszą niż specyfikacja Burleigha i Wręcemocnego? Moim zdaniem to całkiem niezły interes.
Pomruk wśród patrzących wsparł opinię Treva.
— Nie widziałam jeszcze, żeby ktoś zrobił coś takiego — stwierdziła Juliet. — Ten koń by zatańczył, gdyby go poprosić.
Woźnica mrugnął do Treva.
— No dobra, chłopcze. Co mogę powiedzieć? Stary Havacook tutaj to dobry zwierzak, ale trochę temperamentny. Kiedyś wykopał woźnicę przez ścianę. Nie myślałem, że zobaczę go, jak stoi grzecznie i podnosi nogę niby wytresowany piesek. Twój kumpel zarobił na swoje pieniądze i na przejazd.
— Odprowadźcie go, proszę — rzekł Nutt. — Ale bądźcie ostrożni, bo kiedy oddali się kawałek ode mnie, może trochę brykać.
Tłum się rozszedł. Nutt starannie ugasił ogień w palenisku i zaczął pakować narzędzia do skrzynki.
— Jeśli mamy wrócić, to lepiej już chodźmy. Czy ktoś widział pannę Glendę?
— Tu jestem. — Glenda wynurzyła się z cienia. — Trev, idź z Julą i zajmijcie nam miejsca w powozie. Ja muszę porozmawiać z panem Nuttem.
Odeszli oboje.
— Była tu lady — poinformowała Nutta, kiedy zostali sami.
— Wcale mnie to nie dziwi — odparł, zatrzaskując zamki swojej skrzynki. — Praktycznie wszyscy tędy przejeżdżają, a ona dużo podróżuje.
— Dlaczego uciekłeś?
— Bo wiedziałem, co się stanie. Jestem orkiem. To wszystko.
— Ale ludzie z omnibusu byli po twojej stronie — przypomniała Glenda.
Nutt zgiął palce i na moment wysunęły się szpony.
— A jutro? — zapytał. — A gdyby coś źle poszło? Wszyscy wiedzą, że orki wyrywają ludziom ręce. Wszyscy wiedzą, że orki odrywają głowy. Wszyscy o tym wiedzą. To niedobrze.