Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Lea uśmiechnęła się do trzymanego w ręku płomienia.
– Kobiety w moim plemieniu mogą tak robić, to one dysponują rodzinnymi dobrami, bydłem, namiotami, strojami i biżuterią. Ale moja matka nigdy, nawet w najgorszych snach, nie sądziła, że świat może być taki wielki. Dla niej Imperium to kilka ogrodzonych kamiennymi murami miast, przylegających do naszych Stepów. Gdzieś tam na północy miała być wojna, ale matka sądziła, że do każdego miejsca, o którym słyszała, dojedzie w miesiąc.
Uśmiech się poszerzył i posmutniał.
– Po miesiącu byłyśmy w połowie drogi do Gór Krzemiennych. Młoda kobieta, mała dziewczynka i cztery konie. Dwa musiała sprzedać, bo okazało się, że w każdej karczmie i w każdym zajeździe musimy płacić za stajnie więcej niż za pokój dla nas. Matka wynajęła przewodnika i tłumacza, który miał ją zaprowadzić do Loven, tu właśnie, gdzie ponoć ostatnio widziano ojca żywego. Nie znała języka, nie mówiłam? Nie znała słowa po meekhańsku, nie znała obyczajów, drogi, historii Imperium. Niczego. Ale powędrowała na kraj świata, żeby znaleźć swojego mężczyznę.
– W połowie drogi do Gór Krzemiennych przewodnik okradł nas i zostawił. Zabrał wszystkie pieniądze, konie, cały dobytek. Zostałyśmy tylko z tą odrobiną biżuterii, którą matka miała na sobie, i rachunkiem w zajeździe do zapłacenia. Opowiadała mi, jak omal wtedy nie umarła. Ale była uparta i dumna. Spłaciła karczmarza pracą, przez następne trzy miesiące zajmując się końmi w stajni, sprzątaniem, rąbaniem drewna, noszeniem wody i tak dalej. Spała razem ze mną w pustym boksie, rankiem wychodziła do roboty, a ja zostawałam tam na niemal cały dzień. Uczyła się języka. Potem zostałyśmy następne trzy miesiące, bo nadeszła zima, a z nią śnieg i chłód. I miała rację, że nie sprzedała tych kilku złotych drobiazgów, które jej zostały. Dzięki temu wiosną mogła kupić dwa konie i wyruszyć dalej.
Lea przymknęła oczy, a Kailean dobrze ją rozumiała.
– Do tej pory unikałyśmy wielkich miast, ale w końcu i tam musiałyśmy trafić, bo tylko przez jedno z nich można było przekroczyć rzekę. Andelen, trzydzieści dwa tysiące głów. Dla Imperium dziura, rodzaj narośli wokół mostu i ważnej przeprawy. Nawet nie siedziba żadnych władz. Dla mojej matki – cały świat. Opowiadała mi, że trzy dni koczowała pod bramą, zanim zebrała się na odwagę i wjechała do środka. Nigdy nie sądziła nawet, że w jednym miejscu może żyć naraz tylu ludzi. Domy, budowane jeden na drugim, ulice, stragany i kłębiący się tłum. A pośrodku samotna, młoda kobieta ubrana jak dzikuska, z dzieckiem przy piersi i z parą kupionych za ostatnie pieniądze chabet. Nikt nie nauczył mnie o odwadze tyle co ona.
W tym uśmiechu były i miłość, i duma.
– Podróż na północ zajęła nam przeszło rok. Po roku od wyruszenia dotarła tutaj. Nadal byłą dzikuską, ale mówiła już po meekhańsku w miarę zrozumiale. Nadal też wiedziała, czego chce. Zaczęła szukać. Znała tylko nazwę pułku ojca i miejsce, gdzie ostatnio służył. Szukała następne trzy lata. Trzy lata wędrówek z miejsca na miejsce, zbierania opowieści, szukania ludzi, którzy rozmawiali z innymi ludźmi, którzy ponoć wiedzieli coś o jej mężu. W czasie wojny nie prowadziło się jakichś specjalnych zapisów w armii, wystarczyło, że umiesz siedzieć w siodle i strzelać z łuku. Po trzech latach... ktoś wskazał jej kurhan. Podobno to była jedna z ostatnich większych potyczek, pod sam koniec Długiego Pościgu, gdy koczownicy uciekali od bram Nowego Meekhanu aż za rzekę, z armią konną na plecach. Podobno pułk mojego ojca za bardzo się wysforował w przód, odciągnął od głównej armii zbyt wielkie siły i... jak to mówią, osaczył borsuka w norze. Mała potyczka zmieniła się w regularną bitwę, po której usypali poległym wspólny grób. To ten kurhan na Awedowym Polu.
Dziewczyna westchnęła i otworzyła oczy. Spojrzała na swoich towarzyszy.
– Do tej pory nie wiem, czy on tam leży. Moja matka też nie wiedziała, ale wtedy, w cztery lata po opuszczeniu rodzinnych stron, po przejechaniu połowy świata, wreszcie się poddała. Na tym kurhanie złożyła ofiarę dla duchów przodków, odprawiła obrzędy pogrzebowe i pożegnała pamięć o ojcu. Bo w jej życiu pojawił się już inny mężczyzna. Jeździł z nią od przeszło roku, pomagał, strzegł. Dziś są małżeństwem, mają piątkę dzieci, wielki tabun koni, kilka stad bydła. Mieszkają na południe stąd, przy samym morzu. Nigdy nie miałam pretensji do matki, że wyszła ponownie za mąż. Cztery lata to długo, a ona i tak zrobiła więcej, niż zrobiłaby jakakolwiek inna kobieta na jej miejscu. I nie jestem... niechcianym dzieckiem, ojczym traktuje mnie jak własną córkę, przyrodnie rodzeństwo – wzruszyła ramionami – to po prostu moi bracia i siostry. Ale słucham ziemi. Odkąd pamiętam, zawsze słyszałam więcej niż inni, zawsze wiedziałam, gdzie jest moja matka, nawet jeśli była oddalona o całe mile, zawsze potrafiłam powiedzieć, gdzie pasą się nasze konie, czy wszystko z nimi w porządku, czy zbliżają się wilki albo bandyci. Ziemia przenosi głos, wiecie o tym, nieraz przykładaliście do niej ucho, nasłuchując odgłosu kopyt. Ja... gdy wbiję w ziemię dłonie, mogę usłyszeć łopot zajęczego serca z dziesięciu mil. Ale to nie dźwięk, tylko... nie wiem jak to nazwać... wszystko, co żyje, jest ze sobą połączone. Meekhańscy czarodzieje twierdzą, że ta Moc pochodzi z aspektów, z Liścia, Gorzkiego Miodu, Krwi. Ale to tak, jakby wydzielać z zupy poszczególne smaki, nie czując jej pełnego aromatu. Nie umiem tego nazwać. Czuję... słucham ziemi nie tylko przez kamień i skałę, ale też przez to, co wokół żyje, trawę, robactwo, polne myszy, króliki... Ale na południu, gdzie do koczowników jest dalej, prowincje są spokojniejsze, ktoś w końcu zwrócił uwagę na dziwne dziecko, które godzinami siedzi w miejscu, wkładając ręce w mysie nory i inne dziury. Słuchanie Ziemi... Wielki Kodeks nie zabrania tego wprost, ale nakazuje mieć na oku ludzi z takimi uzdolnieniami. Matka i ojczym szybko nauczyli mnie ukrywać tę zdolność, ale plotki pozostały, a gdy skończyłam szesnaście lat, pojawili się ludzie, pytający o moją rodzinę. Wtedy spakowałam na konia cały swój dobytek i ruszyłam na północ, do Loven. Kha-dar odnalazł mnie i przyjął do czaardanu. Oto moja zasługa.