Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
Zakołysali się, gdy dyliżans podskoczył na wyjątkowo głębokiej dziurze w drodze.
— Czyli jeśli nic nie zrobimy, będziemy zbliżać się do siebie coraz bardziej?
— Tak.
Dyliżans znowu podskoczył i zatrząsł się, ale Glenda miała wrażenie, jakby szła po bardzo cienkiej linie. Nie chciałaby powiedzieć czegoś niewłaściwego.
— Trev mówił, że umarłem? — ciągnął Nutt. — No więc to prawda. Chyba. Lady mówiła, że Zły Imperator stworzył nas z goblinów. Igory to zrobiły. I włożyły do środka coś bardzo dziwnego. Jakby część ciebie, która nie całkiem jest częścią ciebie. Nazwali to Braciszkiem. Jest umieszczone w samym wnętrzu i bardzo dokładnie osłonięte. To tak, jakbyśmy przez cały czas mieli w środku własny szpital. Wiem, że zostałem bardzo mocno uderzony, ale Braciszek utrzymał mnie przy życiu i po prostu wyleczył wszystko. Są sposoby zabicia orka, ale niewiele. A ktoś, kto wypróbowuje je na żywym orku, nie ma czasu na znalezienie właściwego. Czy to cię nie martwi?
— Nie — uspokoiła go Glenda. — Nie bardzo to wszystko rozumiem. Ważniejsze, moim zdaniem, żebyś po prostu był sobą.
— Nie. Nie wydaje mi się, że powinienem być tym, kim jestem, ponieważ jestem orkiem. Ale mam pewne plany w tej kwestii.
Glenda znów odchrząknęła.
— Ta sprawa ze statkami… Czy to się dzieje szybko?
— Zaczyna się powoli, ale pod koniec ruch jest całkiem szybki.
— Bo rozumiesz… — tłumaczyła. — Znaczy… Nie mogę tak po prostu odejść z pracy, i są jeszcze te starsze panie, które odwiedzam, a ty będziesz zajęty piłką…
— Tak. Myślę, że powinniśmy robić to, co powinniśmy robić, a jutro jest ostatni dzień treningu. To znaczy już właściwie dzisiaj.
— A ja muszę przygotować mnóstwo zapiekanek.
— Oboje mamy przed sobą ciężkie dni — oświadczył Nutt z powagą.
— Tak. Eee… um… Nie będziesz miał mi za złe, jeśli powiem, że w twoim pięknym wierszu… ten wers… „Krypta to miejsce, gdzie dobrze jest być, lecz po herbatce nikt nie może wyjść” nie całkiem…
— Nie całkiem się udał? Tak, wiem. Nie jestem z niego zadowolony.
— Nie, nie przejmuj się! To cudowny wiersz! — wykrzyknęła Glenda i poczuła zmarszczki na spokojnej powierzchni morza.
Wschodzące słońce zdołało się wychylić spoza kolumny dymu, która wiecznie unosiła się nad Ankh-Morpork, Miastem Miast, ilustrując niemal do granic kosmosu, że dym oznacza postęp, a przynajmniej ludzi podpalających różne rzeczy.
— Zapewne będziemy tak zapracowani, że nie zostanie nam wiele czasu… dla nas — powiedziała Glenda.
— Zgadzam się całkowicie — odparł Nutt. — Pozostawienie spraw samym sobie stanowczo będzie teraz najrozsądniejszym posunięciem.
Glenda czuła się lekka jak powietrze, kiedy dyliżans zaturkotał w końcu po Broad-Wayu — i to nie tylko z powodu braku snu. Ta historia ze statkami… — myślała. Naprawdę mam nadzieję, że nie chodziło mu tylko o statki.
Kiedy dotarli na miejsce, przed uniwersytetem czekał spory tłum — tak samo jak wczoraj, jednak dzisiaj wydawało się, że ma inny charakter. Ludzie gapili się na nią i Nutta, a w ich spojrzeniach było coś niedobrego.
Wyciągnęła rękę do kopca, który był Trevem, i udała, że nie słyszy dziewczęcego chichotu.
— Trev — powiedziała. — Czy mógłbyś rzucić na to okiem? Wydaje mi się, że będą kłopoty.
Bardzo rozczochrany Trev wysunął głowę spod koców.
— Hmm… Mnie też — stwierdził. — Przemkniemy tylnym wejściem.
— Możemy zostać i wysiąść przy poczcie.
— Nie — zdecydował Trev. — Nie zrobiliśmy nic złego.
Kiedy wysiadali, do Nutta podszedł mały chłopczyk.
— Czy pan jest orkiem?
— Tak — potwierdził Nutt, pomagając zejść Glendzie. — Jestem orkiem.
— Fajnie! A ukręcił pan kiedyś komuś głowę?
— Nie wydaje mi się. Na pewno bym to zapamiętał.
Zyskał jeśli nie oklaski, to przynajmniej pewną aprobatę ze strony stojących w pobliżu. To jego głos, pomyślała Glenda. Brzmi bardziej elegancko niż u maga. Trudno sobie wyobrazić taki głos z rękami zaciśniętymi na czyjejś głowie.
Nagle otworzyła się tylna brama i szybkim krokiem wyszedł Myślak Stibbons.
— Zobaczyliśmy was z holu — oświadczył, chwytając Nutta za ramię. — Chodźcie szybko. Gdzieście byli?
— Musieliśmy pojechać do Sto Lat — wyjaśnił Trev.
— Służbowo — dodała Juliet.
— W sprawach osobistych — poprawiła ją Glenda, jakby prowokowała Myślaka, by wyraził pretensję. — Coś się stało?
— Było dzisiaj coś w azecie. Nie mieliśmy najprzyjemniejszych chwil — tłumaczył Myślak, holując ich w stronę relatywnego bezpieczeństwa krużganków.
— Napisali coś paskudnego o panu Nutcie? — spytał Trev.
— Niezupełnie. Wydawca „Pulsu” zjawił się osobiście i zapukał do bramy o północy. Chciał porozmawiać z nadrektorem i dowiedzieć się wszystkiego o panu. — Ostatnie słowa skierował bezpośrednio do Nutta.
— Założę się, że to ten przeklęty Ottomy im powiedział — warknęła Glenda. — I co zrobili?
— No więc oczywiście wiecie o tych kłopotach z powodu Meduzy w Straży Miejskiej jakiś czas temu?
— Tak, ale wy, magowie, wszystko załatwiliście — przypomniał Trev.
— Tylko że nikt nie lubi zmieniać się w kamień, nawet na pół godziny. — Myślak westchnął. — „Puls” wydrukował rozsądny tekst. Uważam, że całkiem dobrze wypadł. Zacytowali nadrektora, który tłumaczył, że pan Nutt jest ciężko pracującym członkiem uniwersyteckiego personelu i że nie było żadnych przypadków urwania komuś nogi.
— Tak to napisali? — Glenda szeroko otworzyła oczy.
— Och, zna pani takie teksty, jeśli czytuje pani azety — odparł Myślak. — Oni chyba naprawdę uważają, że ich obowiązkiem jest uspokajać ludzi, najpierw dokładnie im tłumacząc, czemu powinni się obawiać i bardzo niepokoić.
— O tak, wiem. Jak ludzie mogliby się niepokoić, gdyby nikt im nie wytłumaczył dlaczego?
— No więc nie wyszło tak źle. Ale potem kilka innych azet zajęło się tym tematem i fakty stały się, hm… elastyczne. „Detektyw” napisał, że Nutt trenuje drużynę piłkarską.
— To prawda — zauważyła Glenda.
— No więc tak naprawdę trenerem jestem ja. Tylko że zleciłem mu to zadanie. Mam nadzieję, że wszyscy rozumieją. W każdym razie zamieścili rysunek na ten temat.
Glenda zasłoniła dłonią oczy. Nie znosiła azetowych rysunków.
— Narysowali drużynę piłkarską złożoną z orków? — upewniła się.
Wzrok Myślaka wyrażał podziw.
— Tak — potwierdził. — I dali artykuł o poważnych wątpliwościach wobec polityki otwartych drzwi Vetinariego, równocześnie przekonując, że pogłoski, jakoby pan Nutt powinien być zakuty w łańcuchy, są prawdopodobnie fałszywe.
— A „Tantańska Fanfara”? — spytała Glenda. — Oni nigdy nie piszą o niczym, co nie zawiera krwi i okropnego morderstwa… Albo obrazków dziewcząt bez bluzek — dodała po zastanowieniu.
— A tak — przyznał Myślak. — Dali dość niewyraźny obrazek dziewczyny z ogromnymi melonami.
— Chodzi panu o… — zaczął Trev.
— Nie, po prostu wielkie melony. Takie zielone, trochę nakrapiane. Wygrała chyba jakiś konkurs dla ich hodowców. Ale w podpisie mówiła, że nie zaśnie spokojnie we własnym łóżku, skoro wie, że w mieście są orki.