Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Jestem! - Kolejny człowiek wpisany przez społeczeństwo na listę strat stanął na baczność
-Spocznij.
Ritter miał łagodną, choć surowo ociosaną twarz, oszpeconą trochę przez bliznę o szarpanych brzegach przecinającą lewy policzek. Na pewno nie pamiątkę wojenną. Blizna była bardzo stara. Tak jak inni patrzył na oficera jak na swoją ostatnią nadzieję. Ten jednak musiał go rozczarować. Mimo wrodzonego pacyfizmu nie był instytucją charytatywną rozdającą szczęściena lewo i prawo. Nie on był winny wszelkich nieszczęść i niezbyt go one, prawdę powiedziawszy, obchodziły. Po prostu wytrenował w sobie trzeźwe myślenie i taki sam pogląd na wszystkie sprawy.
-Jesteście cieślą budowlanym, prawda?
-Tak. Byłem.
-Zbijaliście specjalistyczne skrzynie do przewozu dzieł sztuki, tak?
-Tak jest! Byłem dobrym cieślą, panie kapitanie.
-No właśnie. I nie dziwi was, że w takiej chwili akurat tak potrzebnego fachowca skierowano na front? Na pierwszą linię?
-Prawdę powiedziawszy, nie rozumiem pytania, panie kapitanie. Dostałem normalne wezwanie z komendy uzupełnień.
-Prowadzę śledztwo w sprawie serii tajemniczych zabójstw wśród grupy ludzi zajmujących się ewakuacją cennych zabytków. Stąd moje pytanie.
Ritter wybałuszył oczy. Nie mieściło mu się w głowie, że w tym morzu ognia, oceanie bólu i nieszczęścia, na powiększającym się codziennie cmentarzu ktoś prowadzi śledztwo w sprawie jakichś zabójstw nieistotnych wobec ogromu klęski. Był oczywiście służbistą, był wdrożony do dyscypliny, ale nie mógł uwierzyć. Śledztwo! I przez kogo prowadzone? Przez najbardziej energicznego i sprawnego oficera, jakiego zdarzyło mu się widzieć ostatnimi czasy. Przez człowieka, któremu komenda sama pchała się w ręce i pod którego dowództwem mogliby tu wiele zdziałać. Potrząsał głową.
-Kto was skierował na front? - indagował Schielke. - Podpadliście komuś? Zauważyliście coś niepokojącego? Coś zwróciło waszą uwagę?
-Nie, panie kapitanie. Nie widziałem niczego ważnego.
-Tego się akurat domyślam! - ryknął Schielke. - Bo gdybyście cokolwiek widzieli, toby was, psiakrew, zabili! A oni „tylko” wysłali was na front. Co widzieliście, co mogłoby nie pasować do rutynowych działań w waszej branży?
Oniryczna sytuacja. Wokół pole bitwy, Ruscy za ścianą, artyleria wali zewsząd, naloty co chwilę, wszyscy wokół mają naładowaną broń, a Schielke pyta o jakieś szachrajstwa w branży dzieł sztuki. To sen?
-Dobrze. Dobrze - powtórzył trochę już zdenerwowany. - Wymienię wam kilka nazwisk, a wy, Ritter, powiecie mi, którego nie znacie. Zrozumieliście?
-Nie zrozumiałem, panie kapitanie.
-Wskażcie nazwisko osoby, której NIE znacie. Jasne?
Tamten potwierdził ruchem głowy.
-Galant, Vorst, Clostermann, von Heimann, Klosinsky, Reibau...
-Wszystkich znam, panie kapitanie. To znaczy, znałem, bo...
-Wiem, dlaczego mówicie „bo” - uciął Schielke. - Dalej:
Gutom, Nahorsky, Zwiebelstein, Gauentr, Neumann...
-Tego nie znam - odważył się przerwać Ritter.
-Ale nazwisko słyszeliście?
-Tak, słyszałem. On robił wizytacje. Z Berlina przyjeżdżał. I wszyscy się bali. Mówili: „Neumann jedzie. Porzućcie wszelką nadzieję”. Nigdy go nie widziałem.
-Czym się zajmował?
-Nie wiem. Ja to zwykły robotnik, choć majster. Nigdy go nie widziałem.
-To jedna osoba czy kilka?
-Co?
Schielke nie wiedział, jak zapytać o to Rittera.
-Przyjeżdżał sam czy z kilkoma innymi osobami? To było nazwisko czy raczej rodzaj takiego określenia, jak „kontrola”, „panika”? Przyjeżdża Neumann - konkretny człowiek, czy raczej jest to „akcja: ratuj się, kto może”?
-Nie wiem. Nigdy nie był sam, bo zawsze przygotowywali większą salę na kolację. Dla jednego by tego nie robili.
Schielke wyjął cygaro z metalowego pojemnika. Długo podgrzewał je benzynową zapalniczką, potem zapalił. Wydmuchnął kłąb gryzącego dymu.
-Z czym kojarzy wam się Neumann?
-Nie wiem, panie kapitanie. Zawsze zamieszanie było.
-Z czym? - rzucił jeszcze raz.
Ritter usiłował sobie coś przypomnieć. Coś było. Niby kazano im przeczekać w pomieszczeniach dla robotników, ale coś było. Coś na granicy pamięci, czego Ritter nie mógł sobie przypomnieć. Nagły błysk.
-Laleczki, panie kapitanie. To były laleczki.
-Co?
-Laleczki. Takie małe, chińskie.
-Ja cię...
Huk na korytarzu rozsadzał bębenki w uszach. Wszystko, co żyło, runęło pod osłonę prowizorycznej barykady. Serie z broni maszynowej wyły rykoszetami od ścian. Ktoś rzucał granaty. Dźwięki nikły w amoku paniki, która ogarniała żołnierzy.
-Iwan ruszył!
Schielke nie wiedział, kto wykrzyczał te słowa. Podczołgał się do sapera.
-Ładunki gotowe?
-Co?
-Siecher?!
-Jawohl!
Kazał ludziom krzyczeć chórem: „Gross, idź na północ!”. Ledwie słyszał sam siebie. Panika dawkowała mu adrenalinę wprost do mózgu. Ktoś strzelał, ktoś się kulił bezwładnie za iluzoryczną osłoną barykady, strach dławił, nie pozwalając na zrozumienie czegokolwiek, co działo się wokół. Panie Dante, pomyślał, pan chyba także brałeś udział w walkach ulicznych. Poeta, piewca piekieł, milczał jednak. Rosjanie przeciwnie. Wyli, jakby samym krzykiem chcieli wprawić ściany w rezonans.
-Odpalaj!
-Ale to nośna - jęknął saper.
Odpalaj. Tertium non datur.
Saper znowu nie zrozumiał. Skulił się jak niemowlę i docisnął dźwignię detonatora. Schielke miał co prawda zatkane palcami uszy, ale to był najmniejszy problem. Miał ochotę wymiotować. Nie bardzo wiedział, gdzie są strony świata, gdzie strop, a gdzie podłoga. Dziurę w ścianie, mimo tumanów pyłu, jednak zobaczył.
-Za mną! - Skoczył do przodu. Była to ulotna chwila zrozumienia tajemnic dowodzenia. Właściwie jako najstarszy stopniem powinien zostać, dopilnować wszystkiego i opuścić pułapkę jako ostatni. Potworny strach jednak nie pozwalał nawet na dopuszczenie takiej myśli. Na szczęście teoria dowodzenia zostawiała mu furtkę. „Za mną!”. To znaczy, że wszyscy mają robić to, co on. Sam pokaże jak. Runął w szczelinę wyszarpaną w ceglanym murze, rzucając przed sobą thompsona. Na szczęście Gross zrozumiał, co to znaczy „udać się na północ”. Nietknięci żołnierze z drugiej sali sprawnie przejmowali uciekinierów. Mimo strzelaniny i wrzasków na korytarzu Schielke zdołał się choć trochę opanować. Drgała mu tylko lewa powieka.
-Jak sytuacja?
-Iwan ma nas w garści. Nie wiem, czy zdążymy przeskoczyć dalej.
-Szybciej!
Żołnierze pomagali kolegom czołgającym się przez dziurę w ścianie. Jeszcze jeden, jeszcze... Następny był Ritter. Utknął w wąskim otworze.
-To chlebak - ktoś krzyknął. - Chlebak go blokuje.
-Przeciąć pasek bagnetem! - rozkazał Schielke.
Ktoś błyskawicznie wykonał rozkaz. Żołnierze ciągnęli kolegę za ręce.
-Coś go trzyma!
Ritter wykrzywił się nagle.
-Iwan mnie złapał! Iwan mnie złapał za nogi!
-Jasny szlag! Ciągnijcie!
-Koledzy, ratujcie! - wył Ritter. - Ratujcie!
I niby co zrobić? Tamci mieli jego nogi, Niemcy ręce. Był na najlepszej drodze do rozerwania na pół. Co robić? Przecisnąć granat nad plecami? Toż zginie. Strzelać? Niby jak?
-Koledzy, nie zostawiajcie mnie - błagał Ritter.
Żołnierze wzmogli wysiłki. Materiał mundurowej bluzy trzasnął na obu ramionach. Pojawiło się więcej rąk do ciągnięcia. W tłoku szarpano już nawet za głowę, za kołnierz, pod pachy. Tamci jednak też byli silni. Ritter powoli wymykał się kolegom z rąk.