Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Lavros i Mertikes Zigabenos wytrzeszczyli oczy, jeden uradowany, drugi krańcowo zdumiony. Kapłan pokłonił się głęboko Skaurusowi i pędem ruszył do drzwi, wołając wiernych z zewnątrz.
— Pozwolisz mi? — wyszeptał Zigabenos, wciąż nie dowierzając swemu szczęściu.
— Czemu nie? Nie ma lepszego sposobu na odsunięcie cię od polityki na dobre.
— Thorisin nie będzie ci za to wdzięczny.
— Niech spojrzy najpierw na siebie. Jeśli pozwolił Ortaiasowi włożyć błękitne szaty po tym, jak ten narobił tyle złego, nie powinien upominać się o ciebie. Służyłeś mu wiernie, dopóki los nie wyrzucił ci szóstek.
Marek czuł absurdalne zadowolenie z tego, że pamiętał, jaki numer przegrywa w videssańskich kościach, i że potrafił swobodnie tego użyć.
— Sam sobie wyrzuciłem „demony”, za bardzo ufając Namdalajczykom.
— Tak jak i Thorisin — zauważył trybun, a Zigabenos uśmiechnął się szczerze, po raz pierwszy od chwili, gdy powrócił z Yezd.
Nie mieli już czasu by rozmawiać dłużej, bo świątynia wypełniała się rozgadanymi garsavra-nami. Skaurus zajął miejsce w pierwszym rzędzie ławek, pozostawiając Zigabenosa samego przy ołtarzu. Jego znoszony płaszcz nie pasował do błyszczących, srebrnych powierzchni.
Lavros zniknął na kilka minut. Powrócił niosąc ze sobą nożyczki i brzytwę o lśniącym ostrzu. Tuż za nim postępował drugi kapłan, śniady, krępy mężczyzna, który miał na sobie prostą, niebieską togę i trzymał pod pachą kopię świętych pism Phosa, oprawioną w kosztowną czerwoną skórę. Mieszczanie ucichli, gdy dwaj duchowni zbliżyli się do ołtarza.
Zigabenos pochylił głowę przed Lavrosem. Nożyczki poruszały się sprawnie w rękach kapłana, odcinając gęste czarne włosy oficera. Gdy została po nich tylko króciutka szczecina, Lavros wziął do ręki brzytwę. Głowa Zigabenosa świeciła łysiną, która wydawała się jeszcze bielsza w porównaniu z jego opaloną twarzą.
Niski, śniady kapłan wyciągnął oprawną w skórę księgę w kierunku Zigabenosa, mówiąc oficjalnym tonem:
— Spójrz na prawo, którym będziesz żył, jeśli taka jest twoja wola. Jeżeli czujesz w swym sercu, że będziesz go potrafił przestrzegać, zacznij nowe życie; jeżeli nie, powiedz to teraz.
Z głową wciąż pochyloną, Zigabenos wymruczał:
— Będę go przestrzegał.
Kapłan powtórzył to samo pytanie jeszcze dwa razy, a jego głos po każdej odpowiedzi stawał się coraz silniejszy. Po ostatnim potwierdzeniu pokłonił się Zigabenosowi, podał księgę Lavrosowi i oblókł nowego mnicha w błękitny strój. Dopełniając rytuału, powiedział:
— Tak jak szata boskiego błękitu Phosa okrywa twoje nagie ciało, tak i niechaj jego cnota otoczy twoje serce i chroni je od wszelkiego zła.
— Niechaj tak się stanie — wyszeptał Zigabenos. Garsavranie powtórzyli jego słowa. Lavros modlił się po cichu przez kilka minut, potem powiedział:
— Bracie Mertikesie, czy chciałbyś odmówić credo naszego Phosa z tym oto zgromadzeniem?
— Czy mogę? — powiedział Zigabenos… nie, Mertikes — pomyślał Skaurus, bo przecież vi-dessańscy mnisi odrzucali swe nazwiska. Jego głos przepełniony był szczerą wdzięcznością. Trybun nie spotkał jeszcze Videssańczyka, który lekko traktowałby swoją wiarę. Dziwny to był widok; Mertikes stojący przy bogato wystrojonym ołtarzu w swojej surowej szacie, krople krwi na jego świeżo ogolonej głowie, tam gdzie brzytwa nacisnęła zbyt mocno. Nawet Skaurus — niewierny — czuł dziwne wzruszenie, gdy nowy sługa Phosa recytował wraz z wiernymi swoje credo, we wspaniałym archaicznym języku Imperium:
— Błogosławimy ciebie Phosie, Panie nasz o sercu litościwym i mądrości przedwiecznej, z twojej łaski obrońcę naszego, któryś nas wziął pod swoją opiekę, niech łaska twoja uchroni nas, twe sługi przed wszelakim złem, i bacz panie, by ta najtrudniejsza próba naszego żywota zgodna była z twoją wolą.
— Amen — zakończyli garsavranie, i Marek zorientował się, że powtarza za nimi. Lavros powiedział:
— To nabożeństwo zostało dopełnione.
Tłum zaczął się rozrzedzać. Mertikes podszedł, by uścisnąć rękę Marka swą twardą, mocną dłonią. Potem Lavros powiedział łagodnie:
— Chodź ze mną, bracie. Zaprowadzę cię do klasztoru i przedstawię twoim towarzyszom w służbie Phosa.
Z podniesioną głową, nie oglądając się do tyłu, nowy mnich ruszył jego śladem.
Ten kryzys został więc szybko i gładko zażegnany, ale był on tylko drobną częścią większego problemu związanego z uwięzionymi Namdalajczykami. Tydzień po tym jak Zigabenos stał się bratem Mertikesem, motłoch próbował przypuścić szturm na siedzibę gubernatora i uwolnić Draxa i jego towarzyszy. Legioniści musieli użyć broni, by odeprzeć tłum i polała się krew — zginęło około dwudziestu osób, a wiele więcej zostało rannych. Polegli także dwaj Rzymianie i po tym wydarzeniu legioniści mogli chodzić ulicami Garsavry tylko w większych oddziałach. Trzy noce później mieszczanie spróbowali jeszcze raz. Tym razem Marek był dobrze przygotowany. Khatrisherscy łucznicy, rozstawieni na dachu budynku, rozbili atak, zanim jeszcze zaczął się na dobre i nikt z ludzi trybuna nie został ranny.
Wiedział jednak, że nie miał tylu żołnierzy, by bez końca tłumić zamieszki, a jednocześnie mieć baczenie na Yavlaka. Tak więc, któregoś dnia spotkał się potajemnie ze swoimi więźniami. Soteryk oddał mu sardoniczny pokłon.
— To dla nas zaszczyt, drogi szwagrze. Widziałem się już kilka razy z moją siostrą, ale ty nigdy nie raczyłeś złożyć nam wizyty.
Baili uśmiechnął się drwiąco.
— Dalej się pocisz, co? Mam nadzieję, że wycisną z ciebie wszystko. — Porucznik Draxa dobrze pamiętał o chłopskich partyzantach.
Wielki książę i Turgot siedzieli cicho. Marek domyślał się, że Turgota nie obchodziło to, co miał do powiedzenia. Milczenie Draxa było raczej kwestią polityki. Trybun skinął głową Bailiemu.
— Tak, dalej się pocę. Nie uśmiecha mi się następna nie przespana noc i rozrywki, jakie mi tu zapewniono. I nie zamierzam na nią czekać z założonymi rękami. Tak więc, panowie… — Przenosił spojrzenie z jednego wyspiarza na drugiego — coś z tym trzeba zrobić. Najprościej byłoby uciąć wam głowy i wystawić je na rynku.
— Skurwysyn — powiedział Soteryk. Drax pochylił się do przodu, zaniepokojony.
— Nie mówiłbyś nam tego, gdyby taki był twój plan.
— Zrobię to, jeśli będę musiał — odparł Marek, podziwiając jednocześnie bystrość wielkiego księcia. — Choć rzeczywiście, wolałbym nie. Thorisin powinien was sądzić i wyznaczać karę. Ale na pewno nie pozwolę, by mieszczanie was uwolnili. Jesteście na to zbyt niebezpieczni dla Imperium. — Drax ukłonił się lekko, jakby uznając komplement.
— Więc co nam pozostawiasz? — spytał drwiąco Soteryk.
— Wasze życie, jeśli wam na nim zależy. Zależy wam? — trybun czekał. Gdy Namdalajczycy zorientowali się, że nie było to pytanie retoryczne, skinęli powoli głowami.
— Dobrze, w takim razie…
— Te spektakle wychodzą ci coraz lepiej — powiedział Gajusz Filipus kątem ust. — Mieszczuchy dobrze się namyślą, zanim znowu im coś strzeli do łbów.
Legioniści ustawieni byli w kwadrat na środku garsavrańskiego rynku. Wszyscy mieli na sobie pełne bitewne uzbrojenie,pila zatknięte w ziemię, nieruchomi, ale bacznie obserwujący wrogi im tłum Videssańczyków. Chłodny północny wiatr podnosił im peleryny.