Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Aha. - Zamyślił się na chwilę. - To znacznie skraca mój czas.
-A co zamierzasz?
Przygryzł wargi. Chodziło o jego życie i nie powinien ryzykować. Ale czy jest na całej kuli ziemskiej mężczyzna, który nie pochwaliłby się swojej kobiecie? Nie ma, wszyscy wyginęli.
-Muszę go mieć wcześniej. Czyli jutro.
-Aha. I wystawić pierś pod ordery?
-Pierś to mogę wystawić. Pod kule plutonu egzekucyjnego.
Spojrzała zbyt szybko na jego twarz. Była rasową kobietą.
Wiele zrozumiała z tego jednego, krótkiego spojrzenia. Zerknęła na boki. Zobaczyła ten umykający w przeszłość świat. Taki piękny. I... podjęła decyzję.
Czy ja też załapię się na ten pociąg? - spytała wprost. Najwyraźniej i jej nie odpowiadało kroczenie w łapciach w mroźnej krainie, gdzie był tylko horyzont.
-Na wagon pierwszej klasy, piękna.
-No to go rozpracujemy do jutra. - Podziwiał jej zdecydowanie i wewnętrzną dyscyplinę. Dążyła do celu z tą niesamowitą babską konsekwencją. Przecież decyzja została podjęta. - Na razie wiem tyle: ma czterdzieści pięć, pięćdziesiąt lat. Lubi spacerować, jest intelektualistą, był policjantem.
Wszystko to wiedział.
-A teraz najważniejsze. Rysopisu ci nie podam, bo nikt z ludzi, którzy go widzieli, nie zapamiętał.
-Co?
-Nie zapamiętał - powtórzyła. - Podobno robi aż takie wrażenie swoim stylem i elegancją, sposobem bycia, że świadkowie skupiają się jedynie na ogólnym wrażeniu i na szczegółach. Na przykład platynowej papierośnicy. Kolor włosów? Chyba ciemne. Wygląd twarzy? Przystojny. I tyle. A zresztą... Ile z tych opowieści dotyczy naprawdę Holmesa, a ile innych osób, nie sposób rozstrzygnąć.
Skinął głową. Dokładnie tego się spodziewał.
-Zdołasz czegoś jeszcze dowiedzieć się jutro?
Potwierdziła.
-Bardzo chcę wykupić bilet w twojej kasie dworcowej.
Jeszcze jedno spojrzenie na krzątających się kelnerów, na orkiestrę ukrytą wśród pielęgnowanych starannie roślin, uśmiechniętych gości przy stolikach. Wzdrygnęła się nagle. Ona również musiała oglądać rosyjskie kroniki filmowe.
-Chcę bilet pierwszej klasy. I udowodnię, że mnie stać, żeby zapłacić.
Uśmiechnęła się nagle i spojrzała niezwykle przyjaźnie.
-Jesteś bardzo inteligentnym facetem, Schielke. A ponieważ kobiety lubią przewidujących mężczyzn i takich, którzy potrafią zadbać o bezpieczeństwo rodziny, to... Zaczynasz mnie naprawdę interesować, ważniaku.
Wypiła lyk wina, które przyniósł kelner, i powiedziała:
-A poza tym nie jesteś tchórzem. To bardzo dobrze wróży na przyszłość.
Następnego dnia mróz zelżał. Zaczął padać gęsty śnieg, którego świeża pokrywa nakładała się na poprzednią, lekko już oszkloną. Łatwo złamać nogę, trzeba uważać, szczególnie na bruku.
Schielke niby to studiował akta przekazanej mu sprawy. Ale tylko jednym okiem. Przez cały czas myślał o tym, jak znaleźć Holmesa. Krupmann miał na to cały rok, a i tak nie znalazł, musiał zastawiać pułapkę. On miał jeden dzień. Problem, zdawałoby się, nierozwiązywalny. Ponieważ nie dysponował praktycznie żadnymi materiałami, musiał wykorzystać te okruchy, do których dotarł. „Przed” Holmes spacerował na Ostrowie Tumskim. To nic nie znaczyło. „Przed” mogło oznaczać tydzień przed akcją, w fazie planowania, dzień przed, albo w dniu samej akcji - „tuż przed”. Cholera wie. Nawet przez chwilę przeszedł mu przez głowę pomysł, żeby pójść na Ostrów, ale szybko go zgasił. I niby co ma tam zrobić? Podchodzić do każdego przechodnia z pytaniem: „Przepraszam, czy pan Holmes?”. Bez sensu. Wymarzłby na mrozie i nabawiłby się odcisków. Co jeszcze może zrobić? Nie miał pojęcia.
Jak dopaść Holmesa? Zielona herbata, którą sobie zaparzył, dawno wystygła. A on trwał nieruchomo, zamyślony przy swoim biurku, patrząc tępo na oszronione okno. Co mógłby zrobić? Przymknął oczy. Przecież to bardzo proste. Zmusić Holmesa, żeby to on znalazł jego. Banalne. Elementarne, doktorze Watson. Tylko jak tego dopiąć? A czym dysponował? Jedną, jedyną, najcenniejszą na świecie informacją. Jutro gestapo aresztuje polskiego agenta. Trzeba więc go powiadomić i jakoś podpisać wiadomość. Jak? Zamyślił się. Jak, jak, jak? Ciekawe, czy był wart pieniędzy, które rodzice zainwestowali w jego studia. Ciekawe, czy potrafi to wymyślić?
Podniósł słuchawkę telefonu i połączył się z centralą.
-Z kripo. Archiwum proszę.
Na szczęście to Rita podniosła słuchawkę. Przybrał najgrubszy z możliwych głos.
-Witaj, najpiękniejsza kobieto świata.
-No cześć, ważniaku. - W jej glosie z kolei wyczuł zaciekawienie i lekki niepokój. Dokładnie wiedziała, dlaczego dzwoni.
-Czy mógłbym ci na pamiątkę wczorajszego wieczoru ofiarować bukiet z sosnowych gałęzi, niedostępna?
Roześmiała się.
-Przyjmę go z największą przyjemnością. Sosnowe igły przypominają mi jeżozwierza.
-Jak i ty przypominasz, niewzruszona - odciął się.
-Dobrze, daj mi dwie godziny.
-Będę czekał na twoje względy przez wieczność. - Dokładnie rozumiał, że nie potrzebowała aż tyle na zrobienie nawet najbardziej starannego makijażu. Wiedziała, czego obydwoje chcą i musiała mieć jeszcze czas na uzupełnienie informacji. Obydwoje grali po prostu przed kimś, kto mógłby ich podsłuchiwać. - Nie licz na to, że ustanę.
-Liczę, że nie ustaniesz - znowu śmiech. - Pa, pa, pa, do zobaczenia.
-Będę czekał.
Nie miało sensu mówić gdzie, bo miejsce spotkania ustalili już wczoraj. I lepiej, żeby nie wiedział o tym nikt o za długich uszach.
Powrócił do studiowania akt.
Ostrów Tumski był wyspą zupełnie nieprawdopodobną. Nawet po zasypaniu dwóch rzek i przerobieniu ich na ulice, dalej stanowił część archipelagu Breslau, tej niesamowitej plątaniny kanałów, odnóg, rzek i strumieni opływających wyspy będące większą częścią starego miasta. Wenecja Północy, jak mówili przybysze z innych krain. Mosty, kładki, podwieszane przejścia, gigantyczne stalowe konstrukcje - wszystko nad wodą. Miasto było zrośnięte ze swoimi rzekami. Nie mogło bez nich żyć i prawdopodobnie one bez niego też, bo tylko w ich toni dostrzegało swą wielkość. One za to wdzięczyły się, dając się kiełznać murami kanałów. Dwa olbrzymy, dwie nieposkromione moce spoglądały na siebie z szacunkiem. Woda i miasto - wredne, dzikie, nieposkromione i nieobliczalne rodzeństwo syjamskie. Woda atakowała kilka razy, jak choćby w tysiąc dziewięćset szóstym. Miasto odpowiedziało brutalną siłą, dziesiątkami kilometrów kanałów przeciwpowodziowych, ziemnych wałów, kamieniem, betonem i stalą. Miasto chciało przetrwać, rzeka również, a to, że się kochali, nie znaczyło przecież, że nie mogli wzajemnie dawać sobie drobnych prztyczków w nos. Bez takich zabaw nawet najstarsze małżeństwo może się rozpaść.
Schielke stał na moście katedralnym, patrząc na nieliczne obszary ciemnej toni widoczne spod lodu. Ciekawe, kiedy Odra znowu pokaże swą siłę? Kłótnie małżeńskie nie były zbyt częste, więc może to być nawet pod koniec wieku. Za pięćdziesiąt, dziewięćdziesiąt, czy sto lat? Nie jemu rozstrzygać. I tak nie będzie już wtedy żył. Był pyłkiem wobec dwóch potęg, które w przeciwieństwie do niego będą brnąć razem przez niewyobrażalne otchłanie czasu. Był pyłkiem, który jednak w przeciwieństwie do dwóch suwerenów tego miejsca dokładnie planował swoją przyszłość.