Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
— Jestem gai’shain Mądrej Sevanny — oświadczyła tak służalczym tonem, na jaki potrafiła się zdobyć. Ku swemu oburzeniu całkiem nieźle go opanowała. — Sevanna będzie niezadowolona, jeśli zobaczy, że rozmawiam, zamiast wypełniać wyznaczone mi przez nią obowiązki. — Spróbowała znów obejść wielkiego osobnika i aż straciła oddech, gdy mężczyzna złapał jej przegub w ogromną rękę, którą zdołałby prawdopodobnie bez problemu otoczyć nawet jej udo.
— Sevanna ma setki gai’shain. Przeżyje godzinkę czy dwie bez jednej z nich.
Kosz upadł na ulicę, a Aiel porwał Faile w powietrze równie lekko, jakby podnosił poduszkę z pierza. Zanim kobieta odkryła, co się dzieje, porywacz unieruchomił jej ramiona, po czym wcisnął ją sobie pod potężną pachę. Faile otworzyła usta do krzyku, niestety olbrzym wolną dłonią przycisnął jej twarz do swojej przepastnej piersi. Zapach przepojonej potem wełny wypełnił jej nos, widziała przed sobą jedynie szorstki szarobrązowy materiał. Gdzie się podziały te dwie Panny Włóczni? Na pewno zabroniłyby mu w taki sposób zabierać Faile! Każdy Aiel powinien się w takim momencie wtrącić! Faile nigdy bowiem nie oczekiwałaby pomocy od gai’shain. Jeden czy drugi może pobiegłby po pomoc, gdyby miała trochę szczęścia, jednak większość na pewno doskonale pamiętała pierwszą lekcję, jaką udzielano każdemu gai’shain — że byle sugestia nieposłuszeństwa karana będzie powieszeniem za kostki i biciem, aż krnąbrny pechowiec zacznie wyć. To znaczy przynajmniej dla ludzi z bagien była to pierwsza lekcja, Aielowie bowiem od urodzenia wiedzieli, że żadnemu gai’shain niezależnie od powodów nie wolno stosować przemocy. Niezależnie od powodów! Co wszakże nie powstrzymało Faile od wściekłego wierzgania i prób wyrwania się wielkiemu mężczyźnie. Sądząc jednak po wrażeniu, jakie na nim robiła, równie dobrze mogłaby kopać ścianę. Olbrzym przemieszczał się szybko, gdzieś ją unosząc. Mocno otworzyła usta i ugryzła go. Z trudem przebiła się przez grubą, brudną wełnę, po czym jej zęby ześlizgnęły się po twardym mięśniu. Nie zyskała niczego, poza bólem. Aiel wydawał się ukształtowany z kamienia. Wrzasnęła, lecz jej krzyk zabrzmiał cicho i głucho, nawet dla niej samej.
Nagle niosący ją potwór zatrzymał się.
— To ja zrobiłem z niej gai’shain, Nadricu — odezwał się głębokim głosem inny mężczyzna.
Faile poczuła rosnący w piersi porywacza huk jego śmiechu, jeszcze zanim usłyszała rechot. Nie przerwała wierzganiny, nie przestała się wykręcać ani wydobywać krzyku, a jednak jej zdobywca wyglądał na zupełnie nieświadomego jej wysiłków.
— Ta kobieta należy teraz do Sevanny, Pozbawiony Braci — odparł pogardliwie olbrzym... Nadric? — Sevanna bierze, co chce i ja tak samo. To nowa metoda.
— Sevanna ją wzięła — odrzekł jego towarzysz spokojnie — lecz ja tej kobiety nigdy Sevannie nie dawałem. Nigdy nie wyznaczyłem Sevannie ceny za nią. Odrzucasz swój honor, ponieważ Sevanna postępuje niehonorowo?
Zapadła dłuższa cisza, którą przerywały jedynie zduszone odgłosy wydawane przez Faile. Kobieta nie zrezygnowała ze zmagań, nie potrafiła z nich zrezygnować, czyniła wszakże szkody nie większe niż niemowlę w powijakach.
— Nie jest dość ładna, by o nią walczyć — odparł w końcu Nadric, choć w jego głosie nie było ani przestrachu, ani nawet niepokoju.
Olbrzym opuścił ręce i Faile odpadła od jego płaszcza, tak zawzięcie szarpnąwszy przy tym zębami, że być może straciła jeden czy dwa. W następnej sekundzie uderzyła plecami w ziemię, a wtedy uszło z jej płuc całe powietrze, z głowy zaś umknęła większość myśli. Zanim zdążyła odzyskać oddech, zebrać myśli i unieść się na rękach, zobaczyła, że olbrzym odchodzi wielkimi krokami aleją, docierając już prawie do ulicy. Zresztą aleja, którą szedł, zmieniła się obecnie w wąski pas ziemi między dwoma kamiennymi budynkami. Nie będzie świadków jego poprzedniego czynu. Drżąc (nie dygotała, tylko drżała!), wypluwała przez chwilę z ust kawałki brudnej wełny i ślinę przesiąkniętą potem Nadrica, gapiąc się w plecy porywacza pełnym nienawiści spojrzeniem. Gdyby miała w zasięgu ręki nóż, który wcześniej ukryła, zadźgałaby wielkiego Aiela. Nie była dość ładna, by o nią walczyć?! Jakąś częścią swego umysłu wiedziała, że absurdem jest karmienie własnego gniewu, ot tak, dla samego ciepła tego uczucia. Ale skoro pomagało jej to powstrzymać drżenie... Dźgała go w myślach i dźgałaby go, póki starczyłoby jej siły w rękach.
Stanęła w końcu na trzęsących się jak galareta nogach i zbadała zęby językiem. Na szczęście wszystkie były całe; nie wyczuła żadnych odprysków. Twarz miała podrapaną od szorstkiej wełny płaszcza Nadrica, a wargi obolałe, poza tym wszakże nic jej się nie stało. Otrząsnęła się z zaskoczenia. Była cała, zdrowa i mogła opuścić aleję. Była wolna, w każdym razie tak wolna, jak mogła być wolna osoba w szatach gai’shain. Jeśli więcej osób — podobnie jak Nadric — przestało widzieć w tych szatach ochronę dla noszącego je gai’shain... Fakt taki oznaczałby swego rodzaju rozłam wśród Shaido. W takim przypadku obóz stałby się dla Faile miejscem bardziej niebezpiecznym, z drugiej strony wszakże większa dezorganizacja dawała więcej okazji do ucieczki. Z takiej w każdym razie strony starała się spojrzeć na tę sytuację. Dowiedziała się właśnie czegoś, co mogło jej pomóc. Gdybyż tylko potrafiła powstrzymać to drżenie.
Wreszcie niechętnie zerknęła na swojego wybawcę. Już wcześniej rozpoznała jego głos. Mężczyzna stał w pewnej odległości od niej, przyglądając jej się spokojnie i nie robił żadnego gestu sugerującego współczucie. Przemknęło jej przez głowę, że zacznie wrzeszczeć, jeśli tylko Aiel ją dotknie. Kolejny absurd, wszak ją uratował, jednak miała już dosyć. Rolan był nie więcej niż o dłoń niższy od Nadrica i prawie tak samo szeroki w barach, Faile zaś miała powody, by pragnąć również jego śmierci. Nie był przedstawicielem Shaido, lecz Pozbawionych Braci, czyli Mera’din, ludzi, którzy opuścili swe klany, ponieważ nie akceptowali Randa al’Thora, za którym podążyli pozostali Aielowie. A poza tym rzeczywiście „zrobił z niej gai’shain”. To prawda, że tylko dzięki niemu nie zamarzła na śmierć w noc po porwaniu, gdyż owinął ją wtedy własnym płaszczem, nie potrzebowałaby wszakże żadnego dodatkowego okrycia, gdyby najpierw on sam nie pociął na niej ubrania. Osobę, która miała zostać gai’shain, zawsze w pierwszej kolejności obnażano, lecz mimo to Faile wcale nie zamierzała wybaczyć Rolanowi jego postępku.
— Dziękuję — powiedziała. Wydało jej się, że słowo smakuje na jej języku cierpko.
— Nie proszę cię o wdzięczność — odparł łagodnie. — Nie patrz na mnie, jakbyś chciała mnie ugryźć, tylko dlatego, że nie mogłaś pokąsać Nadrica.
Ledwie nad sobą zapanowała, ale udało jej się nie warknąć na mężczyznę. Potrafiła sobie narzucić potulne zachowanie, a równocześnie już się obróciła i dumnie ruszyła ku ulicy. To znaczy... starała się kroczyć z dumą, gdyż nogi nadal trzęsły się tak mocno, że jej chód wypadał nieco kaczkowato. Mijający ją gai’shain najwyżej rzucali w jej kierunku szybkie spojrzenia i dalej z trudem sunęli ulicą, obciążeni pełnymi wody wiadrami. Niewielu jeńców miało ochotę interesować się kłopotami innych. Wszyscy mieli dość własnych problemów.
Sięgając po przewrócony kosz z praniem, Faile wydała ciężkie westchnienie. Kosz leżał na boku, a białe, jedwabne bluzki i spódnice z ciemnego jedwabiu wypadły z niego na brudny od popiołu chodnik. Na szczęście wyglądało na to, że nikt ich nie podeptał. Gdyby podeptała je jedna z osób, które cały ranek nosiły wodę i miały przed sobą perspektywę noszenia wiader aż do wieczora, Faile musiałaby wybaczyć komuś takiemu, że nie zdołał obejść strojów Sevanny, szczególnie że wszędzie wokół walały się strzępy odzieży zdartej ze zmienionym w gai’shain maldeńczyków. W każdym razie próbowałaby komuś takiemu wybaczyć. Ustawiła kosz prosto i zaczęła zbierać ubrania, otrzepując je z ziemi i luźnego popiołu, a jednocześnie usiłując ich nie wygnieść. W przeciwieństwie do Someryn, Sevanna pokochała jedwab. Nie nosiła niczego innego. Była tak samo dumna ze swoich jedwabi, jak ze swojej biżuterii i traktowała je z jednakową zaborczością. Nie byłaby zadowolona, gdyby się okazało, że którejś z części jej garderoby nie da się już doczyścić.