Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Pytaniu towarzyszył syk i nagle dwa z tuzina duchów jakby zapadły się w sobie i znikły.
— Rozumiem. Skąd znasz ten język?
— Handlarze. Żelazne noże, groty, igły… za skóry, futra, kły morsów. — Szaman skrzywił wytatuowaną twarz w dzikim grymasie. — Ale nie mówię zbyt dobrze.
Kolejny duch pobladł, po czym pomknął w stronę swojego pana i znikł między futrami. Narzucenie posłuszeństwa duchom trzymanym we własnym ciele wymagało potężnej woli i żelaznego zdrowia. Na wpół zagłodzony czarownik nie mógł nad nimi skutecznie zapanować.
— Mówisz dość dobrze, by się dogadać. — Złodziej założył ręce na piersi. — Dla nas wystarczy. Chcę handlować.
— Czym?
— Tym. — Altsin wskazał martwego niedźwiedzia. — Upolowałem. Wymienię na łódź.
— Nie.
— Nie handlujemy?
— Nie upolowałeś. Patrzyłem. Polujesz jak… Ty polujesz… mało słów… on poluje… jeden może zabić drugiego. Po równo. On nie mógł. Patrzyłem.
Właściwie to była prawda. Niedźwiedź nie mógł go zabić, zwłaszcza gdy Altsin był w takim nastroju.
— I co widziałeś?
— Nie jesteś… jak inni.
— Nie. Nie jestem.
— Anday’ya się gniewała. To ty?
— Nie. Nie ja. To, co ją rozgniewało, odpłynęło na wschód. Dlatego chcę kupić łódź.
Wychudłe palce zatańczyły w powietrzu w serii niezrozumiałych gestów.
— Głupi ty.
Złodziej wzruszył ramionami.
— Nie mówiłem, że nie. Lód już pęka, prawda?
Trudno było odczytać coś z tej kanciastej, wytatuowanej twarzy, w której wzrok przyciągały żółte kły wystające z dolnej szczęki. Ale szaman chyba się uśmiechnął.
— Tak. Pani Zimy odpoczywa… Lód pęka, wkrótce powrócą foki, morsy, wieloryby… Będziemy polować… jeść.
— Naprawdę? Upłynie wiele dni, nim powrócą foki. A wieloryby? Nie wiem, czym się żywią, ale z pewnością nie lodową kaszą. Nie łudź się, szamanie. W tym roku nie napełnicie brzuchów.
Altsin zamrugał. Zaraz? Kto to mówi? Ja? Czy on? Która część naszego wspólnego bytu postanowiła nagle zostać cesarzem szczerości?
— Wybacz. Ja… nie to chciałem powiedzieć.
Ale aher tylko pokręcił głową.
— Wiem. Ale… muszę tak mówić… bo jeśli przestanę… trzeba mieć siłę do przeżycia jeszcze dnia… albo dwóch… nadzieja… dobre słowo? Nadzieja… Borehed powędrował tam z ludźmi. Nie naszymi. Twoimi. Powiedział… „Nie pozwól im umrzeć”. Mam… tylko słowa…
— A one nie zapełnią brzucha. Ani nie dodadzą sił. A ten niedźwiedź tak. Pohandlujemy?
Tamten pokręcił głową, bardzo po ludzku, być może był to gest podłapany w czasie targowania się z nesbordzkimi kupcami.
— Nie. Wymienimy podarki. My damy ci łódź. Ty nam dasz swój łup. Nie możemy handlować.
— Dlaczego?
— Bo śledź nie handluje z wielorybem.
W głowie błysnęła mu myśl, że jak już dostanie łódź, dobrze byłoby zabić tego szamana. Ten sukinsyn był zbyt domyślny lub też, dzięki swoim talentom, po prostu widział zbyt wiele. Odrzucił zaraz tę myśl, naprawdę zły i prawie zawstydzony.
Nie. Zabijanie nie jest odpowiedzią na wszystko. Przynajmniej nie zawsze.
— Dobrze. Chodźmy wymienić podarki.
Rozdział 16
Przydzielili im dwa namioty, osobny dla kobiet i osobny dla mężczyzn, gest miły, choć nieco niepotrzebny. Pokazali, gdzie zostawić i oporządzić konie, wskazali miejsce, gdzie mogą pobrać żywność, oraz wychodki, stojące po wojskowemu w karnym rządku. Wszystko zostało załatwione szybko i sprawnie. I z tak lodowatą uprzejmością, że Kailean dziwiła się, iż na szczycie wzgórza nie zaczął padać śnieg.
Laskolnyk zebrał ich w większym namiocie, gdy tylko oporządzili konie i przegryźli co nieco. Stanęli w ósemkę, patrząc na Daghenę. Dziewczyna mruczała coś pod nosem, machała szybko dłońmi, jakby tkała materiał z kurzu i światła. Wreszcie uśmiechnęła się, zadowolona.
— Nie usłyszą. No chyba że wejdą do namiotu, a wtedy raczej ich zobaczymy.
— Ha, ha, córko, ha, ha — głos kha-dara ociekał sarkazmem. — No ale dobrze, siedzimy w latrynie, więc trochę humoru nam się przyda.
Kocimiętka uśmiechnął się kwaśno pod płowym wąsem.
— To nie tak miało wyglądać, co, kha-dar?
— Nie tak, poruczniku. Nie spodziewałem się uczty powitalnej ani gromadki dzieci rzucających nam pod nogi kwiaty, ale to? — Wskazał dłonią namiot, zszyty chyba z jakichś zasłon. — Za dużo tu gniewu i złości.
— Raczej rozczarowania i nieufności — Janne potarł szczękę, rozmazując pechowego komara w krwawą pręgę. — I raczej trudno się z nimi nie zgodzić. Wojna skończyła się ponad dwadzieścia lat temu, a Imperium przypomina sobie o niewolnikach dopiero teraz. Gdybym to ja…
— Ale to nie ty, Janne. I nie gdybaj mi tu, do cholery. Przez ostatnie lata prawie trzydzieści tysięcy ludzi wykupiono z niewoli…
— Chłopów? Rzemieślników? Zwykłych żołnierzy?
Siwe oczy Laskolnyka zmrużyły się w złe szczeliny.
— Przerwij mi jeszcze raz, chłopcze, a wyjdziemy na zewnątrz i spuszczę ci taki łomot, jakiego w życiu nie miałeś. Nie jestem tu po to, by nurzać się w szambie starych krzywd. Nie mogliśmy nic więcej zrobić i…
— A to prawda — Niiar wyrwał się przed szereg — co mówiłeś, kha-dar? O tym, że nasi pomogli osadzić na tronie tutejszego księcia.
Laskolnyk prychnął, zaklął i nagle uśmiechnął się szeroko. Och, jak Kailean kochała ten uśmiech. To był jej, ich kha-dar, wódz-ojciec czaardanu.
— Wygląda na to, że nie dacie mi dokończyć żadnego zdania, co, dzieciaki?
Nawet Kocimiętka, rówieśnik generała, nie wyglądał na obrażonego tymi „dzieciakami”. Więcej, wyszczerzył się, jakby właśnie wyszedł mu dobry rzut kośćmi. Ich dowódca westchnął ciężko.
— No dobra, po kolei. Janne, przepraszam, czasem czuję, że biorę na barki za dużo, że mnie to przerasta. Wolałbym, żeby było jak na wojnie: widzisz, gdzie wróg się odsłonił, to walisz tam całą siłą. A te tajemnice, sekrety, gierki Szczurów i Ogarów… szkoda słów. Wybaczysz?
Kailean widziała już, jak Laskolnyk robi takie rzeczy, naturalnie, z niewymuszoną szczerością. Czy wybaczy? Zerknęła na Janne. Gdyby stary wskazał jakiś pal i powiedział: „Synu, wsadź go sobie w rzyć”, chłopak dyndałby nogami w powietrzu, zanim policzyłaby do dziesięciu.