Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Tak jest, panie...
Heigel ruchem ręki uciszył jego meldunek. Zerknął na to, co leżało na biurku.
-No tak, wszystko jasne. A może zająłby się pan prawdziwą robotą? Bo od studiowania mapy tylko głupie myśli w głowie się rodzą - rzucił ironicznie.
-Tak jest!
-No. Jutro rano zgłosi się pan do Krupmanna z gestapo. Ma jakąś sprawę do pana.
- Tak jest!
Heigel bez słowa zamknął drzwi. Kolejny gnój, który go nie lubi. Nie miał pojęcia, jakie szef miał plany na święta. Wiedział jednak bardzo dobrze, gdzie zamierza spędzić następne, te za rok. Hm. W dalekiej Argentynie! Nie zorientuje się pewnie, skąd Schielke o tym wie, i z jakich strzępów sklecił tę informację. Nikt go tu nie doceniał. Za to wrogów przybywało co dnia. Był zbyt ambitny, nie potrafił się podlizywać, w każdej sprawie miał własne zdanie. Po prostu człowiek-problem, wyrzutek zmurszałej struktury kontrwywiadu, składającej się z karierowiczów i oportunistów.
Ale teraz naprawdę miał dużą zagwozdkę. To wielkie, piękne i tak niesamowicie sprzyjające miasto lada moment mogło zamienić się w śmiertelną pułapkę. Nie był na tyle bogaty, żeby marzyć o Argentynie. I nie miał pomysłu, jak przeżyć na miejscu. A to, że chciał przeżyć, było jasne.
Gabinet Krupmanna przypominał barokowy kościół. Ten prostak z gestapo uważał się za znawcę sztuki i przywoził sobie zewsząd rozmaite pamiątki. Zasadniczo powinno się go aresztować, ale podstawowy problem tkwił w tym, że był zięciem szefa. Więc zamiast sieci rozkazów o wszczęcie śledztwa, otaczały go wyłącznie miłe uśmiechy kolegów. Znawca sztuki! Koneser. Kolekcjoner znający się na rzeczy.
-No witam, witam. - Sam Krupmann był dość miłym w obejściu facetem, jeśli nie liczyć faktu, że władza uderzyła mu do głowy. - Co tam u was w konkurencji? Słyszałem, żeście Pattona złapali.
-Taa... - Schielke skinął głową. - Ale pokazał zwolnienie lekarskie i trzeba było puścić. Ordnung ist ordnung!
-Fakt. - Krupmann łaskawie raczył się roześmiać. - To niehonorowo stawiać chorego przed sądem wojennym.
-Jaki tam sąd? Rosenfeldt wszystko wcześniej załatwił.
-Rosenfeldt? Ha, ha. - Tym razem śmiech był szczery. - To wy tak nazywacie Roosevelta? Bo u nas ma ksywę „kulawy szczur” albo „kuternoga”.
Schielke uśmiechnął, się bo musiał. Nie zwykł prowadzić dyskusji na tak niskim poziomie.
-No i co tam przygotowała dla nas Świątynia Sprawiedliwości?
-Oj, głupoty jakieś. - Gestapowiec rzucił na biurko grubą teczkę. - W związku ze zbliżaniem się frontu powołano specjalną grupę do zabezpieczenia dzieł sztuki, precjozów i innych kosztowności na terenie Breslau. Chłopcy inwentaryzują, pakują i wysyłają w bezpieczne miejsce. Ale... jak to w życiu bywa, dwóch ktoś zabił. I na trzeciego był zamach.
-Chryste! To przecież sprawa dla kripo. Co, do jasnej cholery, oni myślą, że ja będę rabusiów łapał?
Krupmann nachylił się nad biurkiem.
-Mocno się zdziwisz po przestudiowaniu materiałów z tej teczki. Mocno się zdziwisz.
-No to powiedz wprost, o co chodzi.
-Ktoś z góry, ze średniego szczebla, ale jednak z góry, chce, żeby zajęły się tą sprawą służby bezpieczeństwa. A nie jakaś tam policja kryminalna. Zresztą przeczytaj materiały w teczce. Rzucą wiele światła.
-Na co?
-Zobaczysz. Sprawa jest konkretna. To ma być porządne śledztwo, a nie jakieś tam kripo, które aresztuje drugiego dnia dwóch złodziei i osadzi w areszcie. Chyba nie o to tu chodzi.
Schielke dokładnie w tej chwili poczuł, że w gabinecie zaczęło śmierdzieć jak jasna cholera.
-A dlaczego ty się tym nie zajmiesz?
-Gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem. - Krupmann zdenerwował się nagle. - Nie mam czasu na te rozgrywki. Ja za trzy dni złapię samego Holmesa!
Schielke zapalił papierosa. Wziął kilka orzeszków z tacy przy telefonie. Bawił się nimi przez chwilę, zanim wziął do ust. Musiał przemyśleć kilka spraw. Kto go wrabiał i w co? Nie był w stanie rozstrzygnąć w tej chwili. Rozpaczliwie potrzebował pomocy. I nagle go olśniło. Potrzebował pomocy? Już wiedział, gdzie ją znaleźć.
-Kto to jest Holmes?
-Pieprzony agent polskiego wywiadu. Męczę się z nim od roku. Ale za trzy dni... - Krupmann uśmiechnął się zimno. - Będzie siedział na tym samym krześle co ty. Ale nie dostanie orzeszków. Dostanie coś innego.
W umyśle Schielkego jakby rozbłysła supernowa. Rozwiązanie wszystkich spraw. Rozwiązanie idealne.
-Kto to jest? I dlaczego się z nim męczysz?
-A po co pytasz? - usłyszał zamiast odpowiedzi.
-Bo nazwisko nie jest mi obce. I bynajmniej nie kojarzę go z boskim Sherlockiem Conan Doyle’a.
Krupmann spojrzał na niego poważnie.
-The Holmes - powiedział.
-„The”? Nie mister Holmes?
-Nie. On chce, żeby traktować go jako instytucję. A nie jako człowieka. „The”, a nie „Mr”. To instytucja.
-Aż tak zalazł ci za skórę?
-Aż tak. Ale to są jego ostatnie trzy dni. Mój informator wystawił mi go na łatwy strzał.
Krupmann nalał sobie koniaku z butelki wyjętej z szuflady. Zaproponował Schielkemu, ale ten odmówił ruchem ręki. Był zbyt przejęty własnymi myślami, żeby pić.
-Jak go chwycisz?
-A ty nie za dużo chcesz przypadkiem wiedzieć? Zajmij się tymi pospolitymi mordercami od dzieł sztuki, dobrze?
Szkoda, że nie dodał „prostaczku” albo wręcz „poruczniczyno”. Ale był już przyzwyczajony do chamstwa gestapo. Państwo w państwie. Najlepsi, najgenialniejsi i najskuteczniejsi. Organizacja bogów, która już jednak na starcie popełniła kardynalny błąd, lekceważąc konkurencyjną organizację i czyniąc z nich swoich najbardziej zajadłych wrogów. Kripo bowiem nie zamierzało darować upokorzenia.
Schielke podniósł się lekko i wziął z biurka ogromną teczkę.
-Dobra, czuję się powołany do sprawy morderstw i dzieł sztuki.
Krupmann skinął głową.
-Może nareszcie ktoś rozstrzygnie kwestię, czy to Otello zamordował Hamleta, czy Król Lear! - rzucił na odchodnym Krupmann.
-O Jezu. To sztuki teatralne też kradną?!
Siedziba kripo była tuż obok. Schielke nie musiał nawet wkładać płaszcza. Nie chciał korzystać z wewnętrznego przejścia; miał ściśle określony cel - boczne wejście, boczne schody, jak najwięcej dyskrecji. Dobrze znał drogę do archiwum, ale jeszcze lepiej jedną z archiwistek, śliczną Ritę Menzel, o której względy zabiegał od dawna. Niestety ze średnim powodzeniem. Na razie osiągnął pułap bliskiej przyjaźni z nadzieją, być może, na dalszy rozwój sprawy.
-Cześć, przepiękna Rito, pani mych snów, serca i umysłu - krzyknął już od drzwi, bo była sama w wielkim, zawalonym aktami pokoju.
-Cześć ważniaku-przystojniaku - uśmiechnęła się. - W to ostatnie nie uwierzę.
-W co? - Nie zrozumiał.
-W to, że ktokolwiek może być panem twojego umysłu. On jest za dobrze wyregulowany przez swojego jedynego pana, czyli przez ciebie.
-Ale to znaczy, że w resztę wierzysz?
-Nooo... - Spuściła wzrok, robiąc minę niewinnej studentki. - Może i uwierzyłabym, gdyby...
-Gdybym cię zaprosił dzisiaj na pyszną kolację w jakieś romantyczne miejsce?
Teraz spojrzała bardzo trzeźwo.
-Ale po kolacji odwozisz mnie grzecznie do mojego domu. MOJEGO - podkreśliła. - Przed bramą grzecznie dajesz buzi, ja macham ci chusteczką, a ty odchodzisz w ciemną i mroźną noc. Sam.
-Okrutnica!
Miała cały repertuar różnych spojrzeń na różne okazje. Teraz jej oczy ledwie były widoczne zza zasłony niesfornej grzywki. Była doskonale świadoma, jakie wrażenie robi na mężczyznach. Ale nie do końca jeszcze wiedziała, o co chodzi w tym dziwnym i wielkim świecie. Z głową wypełnioną historiami z książek z dzieciństwa marzyła o tym, żeby zostać wielkim detektywem. Ukończyła odpowiednie studia i dopięła swego. Wylądowała w kripo. W archiwum. Natomiast Schielke zręcznie wykorzystywał jej niespełnione aspiracje, bycia twardą policjantką. Abstrahując od tego, że bardzo mu się podobała i niewiele brakowało, by się w niej naprawdę zakochał.