Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Ucieczka z Festung Breslau
Ucieczka z Festung Breslau - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ucieczka z Festung Breslau

Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:

Wrocław, ostatnie miesiące wojny. Oficer Abwehry, Dieter Schielke, przydzielony zostaje do śledztwa, mającego wyjaśnić okoliczności śmierci osób, przygotowujących do wywozu dzieła sztuki. Pomaga mu w tym urocza archiwistka i tajemniczy The Holmes. Wszystko byłoby proste, gdyby nie fakt, że nikt nie jest tym, za kogo się podaje...
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 101
Перейти на страницу:

-Aaaaaa... Koledzy! Koledzy!

O mało go nie zadusili. Szarpnęli tak, jakby naprawdę chcieli rozerwać ciało na strzępy. Ciekawe, czy miał już wyłamane stawy.

Nagle Ritter przestał wyć.

-Oni mi tam coś robią... - powiedział prawie spokojnie, jakby w zdziwieniu. - Oni mi tam coś robią.

Żołnierze zamarli, nie rozluźniając chwytu.

-Ratunku... Oni mi tam... - Ritter wrzasnął nagle. Szarpnął się w paroksyzmie bólu. Na sekundę zastygł w przedziwnej pozie. Potem spojrzał na Schielkego. - Panie kapitanie - szepnął. - Ratunku...

Koledzy znowu zaczęli ciągnąć. Nieszczęsna ofiara szarpnęła się raz jeszcze. I jeszcze, ale trochę słabiej. Żołnierze wokół również patrzyli na swojego kapitana. Znowu ta ulotna chwila, kiedy trzeba podjąć natychmiastową decyzję. Chwila strachu, niepewności i rozedrgania. Co zrobiłby Holmes? „Całe życie to przedstawienie” - powiedziałby. „Przedstawienie w teatrze ludzkich kukiełek musi trwać dalej”. Niech to szlag.

-Ratujcie - szepnął Ritter.

Schielke wyjął zza pasa najbliżej stojącego żołnierza dwa granaty. Starannie odkręcił osłony, potem włożył trzonki do rąk ofiary zaklinowanej w otworze ściany. Ritter odruchowo zacisnął dłonie. Schielke wyszarpnął obie zawleczki.

-Zgiń, jak na Niemca przystało. Nie prosząc o litość. - Wyprostował się. - Puśćcie go! - zakomenderował. Żołnierze odskoczyli odruchowo.

Rosjanie bez trudu wciągnęli Rittera do siebie. Huk podwójnej eksplozji wstrząsnął ścianą. Ale nieszczególnie - w końcu była to ściana nośna. Wokół kilka par zwężonych oczu patrzyło na oficera z wyraźnym podziwem.

Z boku doskoczył sierżant.

-Iwan zajął już cały korytarz. Nie ma dokąd uciekać.

Cwałowanie Walkirii. Nuty Wagnera rozbrzmiewały wokół.

Panika w umyśle, kompletnie niepozbierane myśli, a jednocześnie wycie zbrojnych dziewic dosiadających wilków. Tych, które wojownikom zwiastują śmierć.

-Odpalić Młot Thora! - zawołał Schielke.

-Wszyscy zginiemy, panie kapitanie.

Nawet nie odwrócił głowy.

-Wykonać.

Gross nie miał wątpliwości. Rozległ się modulowany dźwięk gwizdka, który przebijał się przez barierę wszystkich innych dźwięków. Młot Thora. Symbol siły porażającej wrogów, nieulegania przeciwnościom; zaranie własnej inwencji twórczej. Kto jednak wiedział o pewnym szczególe? O pewnej z pozoru nieistotnej zasadzie?

Młot Thora zawsze wracał, jak bumerang. I ciekawe, w kogo wtedy trafiał?

Wszyscy momentalnie stracili słuch. Siłę dźwięku można było odczuć tylko przez kości, przez własne wnętrzności i jakieś takie potworne dygotanie. Zdawało się, że budynek szkoły runie nagle - wyraźnie się poruszył, obsypując wszystkich wewnątrz zwałami tynku i cegieł. Wokół bezgłośnie poruszały się dziwne sylwetki z otwartymi ustami. Dym z korytarza walił przez wszystkie możliwe otwory. Schielke potrząsał głową. Nie miał pojęcia, kiedy zaczął słyszeć jakiekolwiek dźwięki poza uporczywym „biiiiiiiiiiiiii”. Ktoś na korytarzu chyba wył. Zerknął w bok. Sierżant ciągle trzymał w ustach gwizdek. Jego policzki wydymały się miarowo. Jezu Chryste! On ciągle gwizdał! Schielke usłyszał to dopiero po kilku sekundach.

-Nie!

Chłopcy na drugiej barykadzie przy niemieckiej klatce schodowej usłyszeli gwizd chwilę później.

-Nie!

Było za późno. Wehrmacht odpalił drugą minę. Tę po stronie rosyjskiej klatki schodowej. Nie zrobiła takiego wrażenia jak poprzednia. Ogłupiali żołnierze kryli się za prowizorycznymi przeszkodami, nie mając pojęcia, co robić. Schielke wyjrzał na korytarz. Nie było drogi odwrotu. Korytarz po stronie niemieckiej płonął, kilku ogarniętych ogniem napastników biegało w chaosie, zderzając się ze sobą. Znowu ta ulotna chwila. Jeden jedyny moment, kiedy natychmiast trzeba podjąć decyzję, nawet złą, albo dać się zabić. Holmes zawsze powtarzał: „Nawet podjęcie złej decyzji jest o całe niebo lepsze niż niepodjęcie żadnej”. No to... No to śmierć!

-Za mną! - ryknął, wyskakując na korytarz. - Za mną!!!

Zaczął biec w stronę radzieckich pozycji wprost pod ich lufy karabinów, strzelając z automatu. Potknął się po kilku krokach oślepiony pyłem. Sierżant chwycił go za ramię. Pociągnął i obaj walnęli w ścianę, obejmując się odruchowo, żeby nie upaść. Z rozpędu wykonali przepiękny baletowy piruet, zatrzymując się na środku korytarza. Sierżant plecami do Rosjanina. Ten piekielny automat Thompsona ciągle strzelał, bo szew rękawiczki utkwił pomiędzy spustem a kabłąkiem i Schielke nie mógł cofnąć palca. Sto naboi w bębnowym magazynku potrzebowało więcej czasu, żeby go opróżnić. Pociski kalibru 0,45 cala, czyli mniej więcej grubości kciuka, masakrowały resztki ścian, wyjąc rykoszetami. Sierżantem coś szarpnęło. Dostał w plecy. Obaj patrzyli sobie w oczy. Tommygun ciągle strzelał. Schielke nie mógł odgiąć palca na spuście, sierżant dostał po raz drugi. Chwilę później po raz trzeci. Byli ciągle przytuleni.

Naboje skończyły się w chwili, kiedy jego żołnierze właśnie przebiegali obok. Ostrożnie opuścił ciało tamtego na brudne kafelki korytarza. Nieprzytomny ruszył dalej. Przerzucił pusty automat do lewej dłoni, spod pachy wyjął tetetkę, ale to był tylko odruch. Szedł jak lunatyk. Nie słyszał nawet odgłosów walki. Jeszcze kilka kroków. Jeszcze...

Zobaczył swoich żołnierzy na zdobytej rosyjskiej barykadzie przy klatce schodowej. Salutowali mu, kiedy kroczył ku nim w kłębach dymu. A sam zapomniał, jak się mówi. Po prostu zapomniał. Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Toczył po nich wzrokiem niczym pijany, a oni brali to za wzrok karcący. Dopinali kieszenie i porządkowali umundurowanie. Jaśnie pan raczył spojrzeć. A on już nie umiał mówić. Szarpał się z pistoletem, ale w żaden sposób nie dało się zarepetować tetetki jedną ręką. Też zrozumieli to opacznie. Wskazywał na dół?

Młody kapral był najszybszy.

-Granaty! - wrzasnął. - Ładować wszystko, co macie, piętro niżej i na dół!

-Jezu Chryste! - rozległo się z dołu. - Nie rzucajcie!

-Nasi?

-No pewnie! Niczego nie rzucajcie!

-A wy to konkretnie kto?

-Byliśmy odcięci w sali na drugim piętrze. Nie wygłupiaj się, Rudi. To ja.

-To on - potwierdził kapral. - To naprawdę on. - Spojrzał na kapitana. - Schodzimy?

Schielke skinął głową. W dalszym ciągu nie potrafił wykrztusić słowa, a co gorsza przeszkadzało mu coś w ustach. Coś, co tam tkwiło.

Żołnierze zbiegali na dół, on szedł za nimi, ciągle niemy. Krok za krokiem, jak w malignie. Kapral poczuł się dobrze w swojej roli. Wrzeszczał przechylony przez barierkę, w ogóle nie bacząc, że ktoś może do niego strzelić.

-Hej tam! Pierwsze piętro! Jest tam ktoś z naszych?

-Tak. Tak! Jesteśmy uwięzieni w dwóch salach! Nie mamy amunicji!

-A Iwany?

-Na podeście nie ma nikogo.

Schielke szedł dalej jak automat. Pierwsze piętro. Podest rzeczywiście był pusty. Żołnierze skokami wydostawali się z dwóch sal, w których byli uwięzieni. Nie padł ani jeden strzał. Schielke ruszył schodami na dół.

-Nie! Panie kapitanie!

Nie dość, że nie umiał mówić, to jeszcze nie dosłyszał. Albo nie mógł zrozumieć, co się do niego mówi. Coś, co tkwiło w ustach, przeszkadzało okropnie. Ale nie mógł tego wypluć. Żołnierze ruszyli za nim ławą. Na parterze nareszcie spotkali Rosjan. Same służby tyłowe. Sanitariusze, ranni, telefonista, dwóch piechociarzy, obsługa cekaemu wycelowanego w podwórko i jakiś lejtnant. Armia Czerwona i Wehrmacht patrzyli na siebie w bezbrzeżnym zdumieniu. Jedni i drudzy, co było dość dziwne, bo niby czego mieli się spodziewać. Ale nie tak nagle. Nikt nie spodziewał się zwartych szeregów Niemców maszerujących w szyku szerokimi schodami. Cisza przedłużała się nieznośnie. Schielke odkrył nagle, co tak bardzo przeszkadzało mu w ustach. To cygaro. Dawno już wygasłe, przylepione do wargi, lekko rozmokłe. Nagle odzyskał mowę i podszedł do lejtnanta.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 101
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)