Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— No dobrze, spróbuję pana uderzyć ołowianą rurką. Jesteśmy w rozpaczliwej sytuacji.
— I damy panu trochę pieniędzy — dodała Juliet.
— Słucham? Dostaję całusa i pieniądze, i jeszcze rurką? To może wymienię tę rurkę na jeszcze jednego całusa.
— Dwa całusy, całe trzy dolary i żadnej rurki — podsumowała Juliet.
— Albo sama rurka i trudno, zaryzykuję — dodał Trev.
— Ja też mogę panu dać całusa, jeśli pan chce — wtrąciła Glenda, która obserwowała ich z pełną fascynacji grozą.
Trudno było nie zauważyć, że propozycja nie wpłynęła na sytuację przetargową.
— Ale co z moimi pasażerami? — woźnica się zawahał.
Cała czwórka zajrzała do wnętrza omnibusu i uświadomiła sobie, że są celem przynajmniej tuzina zaciekawionych spojrzeń.
— Bierz pan całusa — poradziła kobieta, trzymająca na kolanach duży kosz.
— I pieniądze — dodał mężczyzna.
— Nie obchodzi mnie, czy ona go pocałuje, czy przywali ołowianą rurką po łbie, byle tylko najpierw nas dowiózł — rzucił jakiś siedzący z tyłu staruszek.
— Czy my też dostaniemy całusa? — dopominali się dwaj rozchichotani chłopcy.
— Jeśli chcecie — powiedziała groźnie Glenda i obaj zgarbili się na ławce.
Juliet chwyciła woźnicę za głowę, po czym rozległ się — trochę zbyt długi, według wewnętrznych zegarów Treva i Glendy — odgłos piłki tenisowej wsysanej przez struny rakiety. Juliet odstąpiła. Woźnica uśmiechał się trochę oszołomiony i z maślanymi oczami.
— No, to było o wiele lepsze od rurki.
— Może lepiej ja będę powoził?
Woźnica wyszczerzył zęby.
— Ja będę, jeśli można. I nie oszukuj się, młody człowieku, potrafię rozpoznać oprycha, a ty nawet nie jesteś podobny. Już prędzej własna matka by mi przywaliła tą rurką. Wyrzuć ją, dobrze radzę, bo ktoś ci zrobi przedziałek, o jakim prędko nie zapomnisz.
Mrugnął do Juliet.
— Jak się tak zastanowić, to od czasu do czasu konie powinny sobie pobiegać. Pasażerowie do Sto Lat, proszę wsiadać!
Omnibusy zwykle nie podróżują prędko, a to, co woźnica nazwał „pobieganiem”, było tylko minimalnie szybsze od tego, co większość ludzi uznałaby za spacer. Ale przynajmniej rozpędził konie do takiego tempa, żeby nie zdążyły się znudzić każdym mijanym drzewem.
Omnibus przeznaczony był — jak to określił woźnica — dla ludzi, których nie stać na prędkość, ale mogą sobie pozwolić na czas. W jego konstrukcji pominięto więc wszelkie kosztowne elementy — był właściwie zwykłym wozem z podwójnymi siedzeniami przez całą długość, za nieco podniesionym kozłem woźnicy. Brezentowe płachty po bokach chroniły przed wybrykami pogody, ale na szczęście wpuszczały dość powietrza, by łagodziło zapach tapicerki, która doświadczyła człowieczeństwa we wszelkich jego nastrojach i potrzebach.
Glenda miała wrażenie, że niektórzy z pasażerów podróżują regularnie. Starsza kobieta siedziała spokojnie i robiła na drutach. Chłopcy wciąż zajmowali się dyskretnym chichotaniem, odpowiednim dla ich wieku, krasnolud wyglądał przez okno, nie patrząc na nic konkretnego. Nikt właściwie nie próbował z nikim rozmawiać, z wyjątkiem mężczyzny z tyłu, który prowadził nieustającą konwersację z samym sobą.
— To nie dość prędko! — zawołała Glenda po dziesięciu minutach telepania się po dziurach. — Chyba biegłabym szybciej!
— Nie wydaje mi się, żeby dotarł aż tak daleko — stwierdził Trev.
Słońce opadało do horyzontu, cienie wyciągały się już na polach kapusty, ale przy drodze przed sobą widzieli jakąś postać. Opędzała się. Trev wyskoczył.
— Aik! Aik!
— To te przeklęte stwory! — krzyknęła Glenda, biegnąc za nim.
— Daj mi tę rurkę!
Nutt przykucnął w pyle drogi. Siostry Wiecznej Prędkości na wpół fruwały, na wpół podskakiwały wokół, a on usiłował osłaniać twarz rękami. Nie zauważały pasażerów omnibusu do chwili, gdy pojawiła się ołowiana rurka i zaraz po niej Glenda. Rurka nie wywarła takiego skutku, na jaki liczyła. Siostry rzeczywiście przypominały ptaki. Nie mogła ich trafić, tylko machała na nie w powietrzu.
— Aik! Aik!
— Natychmiast przestańcie! — krzyknęła. — Czemu chcecie go krzywdzić? Nie zrobił nic złego!
Nutt uniósł rękę i chwycił ją za przegub. Nie ściskał mocno, ale nagle nie mogła poruszyć dłonią, całkiem jakby została wtopiona w kamień.
— One nie są tu po to, żeby mnie krzywdzić — powiedział. — Są po to, żeby was chronić.
— Przed kim?
— Przede mną. Przynajmniej tak to powinno wyglądać.
— Nie potrzebuję obrony przed tobą! To nie ma sensu!
— Myślą, że może panienka potrzebować — odparł Nutt. — Ale nie to jest najgorsze.
Kreatury krążyły w górze, a inni pasażerowie, przejawiający endemiczne ankhmorporskie zamiłowanie do improwizowanego teatru ulicznego, wysypali się z omnibusu, tworząc wdzięczną publiczność, co wyraźnie budziło u Sióstr Wiecznej Prędkości zakłopotanie.
— Więc co jest najgorsze? — Glenda machnęła rurką w stronę najbliższej z Sióstr, która odskoczyła zręcznie.
— Że mogą mieć rację!
— No zgoda, jesteś orkiem — przyznał Trev. — I oni kiedyś zjadali ludzi. Zjadłeś kogoś ostatnio?
— Nie, panie Trev.
— No właśnie.
— Nie można nikogo aresztować za to, czego nie zrobił. — Jeden z pasażerów omnibusu mądrze pokiwał głową. — To fundamentalne prawo.
— Co to jest ork? — spytała siedząca obok kobieta.
— Och, za dawnych czasów w Überwaldzie czy gdzieś tam orki rozrywały ludzi na strzępy i ich pożerały.
— Tacy są ci cudzoziemcy — westchnęła kobieta.
— Ale one wszystkie już nie żyją — zapewnił ją mężczyzna.
— To miło. Może ktoś się napije herbaty? Mam termos.
— Nie żyją wszystkie oprócz mnie. Jednakże obawiam się, że istotnie jestem orkiem — oświadczył Nutt. Spojrzał na Glendę. — Przykro mi. Panienka była dla mnie bardzo dobra, ale niestety, bycie orkiem zawsze będzie mnie prześladować. Będą kłopoty. I bardzo bym nie chciał mieszać w nie panienki.
— Aik! Aik!
Kobieta odkręciła termos.
— Ale przecież nie chcesz nikogo zjadać, prawda, mój drogi? Jeśli naprawdę jesteś głodny, to mam ciasteczka. — Spojrzała na najbliższą Siostrę. — A ty, skarbie? Wiem, nikt nie poradzi na to, jak został stworzony, ale jak to się stało, że stworzyli cię podobną do kurczaka?
— Aik! Aik!
— Zagrożenie! Zagrożenie!
— Nie znam się na tym — wyznał inny z pasażerów. — Ale nie wydaje mi się, żeby miał kogoś zjeść.
— Proszę, bardzo proszę — rzekł Nutt.
Obok niego, przy drodze, leżało spore pudełko. Otworzył je nerwowo i zaczął coś z niego wyjmować.
To były świece. Przewracał je w pośpiechu i podnosił drżącymi palcami tylko po to, żeby znowu przewrócić. Aż w końcu stały wszystkie na krzemieniach przy drodze. Z kieszeni wyjął zapałki, przyklęknął i znowu splątał roztrzęsione palce, kiedy próbował jedną zapalić. Łzy ciekły mu po policzkach, kiedy zajaśniało światło świec.
Zajaśniało… i zmieniło się.
Błękity, żółcie, zielenie… Potem gasły na kilka zadymionych sekund i płomyki pojawiały się znowu w innym kolorze, przy wtórze ochów i achów patrzących.
— Patrzcie! Widzicie? — zapytał. — Podoba się wam? Podoba?
— Myślę, że możesz na nich zarobić dużo pieniędzy — stwierdził jeden z pasażerów.