Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Dobrze, że pogoda jeszcze wytrzymała — powiedział Marek. Północny wiatr był zwiastunem nadchodzącego deszczu i śniegu. Trybun cieszył się, że stoi tuż obok małego ogniska w środku rzymskiego kwadratu — dopóki jakaś zabłąkana iskra nie spadła mu na łydkę. Zaklął i potarł sparzone miejsce.
Rozbrzmiały rogi heroldów — wszystkie spojrzenia skierowały się w stronę manipułu wchodzącego na rynek. Maszerujący żołnierze trzymali w rękach miecze i rozglądali się groźnie. Wyżsi od swoich rzymskich strażników, Drax, Baili, Soteric i Turgot od razu rzucali się w oczy w środku kolumny.
Marek spojrzał na Ansfrita, kapitana namdalajskiej fortecy, któremu zapewnił bezpieczeństwo na czas przedstawienia. Ansfrit wyglądał tak, jakby gotów był w tym momencie do próby odbicia jeńców, ale sam wygląd i postawa uzbrojonych po zęby Rzymian skutecznie odstraszały garsavran.
Manipuł dołączył do kwadratu. Legioniści podprowadzili więźniów do trybuna, dwóch przy każdym wyspiarzu. Na czele kroczył Czerwony Zeprin. Ogromny Halogajczyk wyglądał imponująco w lśniącym od pozłoty pancerzu Straży Imperatora — właściwie, świeżo pozłoconym specjalnie na tą okazję. Zasalutował przed Skaurusem w rzymskim stylu, wyrzucając przed siebie prawą rękę.
— Spójrzcie na zdrajców! — krzyknął grzmiącym basem, który niósł się przez cały rynek.
Bosi, trzęsący się w przenikliwym, zimnym wietrze, odziani tylko w cienkie tuniki, ludzie Księstwa w napięciu, z zaciśniętymi pięściami czekali na sąd. Milczenie przeciągało się. Nagle tłum garsavran otaczających rzymski kwadrat rozstąpił się jakby w strachu przed chorobą, by przepuścić jedną tylko osobę. Jak spartańscy hoplici ze świata, który znał kiedyś Skaurus, videssańscy kaci ubrani byli na czerwono, by plamy zdradzające ich profesję były mniej widoczne.
W tłumie byli także Yezda. Trybun widział, jak z podziwem gapili się na wysoką, kanciastą i za-kapturzoną postać kata. Oto przedstawienie w sam raz dla nich — pomyślał trybun z niesmakiem. Nic nie mógł na to poradzić — musiał dokończyć to co dopiero się zaczęło.
— Posłuchajcie mnie, mieszkańcy Garsavry — powiedział. Styppes z radością pomógł mu przy tym przemówieniu. — Jako zdrajcy i buntownicy przeciwko władzy Jego Wysokości Imperatora Thorisina Gavrasa, Autokratora Videssos, ci złoczyńcy nie zasługują na nic więcej jak śmierć. Tylko moja litość jest dla nich ratunkiem. — Gdy jednak radość pojawiła się na twarzach słuchaczy, Marek nieubłaganie kontynuował: — Jednakże, na znak gwałtu, którego dokonali na Imperium, i jako widoczne ostrzeżenie dla wszystkich, którzy mogą być na tyle szaleni, by rozmyślać o buncie, niech ich źrenice zgasną na zawsze, i niech już teraz poznają wieczne ciemności Skotosa! — Według videssańskiego prawa był to akt łaski, gdyż uniknięto kary śmierci.
Ale z tłumu podniósł się głośny jęk i głośniejszy od wszystkich ryk wściekłego Ansrifta. Mieszczanie ruszyli do przodu, lecz rzymskie pila pochyliły się, tworząc najeżoną ostrzami zaporę, na którą garsavranie nie odważyli się natrzeć.
Wewnątrz kwadratu czterej więźniowie podskoczyli jak oparzeni.
— Oślepiony? — zawodził Drax. — Wolałbym raczej umrzeć!
Wyspiarze zaczęli się szarpać i dzięki sile, którą dawał im strach, zdołali wyrwać się na moment z rąk strażników. Ale pomimo rozpaczliwej walki, legioniści natychmiast przygnietli ich do ziemi i tam przytrzymali, odciągając im ręce, którymi na próżno usiłowali zasłonić oczy.
Bezgłośnie nucąc hymn do Phosa, kat włożył do ognia koniec szpiczastego metalowego prętu. Co chwilę podnosił go do góry sprawdzając kolor. Grube rękawice z purpurowej skóry chroniły go przed poparzeniem. W końcu chrząknął z zadowoleniem i zwrócił się do Skaurusa:
— Który pierwszy? — Jak chcesz.
— No, to chodź ty. — Baili znalazł się akurat najbliżej kata, który kontynuował uprzejmym tonem. — Spróbuj jak najmniej się ruszać, będzie ci wtedy łatwiej.
— Łatwiej — powtórzył drwiąco Baili przez zaciśnięte zęby. Pot spływał mu po twarzy. Potem żelazo zniżyło się, raz i drugi. Nie zaciskając już zębów, Namdalajczyk krzyczał przeraźliwie. Zapach palonego mięsa wypełnił powietrze.
Z przerwami na podgrzanie prętu, kat przesunął się do Turgota, Draxa, w końcu do Soteryka. Krzyki brata Helvis były wyłącznie przekleństwami pod adresem Marka. Ten stał nieporuszony nad leżącym Namdalajczykiem, mówiąc tylko:
— Sam to na siebie ściągnąłeś.
Zapach był teraz bardzo silny, jakby ktoś zapomniał o wiszącej nad ogniem wieprzowinie. Legioniści pomogli usiąść jęczącym i pochlipującym więźniom, zakrywając im oczy paskami czarnego materiału, by ukryć odrażający efekt pracy kata.
— Pokażcie ich ludziom — rozkazał Skaurus. — Niech zobaczą, co czeka tych, którzy przeciwstawiają się prawowitemu władcy.
Żołnierze formujący czworobok rozsunęli się nieco, by tłum mógł przyjrzeć się Namdalajczy-kom.
— Teraz zabierzcie ich stąd — polecił trybun.
Nikt nie podniósł nawet ręki, próbując powstrzymać legionistów od ponownego osadzenia wyspiarzy w rezydencji gubernatora. Nieszczęśnicy obijali się o siebie i potykali co kilka stóp, choć byli prowadzeni przez rzymskich strażników.
— Ansfrit — zawołał Marek. Namdalajski kapitan zbliżył się do niego z twarzą wykrzywioną wściekłością i przerażeniem. Skaurus nie dał mu czasu na opanowanie się.
— Albo oddasz mi zamek jeszcze dzisiaj, albo kiedy go sobie sami weźmiemy, a wiesz, że możemy to zrobić, wszystkich twoich ludzi spotka to samo co tych zdrajców. Poddaj się teraz, a ja gwarantuję wszystkim bezpieczeństwo.
— Miałem cię za lepszego od tych videssańskich rzeźników, ale zdaje się, że pies szybko uczy się od pana.
— Może i tak — wzruszył ramionami trybun. — Poddasz się, czy mam poprosić tego przyjaciela — głową wskazał na stojącego obok kata — żeby nie wygaszał całkiem ognia?
Nie całkiem zakryte przez wypucowaną skórzaną maskę, usta oprawcy ułożyły się w uśmiechu skierowanym do Ansfrita.
Namdalajczyk wzdrygnął się, opanował i spojrzał na Marka z bezsilną złością.
— Tak, do cholery, tak — wykrztusił i obrócił się na pięcie, niemal biegiem ruszając do fortecy. Gajusz Filipus kiwnął porozumiewawczo głową. Marek uśmiechnął się. Dwa problemy za jednym zamachem — pomyślał.
Tajemnicze znaki druidów na jego mieczu rozbłysły złotym światłem, wyczuwając działanie magii, ale ostrze ukryte było w pochwie i trybun niczego nie spostrzegł.
Daleko na północy, Avshar odłożył na bok portret Skotosa w czarnej zbroi, który pomagał mu skupiać moc. Będąc magiem potężniejszym niż wszyscy enaree, potrafił przenosić swoją wizję ponad stepem i morzem, do konkretnego miejsca. Moc zawarta w mieczu Skaurusa była jego przewodnikiem — z jednej strony, chroniła znienawidzonego cudzoziemca od zaklęć, ale z drugiej, pozwalała go odnaleźć i śledzić. Choć nie mógł zobaczyć samego trybuna, wszystko dokoła niego było całkiem wyraźne.
Książę czarodziejów odchylił się do tyłu i oparł o poduszki wypchane końską sierścią. Nawet dla niego przenoszenie się na takie odległości nie było łatwym zadaniem.
— Doskonały żart, mój nieprzyjacielu — wyszeptał, choć nie było tam nikogo, kto mógłby go wysłuchać. — O tak, doskonały żart. Ale może uda mi się zrobić jeszcze lepszy.
Wiadomości często przenoszą się szybciej niż ludzie. Kiedy Skaurus wrócił do obozu legionistów, Helvis powitała go krzykiem: