Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Faile i Someryn stały za czymś, co Faile uważała za granicę między obozem Shaido i obozem gai’shain — czyli obozem więźniów — choć właściwie obie te części składały się na jedno duże obozowisko. Niektórzy gai’shain spali wśród Shaido, resztę wszakże trzymano w środku obozu (chyba że komuś wyznaczono pracę w innym miejscu), niczym bydło ogrodzone murem Shaido Aiel przed pokusą wolności. Większość mijających je mężczyzn i kobiet nosiła białe szaty gai’shain, choć stroje jedynie nielicznych były tak pięknie utkane jak rzeczy Faile. Ponieważ Shaido musieli przyodziać nagle tyle osób, zwykle korzystali z pierwszego lepszego białego materiału, który mieli pod ręką. Niektórych zatem ubrano w warstwy grubego lnu, tkaniny ręcznikowej lub szorstkiego płótna namiotowego; wiele szat nosiło plamy z błota bądź sadzy. Naprawdę niewielu gai’shain było wysokimi, jasnookimi Aielami. Ogromna większość miała rumianą cerę Amadician, oliwkową skórę Altaran albo bladą karnację Cairhienian, od czasu do czasu trafiali się też wśród nich podróżnicy lub kupcy z Illian czy Tarabonu lub przedstawiciele innych narodowości, którym przydarzyło się znaleźć w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze. Oprócz garstki Aielów w bieli, najdłużej Shaido trzymali Cairhienian, toteż podchodzili oni do swojej sytuacji z największą rezygnacją, niemniej jednak wszyscy ze spuszczonymi oczyma wykonywali swoje zadania tak szybko, jak pozwalał rozdeptany w papkę śnieg i błoto. Spodziewano się, że gai’shain będą okazywać pokorę, posłuszeństwo i gorliwość. Inne zachowanie kończyło się bolesnymi szturchańcami.
Faile chętnie by się pospieszyła. Było jej zimno w stopy i pragnęła jak najprędzej pozbyć się brudnych ubrań Sevanny. Poza tym zbyt wiele osób mogłoby ją zobaczyć, jak stoi na dworze wraz z Someryn. Mimo obszernego kaptura skrywającego jej twarz, z powodu otaczającego jej talię szerokiego pasa z lśniących złotych kółek i dopasowanego kołnierza wszyscy wiedzieli, że mają do czynienia z jedną ze służących Sevanny. To znaczy nikt nie określał ich tym słowem — w oczach Aielów określenie „służący” było poniżające — jednak tym właśnie byli, przynajmniej ludzie z bagien, a w dodatku im nie płacono, mieli mniej praw i mniej wolności niż jakikolwiek przedstawiciel służby, o jakim Faile kiedykolwiek słyszała. Prędzej czy później sama Sevanna się dowie, że Mądre zatrzymują jej gai’shain, usiłując ich wypytać. Sevanna miała dobrze ponad stu służących i ciągle do tej grupy dodawała nowych, a Faile była pewna, że nawet najmniej ważny z nich powtarza dalej jej każde słowo, które słyszał w rozmowie Sevanny z Mądrymi.
Pułapka okazywała się brutalnie skuteczna. Sevanna była surową panią, choć raczej w niedbały sposób, toteż nigdy nie krzyczała i w ogóle rzadko otwarcie się gniewała, jednak najdrobniejsze naruszenie prawa, najmniejsze nawet uchybienie w postępowaniu albo zachowaniu karała natychmiast uderzeniem witką lub rzemieniem, co wieczór zaś pięciu gai’shain, którzy najbardziej jej się narazili, wybierano do dalszych kar — czasami po pobiciu spędzali noc związani i zakneblowani, ot, choćby dla zniechęcenia do buntu pozostałych. Faile wolała się nie zastanawiać, jak ta kobieta potraktowałaby szpiega. Z drugiej strony Mądre nie ukrywały, że osobę, która nie przekaże im dobrowolnie tego, co podsłuchała, spróbuje coś zatrzymać dla siebie bądź też zechce negocjować „cenę” za donosicielstwo, czeka niepewna przyszłość i prawdopodobnie skończy ona w płytkim grobie. Krzywdzenie gai’shain poza dozwolone granice dyscypliny oznaczało pogwałcenie ji’e’toh, zbioru zasad honoru i zobowiązań, którym rządziło się życie Aielów, ale gai’shain z bagien najwidoczniej pewna liczba reguł nie dotyczyła.
Prędzej czy później jedna czy druga strona tej pułapki się zatrzaśnie. Może nie zatrzasnęły się jeszcze dlatego, że Shaido uważali swoich gai’shain z bagien za istoty nie lepsze od koni zaprzęgowych czy zwierząt jucznych, chociaż po prawdzie zwierzęta traktowali zdecydowanie łaskawiej. Od czasu do czasu jakiś gai’shain próbował uciec, lecz na co dzień po prostu wszyscy oni dostawali jedzenie i schronienie, wyznaczano im zadania i karano ich, gdy tych zadań nie wypełniali. Mądre nie spodziewały się po gai’shain nieposłuszeństwa, a Sevanna nie myślała, że będą ją szpiegować — nie bardziej, niż się oczekuje śpiewu po koniach. Jednak prędzej czy później... I nie była to jedyna pułapka, w której utknęła Faile.
— Mądra, nie mam ci nic więcej do powiedzenia — wymamrotała, widząc, że Someryn milczy. Trzeba być niezdrowym na umyśle, aby odejść od Mądrej bez jej pozwolenia i jednoznacznej odprawy. — Mądra Sevanna mówi przy nas całkiem swobodnie, lecz nie mówi zbyt wiele.
Wysoka Someryn nadal milczała, więc po długiej chwili Faile ośmieliła się nieco wyżej unieść oczy. Mądra wpatrywała się gdzieś ponad jej głową, a otwarte usta jawnie sugerowały ogłuszające zdumienie. Faile zmarszczyła brwi, przesunęła kosz na ramieniu i zerknęła za siebie, nie zobaczyła jednak niczego, co mogłoby wyjaśniać zaskoczoną minę Someryn — widziała po prostu rozległy obóz, ciemne, niskie namioty Aielów przemieszane z namiotami spiczastymi, prostokątnymi i różnymi innymi, zazwyczaj w odcieniach brudnej bieli lub jasnego brązu, choć zdarzały się także zielone, niebieskie, czerwone, a nawet pasiaste. Shaido podczas ataku zabierali wszystko, co wartościowe i wszystko, co mogłoby się okazać przydatne, a gdy wyruszali w dalszą drogę, dokładnie sprzątali miejsce po obozowisku, nie pozostawiając po sobie niemal żadnych śladów.
Tutejsze obozowisko było wielkie i tłoczne. Zebrało się w nim dziesięć szczepów, czyli ponad siedemdziesiąt tysięcy Shaido Aiel i — wedle oceny Faile — prawie tyleż samo gai’shain. Wszędzie dostrzegała jedynie zwykłą krzątaninę — zajmujący się swoimi sprawami ciemno odziani Aielowie kręcili się między pędzącymi w tę i z powrotem, ubranymi na biało jeńcami. Kowal dął w miechy kowalskie w kuźni, którą stworzył sobie w otwartym namiocie; jego narzędzia leżały na wygarbowanej, byczej skórze. Dzieci poganiały witkami stadka meczących kóz, jakaś przekupka prezentowała swoje towary w dużym, otwartym, ozdobnym namiocie z żółtego płótna — leżały tam wszystkie możliwe przedmioty (oczywiście zagrabione) od złotych świeczników i srebrnych misek po zwyczajne rondle i czajniki. Szczupły mężczyzna prowadzący na postronku konia stał pogrążony w rozmowie z siwowłosą Mądrą imieniem Masalin. Wnosząc z jego gestu, wskazującego na brzuch zwierzęcia, bez wątpienia szukał lekarstwa na jakąś dolegliwość swego wierzchowca. Nie, wokół nie działo się nic, co mogłoby tak bardzo oszołomić Someryn, że aż mimowolnie otworzyła usta.