Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Ślimakowate mięśnie puściły w końcu z obrzydliwym mlaśnięciem. Drakkainen chwycił drobne ciało pod pachy i wyciągnął je na zewnątrz.
Uwięzione wewnątrz kraba dziecko było większe niż się spodziewał.
Dziewczynka.
Dorastająca, może trzynastoletnia. Bez włosów, pokryta śluzem, ze śladami po wbitych pod skórę mackach, obrzękłymi jak wrzody. Dygotała w gwałtownych dreszczach, a może to były drgawki.
Położył dziewczynkę na ziemi i ostrożnie dotknął jej szyi.
— Puls równy — oznajmił. — Przyspieszony, ale bez arytmii.
Wywrócił jej powieki, jednak zobaczył tylko ogromne, orzechowe tęczówki wypełniające całe oczy i zaklął.
Zaniósł dziecko pod studnię i obmył kilkoma wiadrami wody, delikatnie usunął ostatnie końcówki drenów tkwiące pod skórą niczym purpurowe pijawki.
Dziewczyna przestała dygotać, usiadła nagle i zwymiotowała potężnie jakimś śluzem. Krztusiła się przez chwilę, wreszcie otworzyła oczy.
— Wody... — jęknęła.
Drakkainen uklęknął i uniósł wiadro, żeby mogła się napić.
— I co teraz? — spytała Cyfral bezlitośnie zrzędliwym tonem. — Adoptujesz ją? Czy raczej poczekasz, aż dorośnie?
— Dam jej płaszcz i puszczę. Nie mogę jej przecież niańczyć.
— Wlezie na Węży i wpakują ją do następnego kraba. Ma to sens?
— Chcę do Węża... — wymamrotała dziewczyna. — Dlaczego nie ma muzyki? Tak mi zimno...
— No i masz. Chce do Węża — burknął Drakkainen.
— Vuko... — szepnęła Cyfral.
— Nie — powiedział z nutką furii w głosie. — Wszystko ma swoje granice. Tego na pewno nie zrobię. To ja tu decyduję. Nie jestem święty, ale nie jestem też potworem. Nie po to ją wyciągałem.
— Vuko...
— Jestem człowiekiem i zamierzam zachować człowieczeństwo. Przecież inaczej zwariuję. Albo zamienię się w takie samo bydlę jak on.
— Vuko... Osada... Mgła idzie...
Drakkainen podniósł wzrok i spojrzał na domy. Coś się zmieniło. Zapadał zmierzch i spomiędzy domów zaczęła wypełzać zimna mgła. Wijąca się kłębami podobnymi do macek, a gdzieś pod spodem, przy ziemi migotała tęczowa poświata, jak diamentowy szron.
— Chodu! — wrzasnął Drakkainen. Chwycił siedzącą dziewczynę za ramię, przewiesił przez kark, w biegu zgarnął swój tobół i pognał w las.
Biegł tak długo, aż osada została daleko z tyłu, a on zupełnie opadł z sił.
Małe ognisko płonie w załomie skał, bezpiecznie osłonięte przed czyimkolwiek wzrokiem. Trójkątna wnęka w ścianie, zasłonięta skałami po bokach, nad którą wzniosłem dach z żerdzi, przykryty warstwą świeżo naciętych gałęzi kosówki.
Byłem w stanie nieść ją około kilometra.
Prawie kilometr przełajowego biegu przez dziki las, ze skomlącym, dwudziestopięciokilogramowym ciężarem przewieszonym przez plecy.
Potem wlokłem ją przez puszczę.
Idzie o własnych siłach, ale trudno wyobrazić sobie bardziej uciążliwego towarzysza. Jeśli ją puszczam, ucieka. Niedaleko. Jak mysz. Znajduje jakąkolwiek osłonę pień, skałę, powalone drzewo, wciska się w najciaśniejszy kąt i zwija w nerwowy kłębek. Cały czas zawodzi i drży.
Boi się mnie, boi się drzewa, przelatującego ptaka, nieba nad głową.
Nie wiem, czy kiedykolwiek wyzdrowieje.
Domyślam się, jak to działa. Bierze się przerażonego dzieciaka, żyjącego w świecie zmieniającym się pomału w rzeźnię, po czym przepoczwarza go w czołg. W opancerzonego stwora wyposażonego w ostrza, którymi można posiekać wszystko, co budzi strach, osłoniętego płytami, których nie przebije miecz ani strzała, zawierającego wewnątrz — łono. Miękkie, ciepłe i wilgotne środowisko, które nakarmi, otuli i uśpi umysł, sącząc weń tajemniczą muzykę.
A teraz jest naga, ślimak bez muszli. Bezbronna. Nie ma muzyki, nie ma pancerza, trzeba samemu żuć i przełykać. Wyłuskana ze skorupy jak ostryga, wystawiona na lodowaty wiatr i palące promienie słońca. Kaleczona kamieniami i cierniami. Świat na zewnątrz jest okrutny i groźny.
Znacznie lepiej być krabem. Groźnym, pancernym stworem, w środku zaś ciepłym i miękkim.
To daje poczucie bezpieczeństwa.
Patrzę na tańczące płomyki i popijam wodę z winem.
Nakarmiłem ją.
Siłą. Rozwierając szczęki i wciskając w usta małe kawałeczki sera i chleba, wlewając w gardło wodę. Zupełnie, jakbym karmił dzikie, przerażone zwierzątko. Kiedy ją wreszcie puściłem, miotała się przez chwilę, ale za plecami miała zbocze, a po bokach skalne ściany. Na wprost, tam, gdzie wyjście na wolność, płonęło straszliwe ognisko i siedział potworny człowiek. W końcu wpełzła w najciaśniejszy kąt, zwijając się w kłębek, owinięta moim zapasowym płaszczem.
Patrzę na ten kryjący się w cieniu, drżący tobołek i nie wiem, co dalej.
Mam ogromną ochotę tak ją zostawić.
Wlokąc dziewczynkę ze sobą, nigdzie się nie ukryję, bo natychmiast zdradzi każdą pozycję. Nie ucieknę ani się nie przebiję.
W efekcie i tak zginę, a ona razem ze mną.
Kalkulacja. Ważenie szans.
Bezsensowna strata czasu. Tylko po to, by się przekonać, że gdzieś tam w środku nadal jestem racjonalny.
Ale po co, skoro i tak nie mogę jej zostawić. My, ludzie, tak jesteśmy skonstruowani. Oprócz logiki, rozsądku i zdolności ważenia szans, mamy jeszcze skrupuły. Sumienie. Uczucia. Różne przesądy, które czynią nas ludźmi.
Co nie zmienia faktu, że wpakowałem się paskudnie.
I tak ją porzucę. Co tam: „porzucę". Wypuszczę. Ani to moja ciotka, ani córka. Po prostu dziecko wojny. A ja nie jestem pułkiem piechoty zmechanizowanej. Niech idzie do diabła. Tylko nie w sercu gór, praktycznie za linią frontu. Zostawię ją, kiedy wejdziemy w jakąś bardziej cywilizowaną okolicę.
O ile jeszcze jakaś została.
Bladym świtem budzi mnie chłód. Lodowata mgła i wilgoć.
Oraz krakanie.
Wielki, czarny ptak siedzi na moim tobołku i szarpie dziobem rzemień zamykający worek.
— Wynocha! — wita mnie ochrypłym, chamskim wrzaskiem i dawno nic nie było w stanie mnie tak ucieszyć.
— Gdzieś ty się podziewał, Nevermore, stary łajdaku?
— Traakt!
Dziewczyna też się budzi. Jestem pewien, że na widok kruka dostanie histerii, jednak łypie tylko spod koca sarnim wzrokiem pełnym fascynacji.
— Kraab! — odzywa się kruk z obawą.
— Wiem, bracie, ale co zrobisz?
— Trrup!
— Nie. Tak nie robimy. To jest złe. Niedobre. Zły, niepozytywny ptak!
— Ty trrup! Krretyn!
Zabieram mu worek. Kruk odskakuje, trzepiąc skrzydłami, i siada na pobliskiej skale. Wyciągam ze środka kawałek chleba, parę pasków mięsa. Biorę porcję i podsuwam dziewczynie.
Dąsa się i odwraca twarz.
Dobra.
— To jedzenie, rozumiesz? Dobre. Pokarm, pokarm. Patrzy żałosnym, wilgotnym wzrokiem i ciaśniej owija się płaszczem.
Odgryzam kawałek mięsa i rzucam krukowi. Kręci łbem i błyska paciorkowatym okiem to z jednej, to z drugiej strony, a potem połyka kąsek.
— Serr!
— We łbie ci się chyba poprzewracało — mówię, lecz odłamuję mu kawałek wędzonego, koziego sera.
Znajduję w worku mój poprzedni strój. Kawałki płaszcza pocięte na kilt i tunikę, po czym rzucam dziewczynie. Cofa się trochę w róg skały, jednak nie robi nic więcej.
Przeżuwam do końca, siedząc umorusany przy wygasłym ognisku, z nożem w ręku. Jestem ścierpnięty i przemarznięty i chyba nigdy nie byłem taki brudny. Odcinam tuż przy ustach kawałki wędzonki lub chleba, podaję sobie na ostrzu.