Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Daj mi, kurwa, spokój.
-Ojojoj. Zabiłeś kogoś i masz krew na rękach?
-Stul pysk!
-Aha. - Tamten nie miał wątpliwości. On nigdy nie miał wątpliwości. Cholerna maszyna intelektu. - Znaczy: zabiłeś.
-Idź do diabła!
-Durny pacyfista. Taki sam jak ja. - Ciasto zdecydowanie smakowało Holmesowi. Ciągle mówił z pełnymi ustami. - No, typowy Niemiec. Zaryzykował życie, żeby się czegoś dowiedzieć, bo ordnung najważniejszy.
-Zamknij się, powiedziałem.
-Kretyn!
-Idiota!
-No dobra, po raz kolejny się sobie przedstawiliśmy.
Holmes językiem wydłubywał z ciasta truskawki. Popijał je kawą. Schielke widział zaś Rittera, któremu wetknął w dłonie dwa granaty, oraz sierżanta, który zasłonił go przypadkowo i dostał trzy strzały. Widział śmierć, która kroczyła korytarzem szkoły podstawowej.
-Piwo też niezłe - powiedziała jego „polisa”. - To z tego browaru, co widać jego wieżę?
-Tak.
-No to już przestań się boczyć i powiedz, czego się dowiedziałeś, moja ty emeryturo. No i powiedz, naprawdę kogoś załatwiłeś?
-Tak.
-Ruskiego?
-Niemca.
-No ładnie. A znalazłeś Rittera?
-Tak. I właśnie jego zabiłem.
-Cholera, oszalałeś? Poszedłeś tam i spośród setek żołnierzy do wyboru ty musiałeś rozwalić akurat naszego jedynego świadka?
Schielke żachnął się i pociągnął łyk koniaku z piersiówki. Nienawidził tego sukinsyna. Nienawidził faceta, który miał zawsze rację. Miał go... Niestety, byli braćmi syjamskimi. Jeśli zginie Schielke, zginie również Holmes, prawie w tej samej chwili. Jeśli Holmes zginie, Schielke zostanie człowiekiem bez przyszłości. No chyba że przyszłość określi mu uzdrowisko Gułag. Byli nierozerwalni. Teraz już byli sobie przypisani. Prawdziwi syjamscy bracia. Śmierć jednego oznacza śmierć drugiego. I naprawdę tertium non datur.
-No dobra. - Holmes zajął się piwem. - Czego się dowiedziałeś?
-Neumann to nie człowiek - odparł Schielke.
-Aha - przyjął spokojnie tę informację. - To wiele wyjaśnia.
„The Holmes”, jak brzmiał jego pseudonim, czyli major Maciej Dłużewski, agent polskiego wywiadu, powoli podniósł się ze skrzyni kryjącej sowiecką radiostację.
-To wiele wyjaśnia - powtórzył.
grudzień 1944 r.
Schielke nienawidził świąt od samego zarania. No, może nie aż tak, jako dziecko lubił prezenty pod choinką. Później jednak, kiedy dorastał, zaczynał zauważać to całe sztuczne nadęcie, udawanie, grę pozorów i robienie wszystkiego na pokaz. „Ach, jak bardzo się kochamy, jak uwielbiamy rodzinny nastrój, atmosferę życzliwości i radości”. Myślał tak nawet przed wojną. Teraz jednak ta cała „przyjaźń i życzliwość” jeszcze bardziej obnażały swoją obłudę. Święta... No fantastycznie! Świętujmy na całego, a to, że zniszczyliśmy ten czas kilkuset milionom rodzin na całym świecie, niech nas w ogóle nie obchodzi. Boże Narodzenie to czas miłości przecież. W Auschwitz pewnie też. W pobliskim Gross Rosen, które musiał tydzień temu wizytować, na pewno już chłodzą szampana i szykują kawior. Chciało mu się rzygać. Był okropnym pacyfistą. Na szczęście pacyfistą cholernie inteligentnym i dlatego, skoro już musiał włożyć mundur, włożył, ale nie zwykłego piechociarza. I dzięki temu nie dygotał teraz na lodowatym wietrze w jakimś zamarzniętym okopie. Jako porucznik kontrwywiadu siedział sobie w cieplutkim gabinecie wielkiego, wspaniałego, nietkniętego przez wojnę miasta Breslau.
Porucznik Schielke odsunął leżące przed nim papiery. Grudniowa, przedświąteczna noc wkurzała go niewyobrażalnie. Te wszystkie raporty, kwity, operaty, ten stos makulatury świadczący o ludzkiej bezdennej głupocie. Jakiś szczeniak z Wehrmachtu ukradł choinkę z parku. Co za bezsens. Ukradł sobie trochę szczęścia? To teraz postawiono go przed dylematem: czy Iwan zabije go w Wigilię, w pierwszy dzień świąt, czy w drugi? Średnia przeżywalność w karnej kompanii to dokładnie trzy dni.
Dotknął grubej tekturowej teczki. Jeszcze większa bzdura. Ludzie wałczyli na wszystkich dworcach kolejowych o miejsce w pociągach na zachód. Niestety, był zakaz opuszczania miasta. Wyroki dla niepokornych zapadały i zapadały. Teraz przestaną, ponieważ władze same będą musiały zarządzić ewakuację. Ale skoro nie było wystarczającej liczby pociągów, mieszkańcy Breslau będą mogli dostać się do wymarzonego Drezna... na piechotę. W samym środku zimy. Kobiety, matki, dzieci, staruszkowie. Na piechotę drogą przez Gandau, Kanth, a potem dreptać po autostradzie przy minus dwudziestu. Przynajmniej nie ugrzęzną w zaspach, bo z innego raportu wynikało, że autostrada jest odśnieżona. Ciekawiła go jednak inna kwestia. Znał pracę sądów polowych oraz plutonów egzekucyjnych i strasznie ciekawiło go, co się stanie ze skazanymi na śmierć za próbę ucieczki przed ogłoszeniem przymusowej ewakuacji. Anulować wyroków sądu się nie da. Więc dalej będą rozstrzeliwać za to, co teraz sami każą robić? I ciekawe, czy poprzedni skazani spotkają się w celach z nowymi, tymi, którzy nie będą chcieli opuścić Breslau. Jego pogubiony umysł zwodził go i wiódł na manowce.
Nagły impuls kazał mu zgasić lampkę i otworzyć okno na całą szerokość. Poddawał się fali chłodu. Co czuje żołnierz na froncie w takim zimnie? Co się czuje w sowieckim gułagu? Ziąb wcale nie paraliżował, w pierwszej chwili był nawet przyjemny. Zdał sobie sprawę, że odczuwa ulgę, bo mimowolnie wywietrzył zadymiony pokój. Jak każdy oficer kontrwywiadu miał dostęp do kronik filmowych, także tych wrogich. Widział amerykańskie i radzieckie. W pamięci utkwiła mu szczególnie jedna. Ukazywała niekończący się rząd niemieckich żołnierzy zmierzających gdzieś w zimną, białą pustkę. Jeden, któremu zabrano buty, zrobił sobie nawet chodaki z dwóch plecionych koszy na warzywa, które wypełnił słomą. Schielke nie chciał tak iść w kompletnej pustce. W pokoju zrobiło się potwornie zimno, a on nie miał ochoty na zapalenie płuc. Zamknął okno i zapalił lampę. Przez chwilę patrzył, jak mikroskopijne białe płatki topnieją na parapecie. Wrócił do biurka i rozłożył mapę. Mój Boże... Anglosasi parli na Zachodzie, Ruscy właściwie stali już u bram. Kwestia czasu. Rzesza to już tylko skrawek terenu topniejący jak śnieg na parapecie.
Znał w ogólnym zarysie plan dotyczący obrony wschodnich terytoriów. Miała zadziałać w oparciu o miasta twierdze. Plan nawet niegłupi, bo dawał szansę związania i unieruchomienia znacznych sił, ale... No właśnie: „ale”. Breslau, jako jedno z największych miast leżących prawie na kierunku ataku, będzie twierdzą kluczową, a więc śmiertelną pułapką dla swoich obrońców. A Schielke nie chciał iść donikąd w śnieżnej pustce. Nie chciał być głodny, bity, przesłuchiwany, powoli doprowadzany do strasznej śmierci z wycieńczenia. Trochę za dużo słyszał o tym, co tam się wyrabiało.
Nie był na tyle władny, żeby zmienić sobie przydział na front zachodni. Zresztą tam też działy się straszne rzeczy. A on po prostu nie chciał iść do więzienia ani obozu. Jakiegokolwiek. Niedawno w chwili depresji rozmyślał, czy nie rozwalić sobie nogi granatem. Ale po pierwsze lubił obie swoje nogi, a po drugie nic by to nie dało, poza faktem, że będzie jeszcze bardziej bezradny wobec oprawców. Na czyjąkolwiek litość w tej wojnie nie było sensu liczyć.
Ktoś otworzył drzwi, nie pukając. Schielke poderwał się na równe nogi. To był jego szef, Heigel - też nocny Marek niemogący sobie znaleźć miejsca w przedświątecznym krajobrazie.
-Pracuje pan jeszcze? O tej porze?