Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 210
Перейти на страницу:

Py­ta­niu to­wa­rzy­szył syk i na­gle dwa z tu­zi­na du­chów jak­by za­pa­dły się w so­bie i zni­kły.

— Ro­zu­miem. Skąd znasz ten ję­zyk?

— Han­dla­rze. Że­la­zne noże, gro­ty, igły… za skó­ry, fu­tra, kły mor­sów. — Sza­man skrzy­wił wy­ta­tu­owa­ną twarz w dzi­kim gry­ma­sie. — Ale nie mó­wię zbyt do­brze.

Ko­lej­ny duch po­bladł, po czym po­mknął w stro­nę swo­je­go pana i znikł mię­dzy fu­tra­mi. Na­rzu­ce­nie po­słu­szeń­stwa du­chom trzy­ma­nym we wła­snym cie­le wy­ma­ga­ło po­tęż­nej woli i że­la­zne­go zdro­wia. Na wpół za­gło­dzo­ny cza­row­nik nie mógł nad nimi sku­tecz­nie za­pa­no­wać.

— Mó­wisz dość do­brze, by się do­ga­dać. — Zło­dziej za­ło­żył ręce na pier­si. — Dla nas wy­star­czy. Chcę han­dlo­wać.

— Czym?

— Tym. — Alt­sin wska­zał mar­twe­go niedź­wie­dzia. — Upo­lo­wa­łem. Wy­mie­nię na łódź.

— Nie.

— Nie han­dlu­je­my?

— Nie upo­lo­wa­łeś. Pa­trzy­łem. Po­lu­jesz jak… Ty po­lu­jesz… mało słów… on po­lu­je… je­den może za­bić dru­gie­go. Po rów­no. On nie mógł. Pa­trzy­łem.

Wła­ści­wie to była praw­da. Niedź­wiedź nie mógł go za­bić, zwłasz­cza gdy Alt­sin był w ta­kim na­stro­ju.

— I co wi­dzia­łeś?

— Nie je­steś… jak inni.

— Nie. Nie je­stem.

— An­day’ya się gnie­wa­ła. To ty?

— Nie. Nie ja. To, co ją roz­gnie­wa­ło, od­pły­nę­ło na wschód. Dla­te­go chcę ku­pić łódź.

Wy­chu­dłe pal­ce za­tań­czy­ły w po­wie­trzu w se­rii nie­zro­zu­mia­łych ge­stów.

— Głu­pi ty.

Zło­dziej wzru­szył ra­mio­na­mi.

— Nie mó­wi­łem, że nie. Lód już pęka, praw­da?

Trud­no było od­czy­tać coś z tej kan­cia­stej, wy­ta­tu­owa­nej twa­rzy, w któ­rej wzrok przy­cią­ga­ły żół­te kły wy­sta­ją­ce z dol­nej szczę­ki. Ale sza­man chy­ba się uśmiech­nął.

— Tak. Pani Zimy od­po­czy­wa… Lód pęka, wkrót­ce po­wró­cą foki, mor­sy, wie­lo­ry­by… Bę­dzie­my po­lo­wać… jeść.

— Na­praw­dę? Upły­nie wie­le dni, nim po­wró­cą foki. A wie­lo­ry­by? Nie wiem, czym się ży­wią, ale z pew­no­ścią nie lo­do­wą ka­szą. Nie łudź się, sza­ma­nie. W tym roku nie na­peł­ni­cie brzu­chów.

Alt­sin za­mru­gał. Za­raz? Kto to mówi? Ja? Czy on? Któ­ra część na­sze­go wspól­ne­go bytu po­sta­no­wi­ła na­gle zo­stać ce­sa­rzem szcze­ro­ści?

— Wy­bacz. Ja… nie to chcia­łem po­wie­dzieć.

Ale aher tyl­ko po­krę­cił gło­wą.

— Wiem. Ale… mu­szę tak mó­wić… bo je­śli prze­sta­nę… trze­ba mieć siłę do prze­ży­cia jesz­cze dnia… albo dwóch… na­dzie­ja… do­bre sło­wo? Na­dzie­ja… Bo­re­hed po­wę­dro­wał tam z ludź­mi. Nie na­szy­mi. Two­imi. Po­wie­dział… „Nie po­zwól im umrzeć”. Mam… tyl­ko sło­wa…

— A one nie za­peł­nią brzu­cha. Ani nie do­da­dzą sił. A ten niedź­wiedź tak. Po­han­dlu­je­my?

Tam­ten po­krę­cił gło­wą, bar­dzo po ludz­ku, być może był to gest pod­ła­pa­ny w cza­sie tar­go­wa­nia się z nes­bordz­ki­mi kup­ca­mi.

— Nie. Wy­mie­ni­my po­dar­ki. My damy ci łódź. Ty nam dasz swój łup. Nie mo­że­my han­dlo­wać.

— Dla­cze­go?

— Bo śledź nie han­dlu­je z wie­lo­ry­bem.

W gło­wie bły­snę­ła mu myśl, że jak już do­sta­nie łódź, do­brze by­ło­by za­bić tego sza­ma­na. Ten su­kin­syn był zbyt do­myśl­ny lub też, dzię­ki swo­im ta­len­tom, po pro­stu wi­dział zbyt wie­le. Od­rzu­cił za­raz tę myśl, na­praw­dę zły i pra­wie za­wsty­dzo­ny.

Nie. Za­bi­ja­nie nie jest od­po­wie­dzią na wszyst­ko. Przy­naj­mniej nie za­wsze.

— Do­brze. Chodź­my wy­mie­nić po­dar­ki.

Rozdział 16

Przy­dzie­li­li im dwa na­mio­ty, osob­ny dla ko­biet i osob­ny dla męż­czyzn, gest miły, choć nie­co nie­po­trzeb­ny. Po­ka­za­li, gdzie zo­sta­wić i opo­rzą­dzić ko­nie, wska­za­li miej­sce, gdzie mogą po­brać żyw­ność, oraz wy­chod­ki, sto­ją­ce po woj­sko­we­mu w kar­nym rząd­ku. Wszyst­ko zo­sta­ło za­ła­twio­ne szyb­ko i spraw­nie. I z tak lo­do­wa­tą uprzej­mo­ścią, że Ka­ile­an dzi­wi­ła się, iż na szczy­cie wzgó­rza nie za­czął pa­dać śnieg.

La­skol­nyk ze­brał ich w więk­szym na­mio­cie, gdy tyl­ko opo­rzą­dzi­li ko­nie i prze­gryź­li co nie­co. Sta­nę­li w ósem­kę, pa­trząc na Da­ghe­nę. Dziew­czy­na mru­cza­ła coś pod no­sem, ma­cha­ła szyb­ko dłoń­mi, jak­by tka­ła ma­te­riał z ku­rzu i świa­tła. Wresz­cie uśmiech­nę­ła się, za­do­wo­lo­na.

— Nie usły­szą. No chy­ba że wej­dą do na­mio­tu, a wte­dy ra­czej ich zo­ba­czy­my.

— Ha, ha, cór­ko, ha, ha — głos kha-dara ocie­kał sar­ka­zmem. — No ale do­brze, sie­dzi­my w la­try­nie, więc tro­chę hu­mo­ru nam się przy­da.

Ko­ci­mięt­ka uśmiech­nął się kwa­śno pod pło­wym wą­sem.

— To nie tak mia­ło wy­glą­dać, co, kha-dar?

— Nie tak, po­rucz­ni­ku. Nie spo­dzie­wa­łem się uczty po­wi­tal­nej ani gro­mad­ki dzie­ci rzu­ca­ją­cych nam pod nogi kwia­ty, ale to? — Wska­zał dło­nią na­miot, zszy­ty chy­ba z ja­kichś za­słon. — Za dużo tu gnie­wu i zło­ści.

— Ra­czej roz­cza­ro­wa­nia i nie­uf­no­ści — Jan­ne po­tarł szczę­kę, roz­ma­zu­jąc pe­cho­we­go ko­ma­ra w krwa­wą prę­gę. — I ra­czej trud­no się z nimi nie zgo­dzić. Woj­na skoń­czy­ła się po­nad dwa­dzie­ścia lat temu, a Im­pe­rium przy­po­mi­na so­bie o nie­wol­ni­kach do­pie­ro te­raz. Gdy­bym to ja…

— Ale to nie ty, Jan­ne. I nie gdy­baj mi tu, do cho­le­ry. Przez ostat­nie lata pra­wie trzy­dzie­ści ty­się­cy lu­dzi wy­ku­pio­no z nie­wo­li…

— Chło­pów? Rze­mieśl­ni­ków? Zwy­kłych żoł­nie­rzy?

Siwe oczy La­skol­ny­ka zmru­ży­ły się w złe szcze­li­ny.

— Prze­rwij mi jesz­cze raz, chłop­cze, a wyj­dzie­my na ze­wnątrz i spusz­czę ci taki ło­mot, ja­kie­go w ży­ciu nie mia­łeś. Nie je­stem tu po to, by nu­rzać się w szam­bie sta­rych krzywd. Nie mo­gli­śmy nic wię­cej zro­bić i…

— A to praw­da — Niiar wy­rwał się przed sze­reg — co mó­wi­łeś, kha-dar? O tym, że nasi po­mo­gli osa­dzić na tro­nie tu­tej­sze­go księ­cia.

La­skol­nyk prych­nął, za­klął i na­gle uśmiech­nął się sze­ro­ko. Och, jak Ka­ile­an ko­cha­ła ten uśmiech. To był jej, ich kha-dar, wódz-oj­ciec cza­ar­da­nu.

— Wy­glą­da na to, że nie da­cie mi do­koń­czyć żad­ne­go zda­nia, co, dzie­cia­ki?

Na­wet Ko­ci­mięt­ka, ró­wie­śnik ge­ne­ra­ła, nie wy­glą­dał na ob­ra­żo­ne­go tymi „dzie­cia­ka­mi”. Wię­cej, wy­szcze­rzył się, jak­by wła­śnie wy­szedł mu do­bry rzut ko­ść­mi. Ich do­wód­ca wes­tchnął cięż­ko.

— No do­bra, po ko­lei. Jan­ne, prze­pra­szam, cza­sem czu­ję, że bio­rę na bar­ki za dużo, że mnie to prze­ra­sta. Wo­lał­bym, żeby było jak na woj­nie: wi­dzisz, gdzie wróg się od­sło­nił, to wa­lisz tam całą siłą. A te ta­jem­ni­ce, se­kre­ty, gier­ki Szczu­rów i Oga­rów… szko­da słów. Wy­ba­czysz?

Ka­ile­an wi­dzia­ła już, jak La­skol­nyk robi ta­kie rze­czy, na­tu­ral­nie, z nie­wy­mu­szo­ną szcze­ro­ścią. Czy wy­ba­czy? Zer­k­nę­ła na Jan­ne. Gdy­by sta­ry wska­zał ja­kiś pal i po­wie­dział: „Synu, wsadź go so­bie w rzyć”, chło­pak dyn­dał­by no­ga­mi w po­wie­trzu, za­nim po­li­czy­ła­by do dzie­się­ciu.

1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)