Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Jest u was agoń? - spytał swoją łamaną ruszczyzną.
Jakby piorun trzasnął. Mężczyzna, młody ogorzały Azjata,
ruszył w tył, a za nim jego ludzie. Paniczna ucieczka, której Niemcy nie przeszkadzali. Nie padł ani jeden strzał. Żołnierze stali jak oniemiali, patrzyli na siebie, jeden na drugiego, potem przenosili wzrok na kapitana. Pierwszy otrząsnął się kapral. Posłał kogoś po posiłki, żeby można było zaryglować ten posterunek, krzyczał na ludzi, kazał dzielić się amunicją z tymi, którzy byli odcięci na wyższych piętrach. Schielke stał jak posąg. To był jego debiut na froncie i już po swoim pierwszym razie miał dość.
-Panie kapitanie! - ryczał kapral. - Budynek jest nasz!
Srał cię pies. Jedyne, czego chciał, to wyjść na świeże powietrze. Kiedy ruszył, żołnierze poszli za nim. Zrobił się ścisk w drzwiach, bo zderzali się z członkami oddziału luzującego.
Jego ludzie, w większości ranni, szli jednak za nim, jakby był owczarzem prowadzącym stado do bezpiecznej zagrody. Jakiś żołnierz pojął dopiero teraz, co się stało, i przypalił mu cygaro. Schielke zaciągnął się głęboko. Za ścianą najbliższej kamienicy, za tak zwanym „bezpiecznym murem” napotkali komitet powitalny. Samo szefostwo batalionu, pułkownik ze swoją świtą wyładowywali się właśnie ze swoich kubelwagenów. Widział dokładnie oficerów w nienagannych mundurach z mapnikami, planszetami, lornetkami Zeissa. Wszyscy patrzyli na niego. Czy Holmes naprawdę zawsze musi mieć rację? Liczyły się tylko wygląd i „wygranie” sytuacji. On w lotniczej kurtce, skórzanych rękawiczkach, amerykańskich spodniach, z thompsonem w jednej ręce i tetetką w drugiej, w przepoconym szaliku, z cygarem w ustach. Każdy oglądał amerykańskie kroniki filmowe, w których pokazywano generała Pattona. Podszedł do najwyższego stopniem.
-Panie pułkowniku... - Nie wiedział, co powiedzieć, więc powtórzył za kapralem. - Budynek jest nasz.
Stała się rzecz zupełnie nieprawdopodobna. Pułkownik jako pierwszy zasalutował niższemu stopniem. Schielke oddał honory, co było dość śmieszne, bo ciągle w prawej dłoni miał tetetkę. Nikomu do śmiechu jednak nie było. Widzieli go zupełnie inaczej. Jako faceta, który wszedł do piekła z niespełna dziesiątką ludzi i wyszedł, prowadząc połowę straconej, zdawałoby się, kompanii. A poza tym budynek był ich - rygiel tego odcinka frontu tkwił ciągle na swoim miejscu.
-Proszę mi wierzyć, panie kapitanie - powiedział pułkownik. - Już niedługo na pańskiej szyi zawiśnie nasze najwyższe odznaczenie.
-Niestety, panie pułkowniku, swojego zadania nie zdołałem wykonać.
-Ale uratował pan nasz front na tym odcinku. - Pułkownik zrobił zapraszający gest. - Proszę, tu jest nasza kawiarnia.
Poprowadził go na werandę niewielkiej kamienicy i zaprosił do stolika.
-Wie pan, wycofujemy tu żołnierzy z frontu, żeby mogli odpocząć przynajmniej przez dwie godziny po tej jatce w środku.
Kelner poda! natychmiast kawę i ciasto. Spytał, czy chcą po kuflu zimnego piwa. Obydwaj oficerowie zaprzeczyli. Schielke pierwszy raz w życiu widział coś takiego. Usiłował wyobrazić sobie, co czuje żołnierz, który najpierw musi walczyć w tej piekielnej szkole, wysadzać ściany, walić bagnetem w brzuch wroga, aby chwilę później znaleźć się w kawiarni. „Piwo, kawa, ciasto, cygaro, koniak?” - pyta kelner. „Zbieram ostatnie zamówienia, bo zaraz wracacie do rzeźni”.
Okazało się, że żołnierzom dostarczano w trybie ciągłym także wodę mineralną z pobliskiej opuszczonej fabryki. Piwo przynoszono z Biirgeliches Brauhaus znajdującego się tuż obok, ciasto pochodziło z okolicznych piekarni, w których rządzili teraz batalionowi kucharze. Papierosy i cygara ze sklepów z tytoniem albo z nadprodukcji fabryki, która dotąd musiała zaopatrywać cały Śląsk, a teraz zalewała Breslau około sześciuset tysiącami sztuk dziennie. Niedaleko produkowano też miny, choćby takie jak Miot Thora. Materiał wybuchowy pochodził z radzieckich niewybuchów. Okazało się, że inżynierowie znajdowali w środku sowieckich pocisków kartki z niemieckimi napisami: „Tylko tyle możemy dla was zrobić, towarzysze”.
Pułkownik miał niespożyty talent narracji, a Schielke czuł, że właśnie zaczyna odczuwać skutki szoku. Potwornie chciało mu się ziewać. Usiłując nie rozlać kawy z powodu nagłego drżenia rąk, dopił resztkę.
-Znakomita - powiedział. - Czy mógłbym prosić o zapakowanie części tych specjałów dla moich ludzi?
-Ależ oczywiście, panie kapitanie. I proszę się nie kłopotać. Odwieziemy pana we wskazane miejsce.
-Niestety, muszę odmówić. Moja misja jest ściśle tajna. Nikt z moich żołnierzy nie może wiedzieć, gdzie byłem i co robiłem.
-Rozumiem.
Nawet on nie mógł powstrzymać spojrzenia pełnego podziwu. Tak jak inni dał się nabrać na zwykły bajer. W każdym razie zapakowano mu sporą paczkę, w której był metalowy termos pochodzący z któregoś opuszczonego mieszkania oraz ogromny dwulitrowy kufel z pokrywką pochodzący z browaru.
-Tylko ostrożnie - ostrzegł kelner.
-Dziękuję.
-Panie kapitanie. - Pułkownik podniósł się również. - Gdybyśmy mieli więcej takich oficerów jak pan, to moglibyśmy tu trwać do końca świata.
Obaj zasalutowali przepisowo. Schielke ruszył już sam wzdłuż zrujnowanej ulicy. Musiał zobaczyć, co się dzieje z jego „polisą na życie”. Nie zamierzał iść po kapitulacji ani do gułagu, o którym zdążył usłyszeć zbyt wiele, ani w ogóle do jakiegokolwiek więzienia. Był pacyfistą, człowiekiem uczciwym i przewidującym. Dlatego też wykupił sobie „polisę”. Nie lubił tylko, gdy „polisa” nazywała go gwarantem emerytury. No ale trudno. Za każde ubezpieczenie trzeba płacić.
Hubenstrasse była tak zmasakrowana przez radzieckie pociski (te bez kartek: „Towarzysze, tylko tyle możemy dla was zrobić”), że z trudem mógł odnaleźć drogę. Utknął na skrzyżowaniu zablokowanym przez rozwalony transporter, który pod radzieckim ostrzałem wbił się w ciężarówkę. Zaczął się wspinać na sztuczną górę wykonaną z cegieł, metalu i pokancerowanych pojazdów. Ciekawe, co tu zrobią Polacy, kiedy już obejmą władzę w mieście.
Nie rozlał piwa. Zgrabnie zeskoczył z rumowiska wprost w ręce własnych żołnierzy zgromadzonych wokół służbowego horcha i furgonetki.
-Panie kapitanie, wszystko w porządku? - spytał Heini, salutując niedbale. Wszyscy wiedzieli, że oficer to „swój chłop” i nie da ich na zmarnowanie na jakimś zapomnianym przez Boga odcinku frontu.
-Mniej więcej - usłyszał w odpowiedzi.
Schielkego interesowała jednak tylko jego polisa na życie.
-Jest?
-Jest. - Heini wskazał kciukiem furgonetkę. - Zamknął się w środku i kazał puścić wentylator, bo mu za gorąco.
-Okej - rzucił Schielke po angielsku. W końcu trzeba znać język wrogów. - Jak sprawy?
-Spokój, panie kapitanie. Raz wystrzelili z czegoś grubszego, ale trafiło gdzieś na Hollandwiesen. Polikarpowy - mówił o lekkich radzieckich bombowcach - też dzisiaj nienachalne. Nuda.
-No to jest szansa dożyć wieczora. - Schielke otworzył tylne drzwi furgonetki i wspiął się do środka.
W ciasnym wnętrzu, na wielkim pudle radzieckiej radiostacji siedział Holmes. Osobista polisa na życie Schielkego, który podał mu teraz paczkę z termosem, kuflem i ciastem. Ten rozpakował błyskawicznie. Zawartość wyraźnie mu się podobała. Zaczął od ciasta.
-Wyśmienite! - wybełkotał z pełnymi ustami. - Wyborne!
Nie wiedział, za co zabrać się najpierw. Za ciągle chłodne piwo czy za pachnącą, aromatyczną kawę. - Widzę, że prochu powąchałeś.