Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-A skąd wiesz, że przydałby mi się na dzisiaj samochód?
Chłopak trochę się zmieszał, ale nie za bardzo.
-No, bo pan porucznik z tymi kobietami tak... - Nie miał pojęcia, jak się wysłowić. - No tak... bardziej blisko, tego, no... No to pomyślałem, że taką panią lepiej podwieźć samochodem niż tramwajem. A jak ja będę prowadził, to mogę poczekać na mrozie, bo...
-Wiem, bo uwielbiasz samochody. Heini, jesteś genialny.
-Dziękuję, panie poruczniku. Do usług, panie poruczniku.
Biedny chłopak. Jeździć nauczył się w Hitlerjugend. Niby za młody na front, ale pewnie i tak by go wzięli, gdyby nie cicha opieka Schielkego. Po prostu nie mógł dać chłopaka na zmarnowanie. Za dużo trupów, za dużo młodych trupów. Schielke niestety był nieuleczalnym, niereformowalnym, nieugiętym pacyfistą. Poprawiał pomyłki Pana Boga na tyle, na ile mógł, w sprawach, które mógł poprawić. Na swój maleńki, nic nieznaczący w globalnej skali sposób. A wojna mierziła go najbardziej.
-Mogę się odmeldować? Będę czekał na podjeździe.
-Możesz. I nie czekaj. - Dał mu trochę drobnych. - Idź do kina. Będę dopiero wieczorem.
- Tak jest! Dziękuję, panie poruczniku.
Schielke skinął głową. Zdjął z półki opasły tom i zagłębił się w lekturze „Zmierzchu Cesarstwa Rzymskiego”.
Rita tego wieczoru wyglądała olśniewająco. Krótkie, krojone na modłę rosyjską futro podkreślał długi, wiązany w beduińskim stylu szalik. Długa i wąska, sięgająca za kolana spódnica wspaniale eksponowała kształtne łydki. Musiał jej pomóc przy wsiadaniu do samochodu, bo oczywiście miała wysokie obcasy. Chyba zaczynał się zakochiwać. Kubelwagen był odkryty, jeśli nie liczyć płóciennego daszku, więc kiedy usiedli, okrył kobietę kocem. Przyjęła to w sposób tak dystyngowany, że przełknął ślinę. Tylko ona potrafiła pokazać tak dobitnie: „Tak, jestem kobietą i doceniam, że o mnie dbasz. Tak, ty jesteś mężczyzną i jestem świadoma wszelkich niebezpieczeństw. Z własnej woli decyduję się na ryzyko”. Uwodziła go, jak chciała, ale i on był świadomy niebezpieczeństw, kruczków i podstępów, które mogła szykować strona przeciwna. Lubił tę kobiecą dżunglę niejednoznaczności. Lubił ich niedopowiedzenia, mistrzowskie zwody, tworzenie aury, która mogła okazać się tylko mgłą wojny. Dobrze czuł się w tym lesie, był wytrawnym myśliwym dążącym do celu, omijając zakamuflowane pułapki i zasadzki. Studia w Londynie wiele go nauczyły w tym zakresie. Choć same Angielki niewiele mu dały wiedzy o kunszcie prawdziwych Europejek z kontynentu. Tu spotykał się z mistrzyniami. Ale lubił tę walkę. Uwielbiał ekscytujące potyczki, rozpoznanie bojem, zwiad na terenie wroga. To był jego żywioł. Niestety, kobiet też. Tu równy mierzył się z równym. I dlatego było to takie ekscytujące. Żadnych forów dla nikogo, no pardon, jeńców żadna ze stron nie brała, bo i po co komu nieudacznicy. To była stara kontynentalna Europa z całym swoim, czerpanym z doświadczeń wieków, wyrafinowaniem. Świat odchodzący gdzieś w zapomnienie, do swoich przytulnych, pożółkłych kart starych atlasów.
Heini prowadził sprawnie, jadąc ulicami tego wielkiego, wspaniałego miasta. Początkowo Schielke chciał, żeby zakochany w samochodach chłopak mógł przejechać jak najdłuższy dystans i wybrał Gasthaus przy Barthelner Brticke. Po chwili namysłu zrozumiał jednak, że wybrał źle. To była letnia restauracja, do której dopływało się łodziami. Teraz, w zimie, pewnie pustawa i ciemna. Zmienił cel podróży na Siid Park. Mijali właśnie ciemną na tle księżycowego światła wieżę ciśnień przypominającą gotycki, ale i ultranowoczesny zamek grozy. Budowla była ogromna, strasząca w srebrnej poświacie swoimi sterczynami, ażurową konstrukcją i wszystkimi tajemnicami, które kryła i które będzie kryć w przyszłości. Minęli maleńką stację benzynową, skręcili i dojechali prawie do nasypu kolejowego. Tam Heini zaparkował przy chińskim zakątku. Pokazał, że też ma już klasę. Wyskoczył jak na sprężynie, otworzył drzwi od strony kobiety, zdjął z niej koc i podał ramię, żeby mogła się oprzeć, wysiadając. Gdzie on się tego nauczył, skubany? Ach, odpowiedź była prosta. Przecież oglądał niezliczoną liczbę filmów. Kiedy Rita wysiadła, wyprostował się i strzelił obcasami. Zdolniacha. Będą z niego ludzie.
-Dziękuję, Heini.
-Za pozwoleniem pana porucznika.
Uśmiechnęli się do siebie. Rita nie mogła wytrzymać. Po kilku krokach, kiedy wyszli z zasięgu słuchu tamtego, powiedziała do Schielkego:
-Ładnie szkolisz swoich ludzi. Takie same babskie zakapiory jak ty.
-Nauka musi iść w lud - odparł niezrażony. Już się cieszył. Kolejna bitwa w damsko-męskiej wojnie na słowa właśnie się zaczynała. A taka wojna była jego żywiołem. Urodził się po to, żeby zwyciężać w tych pojedynkach - żadnego innego celu w akcie swojego poczęcia nie mógł dostrzec.
Szatniarze obskoczyli ich, gdy tylko weszli do wielkiej, pawilonowej restauracji w parku. Kiedy zajęli się okryciami, szef sali poprowadził ich do wybranego przez siebie stolika. Miał niezły gust i dobre wyczucie sytuacji. Usiedli w ustronnym miejscu, zasłonięci palmą, z dala od zgiełku orkiestry. Szef osobiście zapalił świeczki pływające w niewielkim naczyniu na środku stołu. Kelnerzy podali karty.
Schielke zastanawiał się, skąd uderzą Rosjanie. Jeżeli sztab zalał tereny na wschodzie miasta, to najbardziej prawdopodobnym kierunkiem było właśnie południe. Miejsce, w którym się teraz znajdowali. A to oznacza, że będą walczyć w tym parku. Po przepięknej restauracji o lekkiej, wręcz zwiewnej konstrukcji pozostanie tylko wspomnienie. Przyszli mieszkańcy miasta będą mogli podziwiać ją jedynie na starych fotografiach. Delektował się myślą o przemijalności miejsc.
-Kelner.
-Słucham pana?
-Proszę podać kufel grzanego piwa i gorącą przekąskę mojemu szoferowi.
-Oczywiście, panie poruczniku. Już wydaję odpowiednie dyspozycje. Jeśli pan pozwoli, zaprowadzę go do baru, poczekalni dla kierowców.
-Będę wdzięczny.
-Służę. - Mężczyzna zgiął się w ukłonie i pobiegł do swoich obowiązków.
Co za dziwny świat. Tego miejsca niedługo już nie będzie. Zastąpi je trzask płomieni i wycie żołdaków mordujących się wzajemnie. Panie Boże, dlaczego nie mnie ustanowiłeś dyrektorem świata? Może załatwiłbym to bardziej po ludzku i Polacy, czy kto tam ma nas zastąpić w tym miejscu, mogliby rozkoszować się piwem dalej w tej restauracji? A tak będą musieli je sączyć, siedząc na murku, jedynej pozostałości fundamentów. Albo będą musieli wybudować sobie własny lokal? Być może nawet w ogromnej wieży ciśnień, którą mijali niedawno... Ciekawe, czy kiedyś będzie siedział tam ktoś, kto opisze nasz los, ostatnich żołnierzy upadającego imperium. Ile czasu minie? Pół wieku, więcej? Ten ktoś pewnie będzie Polakiem, prawdopodobnie przyjedzie na kawę ze swoją dziewczyną, tak jak on był z Ritą, i będzie się zastanawiał, o czym myślał ktoś laki jak Schielke, siedząc tu, w pobliżu, dawno, dawno temu. Przemijalność miejsc, powtarzalność sytuacji.
Schielke spojrzał na Ritę z taką samą radością, jak przyszły kronikarz spojrzy na swoją kobietę.
-Wybrałaś już coś, piękna?
-Mają taki wybór, że czuję się oszołomiona.
Nostalgia dni ostatnich. Uśmiechnął się ciepło.
-Chyba zacznę od sałatki. Ale potem będę jeszcze myśleć - zastrzegła się.
-Doskonały wybór. - Podniósł rękę. - Kelner!
Rita odłożyła kartę w taki sposób, żeby nikt jej nie zabrał.
-Wiesz, że ten gestapowski kolekcjoner różnych walut cię oszukał? — spytała.
-W jakiej kwestii?
-Hm... To ciche porozumienie sekretarek, archiwistek i sprzątaczek, z dala od męskich imperiów władzy - zakpiła. - On zamierza złapać Holmesa nie za trzy dni, ale pojutrze. Podsunęli mu jakiegoś oficerka z tajnymi dokumentami na sprzedaż. Pojutrze rano.