Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 138
Перейти на страницу:

— Aż za bardzo — zacisnęła usta, powstrzymując głupawy chichot. — Och, bogowie, za bardzo ci ufam! Spójrz na mnie, nie minęło nawet pięć minut, a już się przed tobą wywnętrzam. Sam twój widok wystarcza, bym się załamała. — Pokręciła głową, nie otwierając oczu. — Zrozum. Nie mogę się na tobie opierać, bo zostanę kaleką.

— Jerusho, wszyscy jesteśmy kalekami. Rodzimy się kalecy. Powoli otworzyła oczy.

— Naprawdę?

Stał z rękoma założonymi na plecach i patrzył na morze. Wiatr się wzmógł, porywając jego krucze włosy, Jerusha skuliła się pod ciężkim płaszczem.

— Znasz odpowiedź, bo inaczej by cię tu nie było. Chodźmy do domu. — Spojrzał na nią, kiwnęła głową.

Poszli na wzgórze, prowadząc urywaną rozmowę o plonach i pogodzie, cały opór powoli spływał z niej ku morzu. Minęli skrzypiący wiatrak, tkwiący nad budynkami jak samotny strażnik. Używał go do pompowania wody ze studni; uderzyło ją nagle, nie po raz pierwszy, że stanowi absurdalny przeżytek na plantacji posiadającej importowaną siłownię.

— Miroe, zawsze się zastanawiałam, dlaczego nim napędzasz pompę.

Spojrzał na nią, na wiatrak i powiedział pogodnie:

— Sama przecież zabrałaś mi pojazd powietrzny. Nie wiadomo, czy nie stracę i generatorów.

Nie takiej odpowiedzi się spodziewała, lecz jedynie pokręciła głową. Doszli do głównego budynku, przez naruszone sztormami wejście wkroczyli do sali, którą dobrze zapamiętała przy pierwszej wizycie. Mało co się od tego czasu zmieniła, spędziła w niej kilka skradzionych pracy wieczorów, w czasie których siedziała skulona przy kominku, otulając się w ciepło i złoty blask, grając w trójwymiarową czamę lub zaspokajając łagodną ciekawość Miroe wspomnieniami z innych planet.

Ściągnęła hełm i potrząsnęła ciemnymi kędziorami. Pozwoliła oczom błądzić po uspokajającej swojskości zatłoczonego pokoju, w którym pamiątki pozaziemskich przodków Miroe, dziedziczone zaocznie, utrzymywały niepewny sojusz z prostymi, niezgrabnymi meblami miejscowego pochodzenia. Jerusha podeszła do szerokiego, kamiennego kominka i odwróciła się do gospodarza, czując, jak tają jej plecy.

— A wiesz, choć minęło tyle czasu, to zupełnie tego nie czuję. Czy to nie zabawne, że bywają takie miejsca?

Spojrzał na nią przez połowę pokoju, odpowiedział jedynie uśmiechem.

— Czemu nie zaniesiesz swoich rzeczy na górę? Poproszę, by przynieśli nam coś do jedzenia.

Podniosła torbę wypełnioną do połowy zapasowymi ubraniami i weszła na piętro zniszczonymi schodami. To wielki dom… wypełniony echami dzieci i śmiechów… wypełniony wspomnieniami. Poręcz wygładziła się od dotknięć niezliczonych dłoni, lecz korytarze i pokoje były teraz puste. Został tylko Miroe, ostatni z rodu, samotny. Samotny pomimo pracujących dla niego Zimaków. Wyczuwała więzi zaufania i szacunku, które ich łączyły, silniejsze niż istniejące zazwyczaj pomiędzy właścicielem i robotnikami, tubylcami i pozaziemcem. A jednak zawsze otaczało go niewidzialne pole rezerwy, oddzielało, zamykało w sobie. Czuła niekiedy, jak skrzy się przy zetknięciu z jej polem.

Weszła do pokoju, który zawsze zajmowała, rzuciła torbę i hełm na rozgrzebane łóżko, patrzyła, jak toną w pościeli. Drewniane łóżko twarde było jak podłoga — zresztą o ile wiedziała, zrobiono je z desek — lecz mimo to nigdy nie leżała w nim przez pół nocy, modląc się o sen, podczas gdy oczy wypalały otwór w powiekach, wpatrując się w mrok…

Rozpięła i zdjęła pelerynę, podeszła z nią do wielkiej szafy. Zatrzymała się na zdumiewający widok skafandra kosmicznego leżącego na jej podłodze. Machinalnie powiesiła pelerynę na wieszaku, sięgnęła po kombinezon i przytrzymała w wyciągniętych rękach, przyglądając mu się uważnie. Potem powoli zdjęła pelerynę i zawiesiła zamiast niej skafander.

Wróciła do łóżka, spojrzała znowu na rozgrzebaną pościel, podniosła szczotkę leżącą na stojącym obok taborecie, przesunęła w palcach długi, jasny włos. Odłożyła go i znieruchomiała w milczeniu, ujrzawszy nagle w myślach małe, samotne, kędzierzawe dziecko w zniszczonych majteczkach i sandałach, które w przyklęku patrzyło na pływające w wysychającym stawie srebrzyste wogi. Blask słońca spływał na nie jak gorący miód, dławił każdy dźwięk, a wykładana kamieniami, popękana morena suchego łożyska rzeki ciągnęła się w nieskończoność…

Jerusha wzięła z łóżka hełm i torbę i szybko zeszła po schodach.

— Jerusha? — Miroe wyprostował się znad niskiego stołu stojącego przy kominku, skrzywił się nic nie rozumiejąc. — Myślałem, że…

— Nie powiedziałeś mi, że masz innych gości. — Jej głos zabrzmiał nie chcianym przez nią znaczeniem. — Nie zostanę.

Twarz mu się zmieniła, jakby został przyłapany na strasznym przeoczeniu. Jej oblicze zdawało się zamrożone przez śmierć.

— Czy nigdy nie jesteś po służbie? — zapytał spokojnie.

— Twoje zasady moralne mnie nie ranią, nie obchodzą, nawet na służbie.

— Co? — Przybrał całkowicie nową minę. — To znaczy… czy o tym myślałaś? — Jego ulga objawiła się szczerym śmiechem. — Myślałem, że szukałaś przemytników!

Otworzyła szeroko usta.

— Jerusho. — Podszedł do niej przez zatłoczony pokój. — Na bogów, nic z tych rzeczy. Źle myślisz, to tylko przyjaciółka. Nie ma żadnego romansu. Jest taka młoda, że mogłaby być moją córką. Wypłynęła dziś łodzią.

Jerusha opuściła oczy.

— Nie chciałabym przeszkadzać.

Odchrząknął.

— Nie jestem plastykową lalką, bogowie świadkami… — Podniósł i odłożył sflaczałą poduszkę.

— Nie uważałam cię za nią — wiedziała, że źle to mówi.

— Powiedziałaś kiedyś, że nie jestem głupi. Ale przez cały ten czas, pomimo tylu twych wizyt, nigdy się nie domyśliłem…

— Uniósł dłoń i dotknął jej w sposób, w jaki nigdy tego nie czynił. — …że pragniesz czegoś więcej.

— Nie pragnę. — Nie pragnę się do tego przyznać, nawet przed sobą. Spróbowała się ruszyć, oderwać od jego dłoni, próbowała, próbowała — drżąc jak dziki ptak.

Cofnął rękę.

— Czy jest ktoś inny? W mieście, na twojej planecie, gdziekolwiek…

— Nie — powiedziała z płonącą twarzą. — Nigdy nie było.

— Nigdy? — Wziął głęboki oddech. — Nigdy?… Nikt cię nie dotykał tak… — Wzdłuż karku, ucha, szczęki — albo tak… — Wędrował skrajem tuniki ku jej piersiom — …nie robił tego… — Powoli wziął ją w ramiona, przycisnął do siebie, aż poczuł, jak jej ciało splata się z jego, aż złożył jak nektar swe usta na jej wargach.

— Tak… teraz… — mruknęła, gdy przerwał pocałunek. Zachłannie sięgnęła po jego usta.

— Bardzo przepraszam, proszę pana!

Jerusha zastygła w pół oddechu; ujrzała w drzwiach starego kucharza zwróconego do nich plecami.

— Co się stało? — zapytał Miroe wojowniczym tonem.

— Obiad, proszę pana. Obiad już przygotowany… ale może jeszcze zaczekać. — Jerusha usłyszała porozumiewawczy uśmiech kucharza wycofującego się do kuchni.

Miroe westchnął ciężko, spróbował się uśmiechnąć i skrzywić, lecz wyglądał jedynie na urażonego. Wziął ją za rękę, lecz ta prześlizgnęła mu się między palcami. Spojrzał na nią zdumiony.

— Bardzo mnie wypytywałeś, Miroe — uśmiech drżał jej od napiętych uczuć — ale powinieneś był uczynić to kiedy indziej. — Pokręciła głową, przyciskając na chwilę dłonie do ust. — Teraz jestem zbyt bliska końca… albo zbyt daleka.

1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)