Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Chodźcie, drodzy przyjaciele — powiedział i wrócił do rezydencji gubernatora. Po zimowych zmaganiach z zawiłościami systemu podatkowego całego Imperium, miejscowe rachunki były dziecięcą igraszką. Po dwóch godzinach wynurzył się z komnaty, w której przechowywano bieżące rejestry i wręczył oczekującym w napięciu Garsavranom listę z wyszczególnionymi sumami, wyliczonymi co do ułamka. Ze spuszczonymi głowami wzięli ją od niego i natychmiast zniknęli.
W przeciągu dwóch dni dostarczono mu całą sumę.
W nieustannym napięciu i kołowrocie, związanymi z prowadzoną od dwóch miesięcy kampanią, nie poświęcał Helvis zbyt wiele czasu ani uwagi i dobrze o tym wiedział. Czasami podejrzewał, że właśnie to najbardziej jej odpowiadało. Jeżeli nie przebywali często ze sobą, nie mogli się kłócić, a ona wciąż miała mu za złe jego lojalność wobec Imperium. Im bardziej zaawansowana była jej ciąża, tym mniejsze miała potrzeby, i tym słabsze było jej pożądanie. To samo działo się, gdy miała urodzić Dostiego — znosił to najlepiej, jak potrafił.
Jednak kiedy rozbili już stały obóz obok Garsavry, nie mogli się dalej ignorować — a uwięzienie Soterica przysporzyło Helvis nowego zmartwienia. Tego wieczora, kiedy Skaurus wysłał do Yavla-ka liczny i ciężko uzbrojony oddział, który w jedną stronę wiózł ze sobą pieniądze, a w drugą miał przyprowadzić namdalajskich jeńców, spytała go:
— Co zamierzasz z nimi zrobić?
Starała się mówić bez emocji, ale trybun wyczuwał strach, nad którym z trudem panowała. Jednak nie ponaglała go, ani nie namawiała do niczego, wiedząc już, że najłatwiej uprzedzał się do pomysłów, które wciskano mu zbyt nachalnie czy gwałtownie. W świetle lampki jej szeroko otwarte, intensywnie niebieskie oczy, wyglądały niesamowicie, gdy czekała na odpowiedź.
— Na razie nic, oprócz tego, że będę musiał ich zamknąć i przesłać wiadomość Thorisinowi. To on zadecyduje co dalej, nie ja.
Przygotował się na wybuch, ale został kompletnie zaskoczony, gdy jej oczy napełniły się łzami i gdy podniosła się niezdarnie, by go objąć, powtarzając złamanym głosem:
— Dziękuję ci, och, dziękuję ci!
— Hej, o co chodzi? — zapytał, trzymając ją za ramiona i odsuwając od siebie tak, by mógł widzieć jej twarz. — Myślałaś, że od razu ich zabiję?
— Skąd mogłam wiedzieć? Po tym, co powiedziałeś w obozie po bitwie, gdzie… — Nie mogła mówić o tym spokojnie, wycofała się więc szybko. — Po tej bitwie myślałam, że możesz to zrobić.
Jej spojrzenie powędrowało do wizerunku świętego Nestoriosa, umieszczonego na szczycie podróżnego ołtarzyka. — Dziękuję ci — wyszeptała pod jego adresem — Za uratowanie Soteryka. Marek pogłaskał jej włosy.
— Powiedziałem to, gdy byłem wściekły, co mnie oczywiście nie usprawiedliwia. Nie jestem z tego dumny i nie jestem rzeźnikiem. Myślałem, że znasz mnie trochę lepiej.
— Ja też tak myślałam. — Przysunęła się bliżej do niego i uśmiechnęła, gdy jej piersi dotknęły go w tej samej chwili co brzuch. Ale spoważniała znowu, gdy podniosła wzrok i starała się wyczytać coś z jego z jego twarzy. — Jednak, nawet po tych latach, czasami myślę, że cię w ogóle nie znam.
Objął ją mocno ramionami. Często czuł to samo w stosunku do niej i zdał sobie sprawę, że niedawna izolacja na pewno im nie pomogła. Mimo to nie powiedział jej, o czym właśnie myślał — że Thorisin Gavras, Autokrator Videssańczyków, nie będzie skłonny do pobłażania pojmanym przywódcom rebelii. Pomimo wstawiennictwa świętego Nestoriosa, Soteryk nie mógł spać spokojnie.
Wiadomość napisana była po łacinie: „Mamy twoje paczki. Przyjdą za trzy dni”. Marek przeczytał ją dwa razy, zanim zauważył, że rzymskie „d” zostało zastąpione przez jego videssański odpowiednik. Krok po kroku Imperium zmieniało ich wszystkich.
Rankiem trzeciego dnia khatrisherski posłaniec powiedział trybunowi, że oddział, który wysłał po jeńców, był o kilka godzin od Garsavry.
— Bardzo dobrze — westchnął z głęboką ulgą. Więc jednak Yavlak dotrzymał słowa — kolejna przeszkoda za nimi.
By podłamać nieco ducha walki w wyspiarzach, którzy wciąż zajmowali fortecę obok miasta, Marek przeciągnął prawie z całą swoją armią obok zamku, zostawiając w obozie tylko niezbędną załogę. Ludzie Księstwa przyglądali się temu spoza wałów z ubitej ziemi. Wkrótce zaczną głodować — pomyślał — będzie wtedy wystarczająco dużo czasu, by się nimi zająć.
Nawet w tak niewielkiej odległości od Garsavry, grunt wznosił się ostro do góry, w kierunku centralnego płaskowyżu. Arandos, wolna i spokojna na nizinach, pędziła tu z hukiem po kataraktach. Wielkie głazy niemal zupełnie ginęły w syczącej, białej pianie. Jej największy dopływ, Eriza, spływała z północy. Garsavra leżała w miejscu, gdzie obie rzeki się spotykały.
Przewodnik Skaurusa trzymał się południowego brzegu Arandos, co wcale nie dziwiło. Na płaskowyżu rzeki były w lecie jedynym źródłem wody.
Dojrzał przed sobą kurz; niską, szeroką chmurę, która towarzyszyła piechocie — lekka kawaleria Yezd wzniecałaby wysokie, proste kolumny. Uśmiechnął się do khatrisherskiego zwiadowcy, uniósłszy kciuk w geście, który Pakhymer przejął od Rzymian.
Za chwilę Marek mógł już odróżnić maszerujący kwadrat legionistów, otoczony przez cienki kordon khatrisherskich łuczników, mających zająć się ewentualnym atakiem kawalerii, i dopaść Na-mdalajczyka, któremu udałoby się jakimś cudem wyrwać z ciasnego kwadratu.
Juniusz Blesus, pozdrowiwszy trybuna salutem, wyglądał jak ktoś, kto z radością pozbywa się niewygodnego ciężaru.
— Oto oni, panie, wszyscy których Yavlak zostawił przy życiu: trzy setki i… niech sprawdzę… siedemnastu. Gdy wyruszałem było dwudziestu jeden, ale zmarli po drodze, bo byli ciężko ranni, a Yezda niewiele dla nich zrobili. Nie chciałem ich tam jednak zostawiać — dokończył niepewnie.
— Dobrze się spisałeś — upewnił go Marek i widział, jak jego szeroka, chłopska twarz promieniała radością. Choć był sumienny i pracowity, odpowiedzialność go przerażała. Trybun odwrócił się od młodszego centuriona do Namdalajczyków, którzy byli teraz w jego władzy. Wyspiarze nie przypominali już dumnych, pewnych siebie żołnierzy, którzy wyruszyli, by odebrać Vi-dessos jego zachodnie ziemie. Brody pokryły ich zapadnięte policzki. Większość szła przygarbiona, jakby trzymanie się prosto wymagało większej siły niż w sobie mieli. Prawie każdy utykał, niektórzy od ran, pozostali bo Yezda ukradli im buty i zostawili tylko szmaty do owinięcia nóg. Mieli na sobie poszarpane resztki płaszczy i spodni — kolczugi, tak jak i buty padły łupem nomadów. Oczy, zapadnięte i obojętne, wpatrzone były w ziemię, gdy posuwali się z trudem naprzód.
Więc tak wygląda ich zwycięstwo — pomyślał Skaurus. Czuł się jak kapitan jednej z brygad straży pożarnej Krassusa, w Rzymie, który zarabiał na nieszczęściu innych, tanio wykupując od nich płonącą własność.
Tu i ówdzie czyjaś twarz, postawa odcinała się od ogólnego obrazu więźniów. Bujne, czarne wąsiska od razu wyróżniały Mertikesa Zigabenosa w tłumie nowych, rzadkich jeszcze bród. Tak samo jak wyraz bezdennej rozpaczy na jego twarzy, który budził szczególną litość nawet pośród tak wielkiego nieszczęścia. Nie podniósł głowy, gdy Marek zawołał go po imieniu. Obok niego szedł Drax, którego krótka broda była zadziwiająco ruda. Lewa ręka wielkiego księcia spoczywała na brudnym temblaku. Śmiało spojrzał Skaurusowi w oczy, ale jego wzrok był jakiś nieobecny.
Nie wszyscy Namdaląjczycy zapomnieli, że są mężczyznami. Weteran Fayard, który był członkiem szwadronu Hemonda, gdy Marek przybył do stolicy, maszerował, a nie wlókł się jak jego towarzysze. Pozdrowił trybuna energicznym salutem, a potem wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, że spodziewał się, iż jeszcze kiedyś się spotkają, ale w innych okolicznościach. Zawsze potrafił utrzymać się w dobrej formie, radząc sobie ze wszystkim, co go spotykało.