Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 173
Перейти на страницу:

Lea uśmiech­nę­ła się do trzy­ma­ne­go w ręku pło­mie­nia.

– Ko­bie­ty w moim ple­mie­niu mogą tak ro­bić, to one dys­po­nu­ją ro­dzin­ny­mi do­bra­mi, by­dłem, na­mio­ta­mi, stro­ja­mi i bi­żu­te­rią. Ale moja mat­ka ni­g­dy, na­wet w naj­gor­szych snach, nie są­dzi­ła, że świat może być taki wiel­ki. Dla niej Im­pe­rium to kil­ka ogro­dzo­nych ka­mien­ny­mi mu­ra­mi miast, przy­le­ga­ją­cych do na­szych Ste­pów. Gdzieś tam na pół­no­cy mia­ła być woj­na, ale mat­ka są­dzi­ła, że do każ­de­go miej­sca, o któ­rym sły­sza­ła, do­je­dzie w mie­siąc.

Uśmiech się po­sze­rzył i po­smut­niał.

– Po mie­sią­cu by­ły­śmy w po­ło­wie dro­gi do Gór Krze­mien­nych. Mło­da ko­bie­ta, mała dziew­czyn­ka i czte­ry ko­nie. Dwa mu­sia­ła sprze­dać, bo oka­za­ło się, że w każ­dej karcz­mie i w każ­dym za­jeź­dzie mu­si­my pła­cić za staj­nie wię­cej niż za po­kój dla nas. Mat­ka wy­na­ję­ła prze­wod­ni­ka i tłu­ma­cza, któ­ry miał ją za­pro­wa­dzić do Lo­ven, tu wła­śnie, gdzie po­noć ostat­nio wi­dzia­no ojca ży­we­go. Nie zna­ła ję­zy­ka, nie mó­wi­łam? Nie zna­ła sło­wa po me­ekhań­sku, nie zna­ła oby­cza­jów, dro­gi, hi­sto­rii Im­pe­rium. Ni­cze­go. Ale po­wę­dro­wa­ła na kraj świa­ta, żeby zna­leźć swo­je­go męż­czy­znę.

– W po­ło­wie dro­gi do Gór Krze­mien­nych prze­wod­nik okradł nas i zo­sta­wił. Za­brał wszyst­kie pie­nią­dze, ko­nie, cały do­by­tek. Zo­sta­ły­śmy tyl­ko z tą odro­bi­ną bi­żu­te­rii, któ­rą mat­ka mia­ła na so­bie, i ra­chun­kiem w za­jeź­dzie do za­pła­ce­nia. Opo­wia­da­ła mi, jak omal wte­dy nie umar­ła. Ale była upar­ta i dum­na. Spła­ci­ła karcz­ma­rza pra­cą, przez na­stęp­ne trzy mie­sią­ce zaj­mu­jąc się koń­mi w staj­ni, sprzą­ta­niem, rą­ba­niem drew­na, no­sze­niem wody i tak da­lej. Spa­ła ra­zem ze mną w pu­stym bok­sie, ran­kiem wy­cho­dzi­ła do ro­bo­ty, a ja zo­sta­wa­łam tam na nie­mal cały dzień. Uczy­ła się ję­zy­ka. Po­tem zo­sta­ły­śmy na­stęp­ne trzy mie­sią­ce, bo na­de­szła zima, a z nią śnieg i chłód. I mia­ła ra­cję, że nie sprze­da­ła tych kil­ku zło­tych dro­bia­zgów, któ­re jej zo­sta­ły. Dzię­ki temu wio­sną mo­gła ku­pić dwa ko­nie i wy­ru­szyć da­lej.

Lea przy­mknę­ła oczy, a Ka­ile­an do­brze ją ro­zu­mia­ła.

– Do tej pory uni­ka­ły­śmy wiel­kich miast, ale w koń­cu i tam mu­sia­ły­śmy tra­fić, bo tyl­ko przez jed­no z nich moż­na było prze­kro­czyć rze­kę. An­de­len, trzy­dzie­ści dwa ty­sią­ce głów. Dla Im­pe­rium dziu­ra, ro­dzaj na­ro­śli wo­kół mo­stu i waż­nej prze­pra­wy. Na­wet nie sie­dzi­ba żad­nych władz. Dla mo­jej mat­ki – cały świat. Opo­wia­da­ła mi, że trzy dni ko­czo­wa­ła pod bra­mą, za­nim ze­bra­ła się na od­wa­gę i wje­cha­ła do środ­ka. Ni­g­dy nie są­dzi­ła na­wet, że w jed­nym miej­scu może żyć na­raz tylu lu­dzi. Domy, bu­do­wa­ne je­den na dru­gim, uli­ce, stra­ga­ny i kłę­bią­cy się tłum. A po­środ­ku sa­mot­na, mło­da ko­bie­ta ubra­na jak dzi­ku­ska, z dziec­kiem przy pier­si i z parą ku­pio­nych za ostat­nie pie­nią­dze cha­bet. Nikt nie na­uczył mnie o od­wa­dze tyle co ona.

W tym uśmie­chu były i mi­łość, i duma.

– Po­dróż na pół­noc za­ję­ła nam prze­szło rok. Po roku od wy­ru­sze­nia do­tar­ła tu­taj. Na­dal byłą dzi­ku­ską, ale mó­wi­ła już po me­ekhań­sku w mia­rę zro­zu­mia­le. Na­dal też wie­dzia­ła, cze­go chce. Za­czę­ła szu­kać. Zna­ła tyl­ko na­zwę puł­ku ojca i miej­sce, gdzie ostat­nio słu­żył. Szu­ka­ła na­stęp­ne trzy lata. Trzy lata wę­dró­wek z miej­sca na miej­sce, zbie­ra­nia opo­wie­ści, szu­ka­nia lu­dzi, któ­rzy roz­ma­wia­li z in­ny­mi ludź­mi, któ­rzy po­noć wie­dzie­li coś o jej mężu. W cza­sie woj­ny nie pro­wa­dzi­ło się ja­kichś spe­cjal­nych za­pi­sów w ar­mii, wy­star­czy­ło, że umiesz sie­dzieć w sio­dle i strze­lać z łuku. Po trzech la­tach... ktoś wska­zał jej kur­han. Po­dob­no to była jed­na z ostat­nich więk­szych po­ty­czek, pod sam ko­niec Dłu­gie­go Po­ści­gu, gdy ko­czow­ni­cy ucie­ka­li od bram No­we­go Me­ekha­nu aż za rze­kę, z ar­mią kon­ną na ple­cach. Po­dob­no pułk mo­je­go ojca za bar­dzo się wy­sfo­ro­wał w przód, od­cią­gnął od głów­nej ar­mii zbyt wiel­kie siły i... jak to mó­wią, osa­czył bor­su­ka w no­rze. Mała po­tycz­ka zmie­ni­ła się w re­gu­lar­ną bi­twę, po któ­rej usy­pa­li po­le­głym wspól­ny grób. To ten kur­han na Awe­do­wym Polu.

Dziew­czy­na wes­tchnę­ła i otwo­rzy­ła oczy. Spoj­rza­ła na swo­ich to­wa­rzy­szy.

– Do tej pory nie wiem, czy on tam leży. Moja mat­ka też nie wie­dzia­ła, ale wte­dy, w czte­ry lata po opusz­cze­niu ro­dzin­nych stron, po prze­je­cha­niu po­ło­wy świa­ta, wresz­cie się pod­da­ła. Na tym kur­ha­nie zło­ży­ła ofia­rę dla du­chów przod­ków, od­pra­wi­ła ob­rzę­dy po­grze­bo­we i po­że­gna­ła pa­mięć o ojcu. Bo w jej ży­ciu po­ja­wił się już inny męż­czy­zna. Jeź­dził z nią od prze­szło roku, po­ma­gał, strzegł. Dziś są mał­żeń­stwem, mają piąt­kę dzie­ci, wiel­ki ta­bun koni, kil­ka stad by­dła. Miesz­ka­ją na po­łu­dnie stąd, przy sa­mym mo­rzu. Ni­g­dy nie mia­łam pre­ten­sji do mat­ki, że wy­szła po­now­nie za mąż. Czte­ry lata to dłu­go, a ona i tak zro­bi­ła wię­cej, niż zro­bi­ła­by ja­ka­kol­wiek inna ko­bie­ta na jej miej­scu. I nie je­stem... nie­chcia­nym dziec­kiem, oj­czym trak­tu­je mnie jak wła­sną cór­kę, przy­rod­nie ro­dzeń­stwo – wzru­szy­ła ra­mio­na­mi – to po pro­stu moi bra­cia i sio­stry. Ale słu­cham zie­mi. Od­kąd pa­mię­tam, za­wsze sły­sza­łam wię­cej niż inni, za­wsze wie­dzia­łam, gdzie jest moja mat­ka, na­wet je­śli była od­da­lo­na o całe mile, za­wsze po­tra­fi­łam po­wie­dzieć, gdzie pasą się na­sze ko­nie, czy wszyst­ko z nimi w po­rząd­ku, czy zbli­ża­ją się wil­ki albo ban­dy­ci. Zie­mia prze­no­si głos, wie­cie o tym, nie­raz przy­kła­da­li­ście do niej ucho, na­słu­chu­jąc od­gło­su ko­pyt. Ja... gdy wbi­ję w zie­mię dło­nie, mogę usły­szeć ło­pot za­ję­cze­go ser­ca z dzie­się­ciu mil. Ale to nie dźwięk, tyl­ko... nie wiem jak to na­zwać... wszyst­ko, co żyje, jest ze sobą po­łą­czo­ne. Me­ekhań­scy cza­ro­dzie­je twier­dzą, że ta Moc po­cho­dzi z aspek­tów, z Li­ścia, Gorz­kie­go Mio­du, Krwi. Ale to tak, jak­by wy­dzie­lać z zupy po­szcze­gól­ne sma­ki, nie czu­jąc jej peł­ne­go aro­ma­tu. Nie umiem tego na­zwać. Czu­ję... słu­cham zie­mi nie tyl­ko przez ka­mień i ska­łę, ale też przez to, co wo­kół żyje, tra­wę, ro­bac­two, po­lne my­szy, kró­li­ki... Ale na po­łu­dniu, gdzie do ko­czow­ni­ków jest da­lej, pro­win­cje są spo­koj­niej­sze, ktoś w koń­cu zwró­cił uwa­gę na dziw­ne dziec­ko, któ­re go­dzi­na­mi sie­dzi w miej­scu, wkła­da­jąc ręce w my­sie nory i inne dziu­ry. Słu­cha­nie Zie­mi... Wiel­ki Ko­deks nie za­bra­nia tego wprost, ale na­ka­zu­je mieć na oku lu­dzi z ta­ki­mi uzdol­nie­nia­mi. Mat­ka i oj­czym szyb­ko na­uczy­li mnie ukry­wać tę zdol­ność, ale plot­ki po­zo­sta­ły, a gdy skoń­czy­łam szes­na­ście lat, po­ja­wi­li się lu­dzie, py­ta­ją­cy o moją ro­dzi­nę. Wte­dy spa­ko­wa­łam na ko­nia cały swój do­by­tek i ru­szy­łam na pół­noc, do Lo­ven. Kha-dar od­na­lazł mnie i przy­jął do cza­ar­da­nu. Oto moja za­słu­ga.

1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)