Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
— Dosyć to rozciągnięte w czasie, jak na pomysł zadania Tanom ostatecznej klęski, prawda? — zauważył Ryszard. — Wyobrażam sobie, że mają chyba gdzieś odłożone całe kupy tego materiału.
— Powiedziałam, że zagadnienie jest złożone — rzekła z lekką irytacją Madame. — Musimy także znaleźć sposób na wstrzymanie napływu chrononautów. Przekonacie się, że właśnie przybycie ludzi do pliocenu umożliwiło Tanom zajęcie dominującej pozycji w tej epoce. W czasach, nim zaczęłam się do tego mieszać, istniała praktyczna równowaga sił między Tanami i Firvulagami. Zniszczyło ją pojawienie się ludzi.
— Kapuję — wyznał stary intrygant Ryszard.
— Firvulagowie są gotowi pomóc tobie i twojej garstce w nadziei na powrót starych dobrych czasów. Ale skąd przypuszczenie, że duszki nie zwrócą się przeciw nam, gdy już będzie tak, jak sobie życzą?
— Ta sprawa wymaga zastanowienia — odparła cicho Madame.
Ryszard parsknął pogardliwie.
— W planie jest coś jeszcze — odezwał się Peopeo .
Moxmox Burke. — I nie wywalaj go za okno, nim nie usłyszysz wszystkiego do końca. Otóż tam na południu w stolicy…
Kotek parsknął.
Zebrani spojrzeli w stronę szczeliny wejściowej. Stała tam niska, barczysta postać w ociekającym wodą, brudnym płaszczu. Jej wysoki kapelusz przechylił się smutnie pod ciężarem wilgoci na jedno ucho przybysza, który uśmiechnął się do zgromadzonych. Jego twarz była błotnistą maską; błyszczały w niej tylko oczy i zęby.
— Kulas! — zawołał Burkę. — Na litość boską, bubi… co ci się stało?
— Musiałem się uziemić. Psodźwiedzie na moim tropie.
Gdy kulejąc szedł do ognia, Madame szepnęła:
— Ani słowa o żelazie.
Nowo przybyły miał poniżej półtora metra wzrostu, potężną klatkę piersiową, a gdy zmył błoto z twarzy, ukazały się różowe policzki i długi nos. Jedną nogę miał odciętą poniżej kolana, ale poruszał się dość swobodnie na prymitywnej protezie wyrzeźbionej z drewna. Usadowiwszy się przy ogniu, wytarł swą kulę mokrą szmatą; proteza była opleciona płaskorzeźbami z motywem węży, łasic i innych zwierząt, które zamiast oczu miały wprawione drogie kamienie.
— Co nowego? — spytał Burkę.
— Och, zgadza się, wyruszyli — odpowiedział Kulas. Ktoś podał mu jedzenie i picie, do którego człowieczek zabrał się z apetytem; równocześnie gadał z pełnymi ustami: — Część chłopców odciągnęła duży patrol idący w górę rzeki Onion. Wykończyli dobre pół tuzina, a resztę piszczącą za Tatą Velteynem przegonili z podkulonymi ogonami. Jak dotychczas ani śladu Wysokiego Jebaki, dzięki niech będą Te. Pewnie nie chce zamoczyć w deszczu swej ślicznej szklanej zbroi. Miałem ciężkie chwile, kiedy kilka psodźwiedzi z oddziału, któryśmy wykończyli, zaczęło mnie znienacka tropić. Mogły mnie wykończyć, podstępne łajna, ale natknąłem się na śliczne, śmierdzące bagno, schowałem się w nim i siedziałem, aż się zmęczyły czekaniem.
— Człowieczek wyciągnął do zakonnicy kubek, który ponownie napełniła. Kot Amerie nie wrócił do niej nawet na pstrykanie palcami, co zazwyczaj robił. Z ciemnego stosu bagażu daleko od centralnego ogniska śledziła Kulasa para przerażonych oczu. Kotek nie przestawał wydawać cienkich, drżących pomruków.
— Musimy ci przedstawić naszych nowych towarzyszy — odezwała się uprzejmie Madame. — Oczywiście, już ich widziałeś. Wielebna Siostra Amerie, Profesor Klaudiusz, Kapitan Ryszard… i Felicja.
— Uśmiech Dobrej Bogini niech będzie z wami — powiedział człowieczek. — Jestem Fitharn. Ale możecie nazywać mnie Kulasem.
Ryszard wybałuszył oczy.
— Chryste! Ty jesteś Firvulagiem?
Jednonogi zaśmiał się i powstał. Tuż przy ogniu stała wysoka, matowoczarna zjawa z wijącymi się mackami zamiast rąk, wąskimi czerwonymi oczami i paszczą pełną zębów rekina, z których spływała śmierdząca ślina.
Kotek Amerie zaczął pluć i piszczeć. Potwór znikł, a Kulas zajął miejsce przy ogniu i nonszalancko popijał wino.
— Frapujące — rzekła Felicja. — Czy potrafisz coś jeszcze?
Firvulag mrugnął do niej.
— Mamy swoje ulubione chwyty, maleńka. Zjawa naoczna to najmniejszy z nas, sama rozumiesz.
— Rozumiem — przytaknęła Felicja. — Ale z tego, że musiałeś uciekać przed amficjonami, wnoszę, że twoje uzdolnienia nie mają na nie wpływu.
Kosmita westchnął.
— Zboczony gatunek. Musimy też pilnować się przed hienami… Tych przynajmniej Wróg nie potrafi oswajać.
— A ja mogę kierować psodźwiedziami — oświadczyła Felicja z lekkim naciskiem. — Gdybym miała złotą obręcz, mogłabym pomóc wam wygrać tę wojnę. Czemu nie mielibyście mi dać tego, co już daliście Madame Guderian?
— Zasłuż na to — odrzekł Firvulag i oblizał wargi.
Felicja zacisnęła pięści. Zmusiła się do uśmiechu.
— Obawiasz się. Ale nie użyłabym mych metafunkcji przeciw żadnemu z was. Przysięgam.
— Udowodnij to.
— Idź do diabła! — Rzuciła się w stronę człowieczka. Jej lalkowatą twarz wykrzywiła wściekłość — Jak? Jak?
Wmieszała się Madame:
— Felicjo, opanuj się. Zajmij miejsce.
Fitharn wyciągnął kikut z protezą i jęknął:
— Dorzućcie do ognia! Przemarzłem do kości, a moja dawno-nieobecna-noga męczy mnie pozornymi bólami.
Odezwała się Amerie:
— Mam na to lekarstwo… jeśli jesteś pewien, że twoja protoplazma przypomina humanoidalną.
Uśmiechnął się do niej szeroko i kiwnął głową; wyciągnął do niej kikut. Gdy przyłożyła do niego ministrzykawkę, zawołał:
— Och, już lepiej, lepiej! Błogosławieństwo bogini Te nad tobą, jeśli ci się to na coś przyda, Siostro.
— Męski, żeński, to tylko aspekty Jednego. Nasze rasy są bliższe sobie, niż myślisz, Fitharnie z Firvulagow.
— Być może. — Człowieczek wpatrzył się smutnym wzrokiem w swój kubek.
— Gdy tu przybyłeś, Fitharnie — powiedziała Madame — wyjaśniałam przybyłym mój plan. Może będziesz łaskaw mi w tym dopomóc. Opowiedz im, jeśli sobie życzysz, historię Grobowca Statku.
Raz jeszcze napełniono kubek kosmity winem.
— Dobrze. Zbliżcie się i słuchajcie. Jest to Opowieść o Brede, którą przekazał mi mój dziad. Przed pięciuset laty odszedł na ciemne łono Te aż do chwili wielkiego odrodzenia, gdy Tana i Te nie będą już siostrami, lecz Jednym, a Firvulagowie i Tanowie zakończą wreszcie swą walkę rozejmem, który nie będzie miał końca…
Milczał długo, trzymając kubek przy ustach i zamykając oczy przed gęstymi oparami gorącego wina. Wreszcie odstawił naczynie, złożył ręce na łonie i zaczął śpiewnie recytować w dziwnym rytmie.
— Gdy Statek Brede, dzięki miłosierdziu Te, przyniósł nas tutaj, jego potężny wysiłek wyczerpał jego serce i siły, i umysł. Umarł więc, abyśmy żyli. Gdy opuściliśmy Statek, nasze latacze rozpostarły swe zakrzywione skrzydła, a naród wspólnie zaśpiewał Pieśń, przyjaciele wraz z wrogami. Odbyliśmy naszą żałobną drogę do miejsca, w którym miał być Grobowiec. Ujrzeliśmy, jak Statek przybywa ze wschodu, płonąc. Ujrzeliśmy, jak nadchodzi przez wysokie powietrze i przez niskie. Słyszeliśmy, jak wyje w agonii bólu. Jak wschód słońca planety rozprasza noc, tak też nasz płonący Statek przemienił dzień i uczynił, że gwiazda Ziemi pobladła…