Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Trzydziestu Khatrishów pilnowało namdalajskich jeńców, których Skaurus odesłał do stolicy. Mieli oni nie tyle zapobiec ucieczce więźniów, ile chronić ich przed maruderami Rasa Simokattesa. Namdalajczycy, którzy podróżowali po tej okolicy w małych grupach albo bez broni, ryzykowali życiem.
Marek często martwił się słowami Bailiego, które ten wykrzyczał w złości przy ich ostatnim spotkaniu w górach. Ludzie Księstwa zostali pobici, ale partyzanci wcale nie zamierzali zwinąć interesu. Po kolei; jeden problem na głowie, a nie dwa naraz — powiedział sobie Skaurus za Laonem Pakhymerem.
Baili i jego towarzysze sami w sobie stanowili problem. Marek nie wysłał ich na wschód ze zwykłymi żołnierzami, bojąc się, że uciekną po drodze, a na wolności byli zbyt niebezpieczni. Trzymał ich zamkniętych w rezydencji gubernatora, czekając na decyzję Thorisina co do ich losu. To także nie było najlepszym rozwiązaniem, bo gdy tylko garsavranie dowiedzieli się o tym, wybuchły w mieście nowe zamieszki — a raczej powróciły stare.
Namdalajscy oficerowie także nie żyli w idealnej zgodzie. Mertikes Zigabenos pisemnie poprosił Marka, by mógł być zakwaterowany z dala od Namdalajczyków, którzy siłą zrobili z niego Imperatora. Trybun zgodził się, bo miał o wiele większe zrozumienie dla sytuacji Zigabenosa niż, na przykład, Draxa czy Soterica. Jedynym namdalajskim oficerem, który budził jego współczucie był Turgot z Sotevag, który niemal oszalał ze zmartwienia o swoją kochankę, Mavię. Skaurus pamiętał ją ze stolicy. Była to bardzo jasna blondynka, chyba o połowę młodsza od Turgota. Tak jak inne kobiety wyspiarzy, została w Garsavrze, gdy oni pojechali na zachód walczyć z Yezd, i jak podejrzewał Marek, uciekła, gdy nadeszły wieści o ich klęsce. To, jak już widział po Maragha, także było częścią życia najemnika. Ale Turgot nie chciał o tym słyszeć, zaklinając się, że obiecywała czekać na niego.
Po tygodniu tych jęków cierpliwość Draxa zaczęła się wyczerpywać.
— A cóż jest warta obietnica?! — warknął. Kiedy Marek o tym usłyszał pomyślał, że ta uwaga w większym stopniu odsłaniała prawdziwą naturę wielkiego księcia, niż sam kiedykolwiek chciałby pokazać.
Uwięzienie nie było zwyczajową rzymską karą i zastępowano je zwykle karami cielesnymi, grzywnami czy też wygnaniem. Dlatego też Rzymianie musieli zapłacić za brak doświadczenia w tej kwestii. Któregoś ranka strażnik, potrząsając Marka za ramię, zbudził go, by zameldować, że cela Mertikesa Zigabenosa jest pusta.
— Cholera! — zaklął trybun, wyskakując ze swego posłania. Helvis wymruczała coś przez sen, gdy zarzucił płaszcz na ramiona, i za moment podskoczyła przestraszona, kiedy Marek krzyknął do heroldów, by trąbili na alarm. W chwili, gdy płacz przerażonego Dostiego rozbrzmiał w namiocie, Marek był już na via principalis, ustalając teren poszukiwań i dzieląc legionistów na grupy.
Przeszukiwanie Garsavry dom po domu, z czego dobrze sobie zdawał sprawę, było zadaniem z góry skazanym na przegraną. A jednak kiedy legioniści zadziwiająco szybko odnaleźli uciekiniera, wiadomość ta wcale go specjalnie nie ucieszyła. Zigabenos klęczał przed ołtarzem Phosa w głównej świątyni Garsavry, która mieściła się za rezydencją Lavrosa. Czepiając się świętego stołu z silą, od której zbielały mu palce, oporny Autokrator krzyczał nieustannie, najgłośniej jak potrafił: — Sanktuarium!
Gdy trybun tam dotarł, zastał legionistów stojących niepewnie przed wejściem do świątyni. Zbierał się także coraz większy tłum mieszczan, którzy najwyraźniej nie życzyli sobie, by wyciągano Zigabenosa silą ze świętej budowli. Legioniści też nie kwapili się do wejścia. Niektórzy sami przeszli na religię Phosa, podczas swego dosyć już długiego pobytu w Imperium, a i w Rzymie świątynie były miejscem, gdzie mogli schronić się uciekinierzy.
Pocierając zaspane oczy, Lavros przybył na miejsce w tej samej chwili co Marek. Stanął w wejściu, blokując je własnym ciałem. Uczyniwszy znak Phosa na piersi, powiedział głośno:
— Nie możesz zabrać stąd tego człowieka wbrew jego woli. Jest tu pod świętą protekcją dobrego boga.
Tłum krzyczał i powtarzał słowa kapłana, napierając na Rzymian pomimo ich mieczy i włóczni.
— Mogę przynajmniej sam wejść do środka i porozmawiać z nim? — zapytał Skaurus. Łagodny ton trybuna zaskoczył Lavrosa. Namyślał się przez chwilę, gładząc się dłonią po swej wygolonej głowie.
— Zostawisz tu broń? — spytał.
Marek zawahał się — niechętnie oddawał swe magiczne, galijskie ostrze w obce ręce. W końcu powiedział:
— Zostawię — i odpiął miecz i sztylet. Podał je dowódcy oddziału legionistów, którym był godny zaufania żołnierz imieniem Aulus Florus. — Pilnuj ich dobrze — powiedział. Florus skinął głową.
Gdy Lavros odsunął się na bok, by przepuścić trybuna, wyszeptał:
— I po co to wszystko? — Marek wzruszył ramionami. Słyszał za sobą cichy śmiech, gdy wszedł do świątyni.
Układ budynku był typowy dla miejsc kultu Phosa, z ołtarzem na środku, pod samym centrum kopuły, i miejscami dla wiernych, ułożonymi w rzędach rozchodzących się na cztery strony świata. Mozaika była kiepską kopią wspaniałego dzieła z Wysokiej Świątyni w Videssos. Ten Phos był surowym sędzią, ale nie przerażającą, potężną i magiczną figurą, która napełniała każdego człowieka strachem i wiarą.
Lekki dreszcz niepokoju przebiegł Rzymianinowi po plecach. Jeśli Zigabenos zdobył jakąś broń?… ale videssański oficer wzmocnił tylko swój uścisk na ołtarzu i krzyczał jeszcze głośniej:
— Sanktuarium! Na Phosa, jestem w sanktuarium!
— Jestem sam, Mertikes — powiedział Marek. Rozłożył ręce, by pokazać, że są puste. — Możemy porozmawiać?
W migotliwym świetle jedynej zapalonej świeczki widać było zaszczuty wzrok Zigabenosa.
— Mam powiedzieć „tak”, kiedy ty chcesz mnie oddać Imperatorowi? Dlaczego miałbym ulżyć twojemu sumieniu? — Jako doświadczony polityk, dobrze wiedział, co spotyka pojmanych buntowników.
Marek czekał spokojnie, zachowując milczenie. Pełne bólu westchnienie wyrwało się z piersi Zigabenosa. Jego ramiona opadły, gdy zdał sobie sprawę, jak beznadziejna była sytuacja.
— Niech cię piekło pochłonie, cudzoziemcze — powiedział w końcu znużonym, zrezygnowanym głosem. — Po co cała ta farsa? Głód i pragnienie wygonią mnie stąd wcześniej czy później. Proszę, masz mnie, jeśli sprawia ci to radość.
Puścił ołtarz. Skaurus zobaczył krople potu na wyszlifowanym drewnie w miejscu, gdzie trzymał ręce.
Widok tak mądrego człowieka poddającego się losowi bez walki wstrząsnął Markiem. Trybun wybuchnął:
— Ale przecież musiałeś mieć jakiś plan kiedy tu uciekłeś!
— Ano miałem — powiedział Videssańczyk z gorzkim uśmiechem. — Ogoliłbym głowę i został mnichem. Nawet Imperator dobrze się namyśli, zanim pośle zabójców po sługę Phosa. Ale za bardzo się pospieszyłem. Świątynia była ciemna i pusta, kiedy tu przyszedłem. Nie było nikogo, kto mógłby przyjąć moje śluby. Cholerne próżniaki! No a teraz mam zamiast nich ciebie. Zawsze uważałem cię za dobrego żołnierza, Skaurus. Szkoda, że się nie myliłem.
Marek prawie nie słyszał tych komplementów, bo wołał do siebie Lavrosa. Kapłan przytruchtał pośpiesznie, a zmartwienie brało teraz górę nad jego dobrotliwą naturą.
— Mam nadzieję, że nie chcesz mi wmówić, że ten biedak zmienił zdanie?
— Ależ właśnie tak, wielebny ojcze… — zaczął Zigabenos.
— Nie, oczywiście, że nie — powiedział Skaurus. — Niech będzie tak, jak sobie tego życzy. Wprowadź wszystkich ludzi do środka; niech zobaczą jak człowiek, który zmuszony był odgrywać rolę Autokratora, teraz naprawia to, do czego go zniewalano, wstępując w szeregi twoich mnichów.