Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
Trev spuścił głowę.
— Nie wiem, Glendo — powiedział. — Byłem…
— Zajęty — dokończyła Glenda.
— Ale żadnego migdalenia — zapewniła szybko Juliet.
Glenda zdała sobie sprawę, że nie przeszkadzałoby jej trochę migdalenia, a nawet przejście na inne bakalie. Pewne sprawy są ważne, pewne nie, a w pewnych chwilach człowiek potrafi je rozróżnić.
— A jak pan Nutt sobie radził?
Trev i Juliet spojrzeli na siebie wzajemnie.
— Nie wiemy. Nie było go tam — wyznał Trev.
— Tak jakby pomyśleliśmy, że może jest z tobą — dodała Juliet, podając jej kubek tego, co się dostaje, kiedy prosi się o herbatę kogoś, kto nawet w najlepszych momentach ma skłonność do mylenia przepisów.
— Nie było go w głównym holu? — zdziwiła się Glenda.
— Nie, nie było… Zaczekaj chwilę. — Trev zbiegł po stopniach, a po kilkunastu sekundach usłyszały jego powracające kroki. — Zniknęła jego skrzynka z narzędziami — oznajmił. — Znaczy, nic wielkiego. Porobił je sobie z różnych kawałków, które znalazł w piwnicach, ale o ile wiem, to wszystko, co miał.
Wiedziałam, pomyślała Glenda. Oczywiście, że wiedziałam.
— Dokąd mógł pójść?
— Jest takie miejsce w Überwaldzie, dużo o nim opowiada.
— Ale to przecież tysiąc mil stąd!
— No bo pewnie pomyślał, że równie dobrze może być tam zamiast tutaj — powiedziała niewinnie Juliet. — Znaczy się, ork… na swoim miejscu sama bym uciekała przed taką nazwą.
— Słuchajcie, jestem pewna, że schował się gdzieś w tym budynku — oświadczyła Glenda, absolutnie pewna, że nie.
Gdybym tak uważała, że jest gdzieś niedaleko, za rogiem, albo że poszedł, no… przypudrować nos, albo zniknął na jakieś pół godziny, do czego przecież ma prawo, czy może musiał iść kupić skarpety? Więc jeśli będę wierzyła, że lada chwila znów się pojawi, to może, chociaż wiem, że nie…
Odstawiła kubek.
— Pół godziny — zdecydowała. — Juliet, sprawdzisz w pobliżu głównego holu. Trev, pójdziesz przez tunele tędy, a ja tamtędy. Jeśli spotkacie kogoś, komu można zaufać, pytajcie.
Trochę ponad pół godziny później Glenda była ostatnią, która wróciła do nocnej kuchni. Prawie się spodziewała, że go tam zobaczy, ale wiedziała, że nie.
— Czy wiedziałby, jak trafić do dyliżansu? — spytała.
— Wątpię, czy widział jakiś w życiu — odparł Trev. — Wiesz, co ja bym zrobił, gdybym był nim? Bym zwyczajnie uciekł. Tak było, kiedy umarł tato. Przez całą noc włóczyłem się po mieście. Nie przejmowałem się, dokąd idę. Po prostu szedłem. Chciałem uciec od bycia sobą.
— Jak szybko może biegać ork?
— Założę się, że o wiele szybciej niż człowiek. I bardzo długo.
— Słuchajcie! — krzyknęła Juliet. — Nie słyszycie?
— Czego nie słyszymy? — zdziwiła się Glenda.
— Niczego.
— I…?
— Gdzie się podziało „Aik, aik”?
— Myślę, że znajdziemy je tam, gdzie znajdziemy Nutta — uznał Trev.
— Przecież nie może biec przez całą drogę do Überwaldu — stwierdziła Glenda. — To niemożliwe.
I w końcu to powiedziała:
— Uważam, że powinniśmy ruszyć za nim.
— Ja pójdę — zapewnił Trev.
— No to ja też! — zawołała Juliet. — A poza tym mam jeszcze pieniądze, a będą wam potrzebne…
— Twoje pieniądze są w banku — przypomniała jej Glenda.
— A bank jest zamknięty. Ale mam chyba w torebce parę dolarów.
— W takim razie przepraszam na chwilę — rzekł Trev. — Zaraz wracam. Sądzę, że coś powinniśmy zabrać.
Woźnica omnibusu do Sto Lat popatrzył na nich z góry.
— Dwa dolary pięćdziesiąt od osoby — powiedział.
— Przecież jedzie pan tylko do Sto Lat — zaprotestowała Glenda.
— Tak — odparł spokojnie. — Dlatego mamy „Sto Lat” napisane z przodu.
— Może będziemy musieli pojechać o wiele dalej — stwierdził Trev.
— Chyba każdy dyliżans w tej części świata jedzie przez Sto Lat — wyjaśnił woźnica.
— Jak długo potrwa, zanim tam dojedziemy?
— No… To jest nocny omnibus, nie? Dla ludzi, którzy chcą być w Sto Lat wcześnie rano, a nie mają za dużo pieniędzy. Na tym to polega, jasne? Im mniej pieniędzy, tym wolniejsza jazda. W końcu będziemy na miejscu. Mniej więcej o świcie.
— Całą noc? Na piechotę byłoby szybciej!
Woźnica miał przyjazny, spokojny styl bycia człowieka, który odkrył, że najlepszym sposobem przejścia przez życie jest niczym się specjalnie nie przejmować.
— Nie krępuj się — powiedział. — Pomacham ci, kiedy będę przejeżdżał.
Glenda zajrzała do omnibusu. Był w połowie wypełniony takimi właśnie ludźmi, którzy wybierają nocny kurs, bo nie jest drogi. Takimi ludźmi, którzy zabierają ze sobą kolację w papierowej torbie, i to raczej nie całkiem świeżej papierowej torbie.
We trójkę stanęli z boku.
— Tylko na to nas stać — oświadczył Trev. — W dyliżansie pocztowym nie wystarczy nam chyba nawet na jedną osobę.
— Może się z nim potargować? — zaproponowała Glenda.
— Niezły pomysł — zgodził się Trev i wrócił do omnibusu.
— Witam znowu — rzucił woźnica.
— Kiedy pan rusza? — spytał Trev.
— Za jakieś pięć minut.
— Czyli wszyscy, którzy chcą jechać, są już w środku?
Glenda spojrzała w głąb. Pasażer siedzący za woźnicą bardzo starannie obierał jajko na twardo.
— Możliwe — zgodził się woźnica.
— Więc czemu pan nie ruszy już teraz? I nie pojedzie szybciej? To bardzo ważne.
— Nocny kurs. Przecież mówiłem.
— A przypuśćmy, że pogroziłbym panu tą oto ołowianą rurką. Czy pojechałby pan szybciej? — spytał Trev.
— Trevorze Likely! — wykrzyknęła oburzona Glenda. — Nie możesz tak sobie grozić ludziom ołowianymi rurkami!
Woźnica przyglądał się Trevowi z kozła.
— Czy mógłbyś uprzejmie to powtórzyć?
— Powiedziałem, że mam tu kawałek ołowianej rurki. — Trev stuknął nią lekko o drzwi omnibusu. — Przykro mi, ale naprawdę musimy się dostać do Sto Lat.
— A tak, faktycznie — zgodził się woźnica. — Widzę tę twoją rurkę. — Sięgnął pod siedzenie po drugiej stronie. — Przebijam tym oto toporem bojowym. I chcę przypomnieć, że gdybym rozrąbał cię na pół, prawo będzie po mojej stronie. Bez urazy. Musisz mnie chyba brać za jakiegoś przygłupa. Ale skaczecie dookoła jak larwy na patelni, więc o co tu chodzi?
— Musimy znaleźć naszego przyjaciela. Może być w niebezpieczeństwie — wyjaśnił Trev.
— To bardzo romantyczne — dodała Juliet.
Woźnica przyjrzał się jej.
— A jak pan nam pomoże go dogonić, dam panu wielkiego całusa — obiecała.
— No proszę! — Woźnica zwrócił się do Treva. — Dlaczego ty na to nie wpadłeś?
— Dobra, też panu dam całusa — obiecał Trev.
— Bardzo dziękuję. — Woźnica najwyraźniej świetnie się bawił.
— W twoim przypadku wolę chyba tę rurkę, chociaż lepiej niczego nie próbuj, bo strasznie ciężko potem oczyścić siedzenia z krwi. Nic jej nie zmywa.