Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Faile już miała się odwrócić, kiedy zauważyła zapatrzoną w dal ciemnowłosą kobietę Aiel. Jej włosy były nie tyle ciemne, co czarne niczym skrzydło kruka. Taki kolor włosów stanowił wśród Aielów prawdziwą rzadkość. Mimo iż nie widziała jej twarzy, Faile wydało się, że rozpoznaje Alarys, inną Mądrą. W obozie było około czterystu Mądrych, jednak Faile szybko nauczyła się je rozpoznawać po wyglądzie. Tkaczka czy garncarka myląca z sobą Mądre mogła szybko zasłużyć na chłostę.
Może fakt, że Alarys również stała nieruchomo i spoglądała w tym samym kierunku co Someryn, nic by nie znaczył, podobnie jak to, że pozwoliła swemu szalowi ześlizgnąć się na ziemię, tyle że za nią Faile rozpoznała jeszcze inną Mądrą, też patrzącą w dal, na północny zachód i klepiącą przechodzące przed nią osoby. Tą Mądrą musiała być Jesain, która otrzymałaby epitet „niska”, nawet gdyby nie pochodziła z Aielów, kobieta o wielkiej czuprynie tak intensywnie rudych włosów, że zbladłby przy nich ogień, i równie ognistym temperamencie. Masalin mówiła coś do człowieka z koniem i wskazywała na zwierzę. Nie potrafiła przenosić Mocy, jednak trzy Mądre, które umiały, wpatrywały się w tym samym kierunku! Tylko jedna rzecz mogła wyjaśnić to zdarzenie — Mądre dostrzegły kogoś przenoszącego Moc w górze, na zalesionym paśmie górskim, za obozem. Inna przenosząca Moc Mądra na pewno nie wzbudziłaby w nich tak ogromnego zaskoczenia. Czy mogła to zatem robić jakaś Aes Sedai? A może więcej niż jedna? Lepiej nie wzbudzać w sobie nadziei. Za wcześnie.
Klepnięcie w głowę oszołomiło ją i Faile o mało nie upuściła kosza.
— Czego stoisz jak kołek? — warknęła na nią Someryn. — Kontynuuj swoją pracę. Idź, zanim ci...!
Faile odeszła więc, podtrzymując jedną ręką kosz, drugą zaś unosząc spódnice swej szaty nad błotnistym śniegiem i przemieszczając się najszybciej, jak mogła bez pośliźnięcia się i upadku na ziemię. Someryn nigdy nikogo nie biła i nigdy na nikogo nie podnosiła głosu. Skoro teraz zareagowała zatem tak nerwowo, najlepiej było natychmiast zejść jej z drogi. Pokornie i posłusznie.
Duma podpowiadała wprawdzie Faile inne zachowanie — chłodny bunt, spokojną odmowę wykonania polecenia — jednak rozum mówił, że w ten sposób ściągnie na siebie uwagę Mądrych, które zaczną ją dwukrotnie staranniej pilnować. Może Shaido uważali gai’shain z bagien jedynie za oswojone zwierzęta, nie byli wszakże zupełnie ślepi. Niech myślą, że Faile uznała swoją niewolę za coś nieuniknionego i nieodwracalnego, że nie zamierza uciec. Nie powinni wiedzieć, że zamyślała ucieczkę. Im prędzej, tym lepiej. Na pewno zanim zjawi się Perrin. Ani przez chwilę nie wątpiła, że małżonek podąża jej tropem, że jakoś ją znajdzie — ten człowiek potrafiłby chyba przejść przez ścianę, gdyby tak sobie postanowił! — czuła wszakże, że musi umknąć wcześniej. Była przecież córką żołnierza. Znała liczbę Shaido Aiel i znała też wielkość potencjalnych sił, które jej mąż mógł wezwać, toteż zdawała sobie sprawę, że musi dotrzeć do niego, zanim zacznie się potyczka. Trzeba było tylko najpierw wymyślić, jak wyrwać się spod nadzoru Shaido.
Na kogo patrzyły Mądre? Na Aes Sedai czy może na Mądre Perrina? O Światłości, Faile miała nadzieję, że to nie one, że to jeszcze nie grupka jej męża! Inne sprawy miały teraz pierwszeństwo, na przykład pranie. Faile niosła kosz z ruin, które pozostały po mieście Malden, przebijając się przez gęsty strumień gai’shain. Opuszczający miasto nosili na ramionach długie drągi z parą ciężkich wiader na końcach, natomiast puste wiadra wchodzących do Malden kołysały się na drągach dzierżonych przez innych gai’shain. Tak wiele osób w obozie potrzebowało bardzo dużo wody, którą jeńcy dostarczali wiadro po wiadrze. Do tej pracy wyznaczono najpierw tych gai’shain, którzy wcześniej mieszkali w Malden. Ponieważ miasto leżało tak daleko na północy Altary, cera jego mieszkańców była raczej jasna niż oliwkowa, niektórzy mieli nawet niebieskie oczy. Wszyscy jednak posuwali się przed siebie w oszołomieniu. Shaido, którzy wspięli się na miejskie mury pewnej nocy, z łatwością przełamali obronę Malden, zanim jeszcze większość maldeńczyków uświadomiła sobie, że znajdują się w niebezpieczeństwie. Chociaż od tamtej nocy minęło nieco czasu, mieszkańcy miasta wciąż wydawali się niezdolni uwierzyć w zdarzenia, w wyniku których ich życie tak kompletnie się zmieniło.
Jednakże Faile szukała pewnej konkretnej twarzy i miała nadzieję, że ta osoba nie nosi dziś wody. Rozglądała się za nią od dnia, w którym Shaido rozbili tu obóz, co miało miejsce cztery dni temu. Odszukała teraz tę kobietę tuż za miejskimi bramami stojącymi obecnie otworem. Odziana na biało, wyższa od Faile, z płaskim koszem chleba przy biodrze i kapturem odsuniętym na tyle, że ujawniał grzywę ciemnorudych włosów, Chiad opierała się o granitowy mur. Kobieta prawdopodobnie przypatrywała się żelaznym bramom, które nie zdołały ochronić Malden, ale obróciła się, gdy tylko Faile do niej podeszła. Stały przez moment obok siebie, właściwie na siebie nie patrząc i udając, że poprawiają niesione kosze. Nie istniały żadne powody, dla których dwie gai’shain nie miałyby z sobą rozmawiać, obie powinny wszakże pamiętać, że zostały razem schwytane. Bain i Chiad nie obserwowano tu z taką uwagą jak gai’shain służących Sevannie, lecz ich status mógłby się zmienić, jeśli ktoś zapamięta tę rozmowę. Prawie wszystkie osoby w zasięgu ich wzroku były gai’shain, w dodatku pochodzącymi z miejsca na zachód od Muru Smoka, tym niemniej zbyt wielu jeńców odkryło, jak łatwo wkraść się w czyjeś łaski dzięki przekazywaniu opowieści i pogłosek. A większość ludzi zrobi wszystko, co trzeba, byle tylko przeżyć, niektórzy zaś zawsze, niezależnie od okoliczności, próbują obrosnąć w piórka.
— Odeszli stąd pierwszej nocy — mruknęła Chiad. — Bain i ja wyprowadziłyśmy ich do tych drzew, a wracając, zatarłyśmy ślady. Chyba nikt nie zauważył ich odejścia, tak mi się zdaje. Przy tak wielkiej ilości gai’shain, Shaido jedynie cudem mogliby odkryć czyjeś zniknięcie.
Faile wydała ciche westchnienie ulgi. Minęły zatem trzy dni i Shaido Aiel nie zauważyli ucieczki. Nieliczni miewali pełny dzień swobody, więc szanse na sukces zwiększały się z każdym dniem na wolności, Faile miała zaś pewność, że Shaido wyruszą jutro lub pojutrze. Od jej porwania nie zatrzymywali się nigdzie na tak długo. Podejrzewała, że podejmą próbę marszu z powrotem do Muru Smoka i przekroczenie go, aby ponownie się znaleźć w Pustkowiu.
Niełatwo jej było namówić Lacile i Arrelę na odejście bez niej. W końcu przekonała ich prośbą, by skontaktowały się z Perrinem i przekazały mu, gdzie znajduje się jego żona, a przy okazji ostrzegły go przed ogromną ilością Shaido Aiel i zażądały w jej imieniu wstrzymania jakichkolwiek działań, które mogłyby jej zaszkodzić i uniemożliwić ucieczkę. Ucieczkę, którą jakoby już starannie przygotowała. Faile żywiła przekonanie, że obie kobiety uwierzyły w jej słowa, zresztą w jakimś sensie rzeczywiście przygotowywała już zbiegnięcie — faktycznie miała kilka planów, z których jeden musiał się przecież powieść — jednak aż do tamtej chwili była w połowie pewna, że Lacile i Arrela postanowią dotrzymać złożonych przysiąg i nie zdecydują się na ucieczkę bez swojej pani. Przysięgi wody w jakiś sposób wiązały silniej niż przysięgi posłuszeństwa, jednak zostawiały też wiele miejsca dla głupot popełnianych w imię honoru. Po prawdzie, Faile nie wiedziała, czy dwie kobiety potrafią odnaleźć Perrina, ale — tak czy owak — będą wolne, a jej zostaną jeszcze dwie towarzyszki, których losem będzie się musiała przejmować. Nieobecność trzech służących Sevanna oczywiście bardzo szybko by zauważyła, w przeciągu kilku godzin zapewne, i bezzwłocznie wysłałaby za nimi najlepszych zwiadowców, wyznaczając im zadanie sprowadzenia kobiet z powrotem. Faile świetnie znała lasy, jednak na pewno nie zdołałaby uniknąć zwiadu Aielów. Nawet „zwykłego” gai’shain, który uciekł i został schwytany, spotykała sroga kara, a w przypadku gai’shain Sevanny... lepiej byłoby umrzeć podczas próby ucieczki, niż dać się złapać i doprowadzić z powrotem. W najlepszym razie tacy zbiegowie nigdy nie zyskiwali drugiej okazji.