Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Krab zaświergotał całkiem jak świerszcz, po czym ruszył w jego stronę.
Drakkainen zrobił kilka szybszych kroków, cały czas w dziwnej, przyczajonej postawie szermierczej, powtarzając swoje niczym uporczywą modlitwę. Mówił coraz głośniej, a w jego ton wkradły się nutki histerii.
Krab wystawił oba ostrza do przodu i ruszył gwałtownie, niby rozwścieczony odyniec.
— Apiainen! Perkele apiainen! — ryknął zwiadowca, opierając się już o filar plecami.
W ostatniej chwili zawinął się za słup, ostrza śmignęły jak wirniki helikoptera, załomotało niczym seria z kaemu, z filaru poleciały grube, zwinięte wióry.
Drakkainen przypadł do ziemi i ciął stwora po nogach, odskoczył zaraz jak torreador i oparł się o kolejny słup.
Powietrze przeszył przerażający, piskliwy wrzask, przypominający ryk pary z eksplodującego parostatku i kwik świni puszczony od tyłu.
Równocześnie rozległ się wysoki krzyk Cyfral.
Drakkainen spojrzał na swoją dłoń, lecz po migocącej poświacie nie zostało ani śladu. Nie było też żadnego widocznego efektu.
— Trudno — mruknął. — Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Co widać?! — wrzasnął rozpaczliwie. — Co jest pod spodem?!
— Tkanka — powiedziała Cyfral z wahaniem. — Blada i śliska jak u małża. Miękka. Ale ukazuje się tylko na moment.
Krab uwolnił ostrze, wcięte głęboko w drewno słupa, po czym ruszył na Drakkainena ponownie. Szable rozmazały się w powietrzu jak śmigła, tworząc wokół migotliwy, stalowy nimb.
Gjafi odbił trzy ciosy, zanim rozleciał się niczym kaczka w sieczkarni, przemknęło Drakkainenowi przez głowę. Żylasty Gjafi, szybki jak cholera. Ja jestem o wiele większy i cięższy. Odbiję choć jedno?
A potem przestał myśleć. Stał się ruchem. Dał się ponieść szkoleniu, wbitemu w odruchy rdzeniowe. Drewniany filar najwyraźniej kojarzył się krabowi z kłopotami, bo przez chwilę krążył ostrożnie, próbując zachodzić to z jednej, to z drugiej strony. Ostrza wystawione szeroko z boków, jak rogi byka, drgały lekko, w każdej sekundzie gotowe zmienić się w upiorny wirnik.
Tym razem Vuko uciekł pod spodem. Zrobił nerwowy ruch w jedną stronę, prosty zwód, ale krab dał się nabrać i stal świsnęła, siekając powietrze.
Drakkainen zanurkował pod metalowymi ramionami, wskoczył na beczkę, odbił się nogą od belkowanej ściany i przekoziołkował nad stworem. Zamortyzował upadek przewrotką i stał teraz pośrodku dziedzińca, dysząc ciężko, w ogromnej chmurze pyłu.
— Koniec — mruknął. — Wiele więcej nie wykombinuję.
Krab zrobił zwrot w miejscu i ruszył w jego kierunku.
— Vittuun — powiedział Drakkainen i nerwowo obrócił miecz w dłoni.
A wtedy z góry spadł bzyczący ciężko kształt. Brunatna, podłużna bryłka, jak niedopałek cygara. Pacnęła w piach, zaraz jednak poderwała się koślawym, zygzakowatym lotem niczym owad podtruty pestycydami.
Vuko odwrócił się i wystrzelił obłąkańczym sprintem na drugi koniec podwórza. Stwór pognał za nim, dziwacznymi susami, kolebiąc opancerzonym, beczkowatym tułowiem, ale wtedy po kolczastych płytach jego pancerza pełzał już szerszeń.
Zwiadowca usłyszał świst stali za plecami, poczuł wzbijany przez ostrza podmuch powietrza. Wykonał rozpaczliwy trójskok, chwytając miecz w obie ręce, po czym skoczył na najbliższy dach, wbijając broń w strzechę. Błyskawicznie podciągnął się i schował nogi. Krab łupnął w ścianę, aż słoma posypała się na podwórze.
Drakkainen wpełzł najwyżej jak się dało i usiadł, dysząc ciężko i ocierając czoło.
— I co dalej? — spytała Cyfral. — Będziesz tu siedział?
— Jak cholera — wyzipał Vuko.
— I co teraz?
— Do modlitwy — powiedział Drakkainen poważnie. Siedzieli. Krab miotał się po podwórzu, siekając co popadnie. Sądząc po odgłosach, uparł się na drewnianą beczkę.
— A jeśli tu wlezie? — zapytała Cyfral, dzielnie pohamowując nutki histerii.
— Z tą budową? W życiu. Widziałaś kiedyś kurczaki włażące po ścianach?
Na dole rozległ się dziki wrzask. Krab zaczął ciskać się nagle w dzikim tańcu po całym ryneczku, wpadł na ścianę, potem na stojącą spokojnie dwukółkę i porąbał ją na kawałki.
— Co to było?
— Mój szerszeń. Zrobiłem szerszenia. Jeśli mi się udało, to nafaszerowanego neurotoksyną skorupiaków. Nie wiem, czy wyszedł, nie było czasu. Nie wiem, co to jest. Chciałem osę, wyszedł szerszeń. I jeszcze w jakimś dziwnym kolorze.
— Nie stworzyłeś żywego organizmu — powiedziała. — Na to jesteś za cienki. Najwyżej zmutowałeś coś tutejszego. To działa po najmniejszej linii oporu, pamiętasz?
— Jebal to pas, byle działało. Przeraźliwy kwik na dziedzińcu piłował uszy. Nieszczęsny krab miotał się po ziemi, obracając się na wznak i młócąc wokół siebie ramionami. Nad jego wirującym pokracznym kadłubem wzbiła się chmura pyłu.
Trwało to długo, lecz w końcu ucichło.
Stwór leżał prawie nieruchomo, tylko jedna kończyna poruszała się niemrawo.
Drakkainen ześlizgnął się z dachu pomimo protestów Cyfral, podszedł do swojego porzuconego tobołka i założył go na plecy.
— Idziemy.
Był już w bramie, kiedy od strony leżącego na ziemi stwora dobiegło go łkanie, a potem wyraźny jęk. Nie przeraźliwy wizg oszalałej sprężarki, ale szloch dziecka. Stłumiony przez stalową skorupę hełmu typu „żabi pysk".
— Perkele Saatani vittou — warknął Drakkainen.
— Nie, proszę — powiedziała Cyfral błagalnie.
— Zaszto ja sem takavi glupan! — wycedził. — Głupši ko turski kurač!
Zawrócił i podszedł do leżącego na ziemi stwora. Podniósł z ziemi odrąbany dyszel, który zmienił się w bezużyteczną żerdź, i dźgnął solidnie samym końcem. Odpowiedział mu słaby pisk.
Drakkainen podważył tułów i przewrócił kraba grzbietem do góry. Odczekał chwilę, ale nic się nie działo.
Podszedł bliżej i czujnie trącił kadłub końcem miecza. Jedno z ramion zadrapało słabo ziemię, lecz nic poza tym.
Klnąc przeraźliwie po fińsku, Vuko znalazł łączenie płyt, wsunął ostrze płasko, podważając brzeg. Blachy zaskrzypiały, Drakkainen zacisnął zęby i stęknął z wysiłku. Lichy nit strzelił z trzaskiem, zwijając łeb, następny wyszedł łatwiej, kolejny trzymał jeszcze słabiej.
Zwiadowca rozchylił płyty pancerza, częściowo wyginając je na zewnątrz. Z wnętrza buchnął obrzydliwy, słodkawy odór. Vuko odskoczył kilka kroków do tyłu, zanosząc się kaszlem.
Środek pancerza wypełniały owalne płaty ślimakowatej, ociekającej śluzem tkanki, otulające zwinięte wewnątrz blade, dygocące ciało. Gdzieś z tyłu małżowatego płaszcza rozpychała się olbrzymia, purpurowa opuchlizna, rozlewająca się na wszystkie strony, jak przyssana ośmiornica.
Powstrzymując torsje, zwiadowca splunął gęstą śliną w pył, podciągnął rękawy i zanurzył ręce w pancerzu. Udało mu się wsunąć dłonie pod śliski płaszcz gumowatej tkanki i namacać ludzką skórę, ale coś trzymało. Rozchylił płaty mocniej i zobaczył jakieś żebrowane prześwitujące rury, wciskające się w usta zamkniętej wewnątrz istoty i w każdy otwór ciała, purpurowe kłębowiska naczyń wbite pod skórę wzdłuż kręgosłupa.
Wyjął nóż i ponownie zanurzył dłonie w obcą tkankę, by ostrożnymi cięciami wyłuskać ze środka uwięzionego małego człowieka.
Dwa razy musiał odejść na bok i zaczerpnąć powietrza, kilkoma splunięciami usunąć nadmiar dławiącej go śliny i poczekać, aż minie skurcz w gardle.