Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Użyto? I potraficie znaleźć coś takiego w całkowitej historii wszystkiego, co się działo?
— Ehm… Jest łatwiej, jeśli mamy jakieś zakotwiczenie. Coś, co było obecne. Otóż, młoda damo, na polu bitwy znaleziono odłamek czaszki, a że to czaszka, odpowiedzialność za nią przejęła moja katedra. — Obejrzał się na bibliotekarza. — Możemy jej pokazać, prawda? — zapytał. Bibliotekarz pokręcił głową. — Dobrze. To znaczy, że możemy, zgodnie ze statutem uczelni. Wymaga się ode mnie pewnego zakresu dyskretnego nieposłuszeństwa. Musimy ustawić wszystko na omniskopie. Ponieważ mój kolega jest tak pewny, że nie powinienem tego robić, nie będzie mu przeszkadzało, jeśli zrobię. To tylko krótki przedział czasu, ale zrobił wrażenie na nadrektorze. Dość szczególne wrażenie.
— Chciałabym tylko coś wyjaśnić — wtrąciła Glenda. — Naprawdę może pan nie wykonać polecenia samego nadrektora?
— O tak — zapewnił Hix. — Mam takie instrukcje. Tego się ode mnie oczekuje.
— Ale jak to możliwe? Co się stanie, jeśli nadrektor wyda panu polecenie, którego nie chciałby, żeby pan nie wykonał?
— To działa dzięki zdrowemu rozsądkowi i dobrej woli obu stron. Jeśli na przykład nadrektor wydaje mi polecenie, które absolutnie powinno być wykonane, dodaje coś w rodzaju: „Hix, ty nędzny robaku (zgodnie ze statutem uczelni), jeśli tego nie zrobisz, to naprawdę oberwiesz”. Chociaż w rzeczywistości wystarczy rozsądne słowo. Wszystko opiera się na zaufaniu. Wszyscy wierzą, że nie można mi wierzyć. Nie wiem, co nadrektor by beze mnie zrobił.
— Tak, akurat — mruknął Charlie, szczerząc zęby.
Kilka minut później Glenda znalazła się w innym zaciemnionym pokoju. Stała przed okrągłym, ciemnym zwierciadłem, wysokim co najmniej jak ona.
— Czy to coś w rodzaju ruchomych obrazków? — spytała sarkastycznie.
— Zabawne porównanie — stwierdził Hix. — Tyle że po pierwsze, nie ma pukanej kukurydzy, a po drugie, nie miałabyś ochoty jej jeść, nawet gdyby była. To, co odpowiada kamerze, to oczy jednego z ludzkich wojowników. Pokażemy ci ostatnią rzecz, jaką widział.
— Chodzi o osobę, do której należała ta czaszka?
— Brawo. Widzę, że słuchałaś uważnie.
Przez chwilę panowało milczenie.
— To będzie przerażające, tak?
— Tak — potwierdził Hix. — Koszmary? Bardzo prawdopodobne. Nawet ja uważam to za wybitnie niepokojące. Jesteś gotów, Charlie?
— Gotów — odpowiedział Charlie z ciemności. — Jesteś pewna, panienko?
Glenda wcale nie była pewna, ale wszystko byłoby lepsze niż patrzenie na ten pełen wyższości uśmieszek Hiksa.
— Tak — odparła spokojnie.
— Fragment, który potrafimy pokazać, trwa niecałe trzy sekundy, ale wątpię, czy zechcesz oglądać go jeszcze raz. Gotowi? Bardzo proszę, Charlie.
Krzesło Glendy przewróciło się do tyłu bardzo szybko, ale Hix, który stał obok, zdążył ją złapać.
— To jedyny znany wizerunek orka w bitwie — powiedział, pomagając jej się wyprostować. — Przy okazji, moje gratulacje. Nawet nadrektor zaklął głośno.
Glenda zamrugała, starając się wyciąć z pamięci niecałe trzy sekundy.
— I to było prawdziwe, tak?
Musiało być prawdziwe. Coś w sposobie, w jaki wizja utrwaliła się w głębi mózgu, wyraźnie świadczyło ojej prawdziwości.
— Chcę to obejrzeć jeszcze raz.
— Co takiego? — wykrzyknął Hix.
— Tam jest coś więcej — stwierdziła Glenda. — To była tylko część obrazu.
— Potrzebowaliśmy wielu godzin, żeby to odkryć — stwierdził z powagą Hix. — Jak ci się udało zauważyć za pierwszym razem?
— Bo wiedziałam, że to musi tam być.
— Załatwiła pana, szefie — stwierdził Charlie.
— No dobrze. Pokaż znowu, ale tym razem powiększ prawy róg. Jest mocno nieostry — dodał, zwracając się do Glendy.
— Możecie zatrzymać obraz? — spytała.
— O tak. Charlie to rozpracował.
— Czyli wie pan, o który kawałek mi chodzi.
— O tak.
— W takim razie proszę mi pokazać jeszcze raz.
Charlie zniknął za kotarą. Kilka razy błysnęło światło i…
— Tutaj! — wskazała palcem. — To ludzie na koniach, prawda? I mają pejcze. Wiem, że są rozmazani, ale widać, że trzymają pejcze.
— No tak, oczywiście — zgodził się Hix. — Trudno zmusić kogoś, by biegł pod grad strzał, jeśli nie da mu się jakiejś zachęty.
— Oni byli bronią. Żywe istoty używane jako broń. I z wyglądu wcale się tak bardzo nie różnią od ludzi.
— Wiele ciekawych rzeczy działo się pod panowaniem Złego Imperatora — powiedział konwersacyjnym tonem Hix.
— Złych rzeczy — odrzekła Glenda.
— O tak — zgodził się Hix. — O to przecież chodziło. Zły Imperator. Imperium Zła… Robił to, co mieli wypisane na żelaznej dziewicy.
— A co się z nimi stało?
— Cóż, oficjalnie wszyscy nie żyją. Ale różne krążą pogłoski.
— I to ludzie pędzili ich do walki.
— Jeśli wolisz tak to ujmować, rzeczywiście. Ale nie jestem pewien, czy to cokolwiek zmienia.
— Ja uważam, że zmienia wszystko — oświadczyła Glenda. — Zmienia, skoro ludzie opowiadają tylko o potworach, nie o pejczach. O istotach, które wyglądają podobnie do ludzi, no, tak jakby ludzi. A co można zrobić z ludzi, jeśli ktoś się naprawdę postara?
— Interesująca teoria — przyznał Hix. — Ale nie sądzę, żebyś potrafiła ją udowodnić.
— Kiedy królowie walczą z innymi królami i wygrywają, to ścinają głowę tego pokonanego króla. Prawda?
— Czasami.
— Chodzi mi o to, że nie można winić broni za to, jak się jej używa. Jest takie powiedzenie, że ludzie nic nie poradzą na to, jak zostali stworzeni. Myślę, że orki były stworzone.
Glenda zerknęła na bibliotekarza, który patrzył w sufit.
— Jesteś u nas kucharką, tak? Może chciałabyś pracować w naszym zakładzie?
— Wszyscy wiedzą, że kobiety nie mogą być magami — przypomniała Glenda.
— No tak, ale nekro… to znaczy komunikacja post mortem jest inna — odparł z dumą Hix. I dodał: — Niebiosa świadkami, że potrzebujemy tu rozsądnych osób. No i bardzo by się przydała kobieca ręka. Ale nie myśl sobie, że musiałabyś tylko przychodzić tu i odkurzać. Cenimy kurz w naszych pomieszczeniach, a twoje kucharskie talenty byłyby wręcz bezcenne. W końcu podstawy rzeźnictwa należą do naszego fachu. O ile wiem, sklep Boffo ma na wyprzedaży całkiem niezły kostium nekromantki. Dobrze pamiętam, Charlie?
— Dziesięć dolarów, razem ze sznurowanym gorsetem. Prawdziwa okazja — odpowiedział Charlie zza kotary. — Bardzo prowokacyjny.
Odpowiedzi przez chwilę nie było, ponieważ usta Glendy stężały w akcie otwierania. W końcu jednak wykrztusiła uprzejme, ale stanowcze:
— Nie.
Kierownik katedry komunikacji post mortem westchnął lekko.
— Tak przypuszczałem. Ale pamiętaj, jesteśmy elementem porządku świata. Światło i ciemność. Noc i dzień. Słodki i kwaśny. Dobro i zło (w granicach zakreślonych przez statut uczelni). Lepiej jest, jeśli po obu stronach stoją ludzie rozsądni i rzetelni. Jednak cieszę się, że mogliśmy pomóc. Nie widujemy tu zbyt wielu ludzi. No, ludzi jako takich.
Glenda szła korytarzem.
Ork, myślała. Stwór, który wyłącznie zabija.
Przy każdym mrugnięciu w umyśle znowu pojawiał się obraz. Zęby i szpony stwora w skoku, widzianego — o ile mogła to stwierdzić — przez tego, na kogo skakał. Wojownicy, których nie można zatrzymać.