Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Za miastem, od strony północnej i południowej, teren był mniej zaludniony i rzadziej zalesiony niż tutejsze wzgórza. Tu i ówdzie znaczyły krajobraz farmy, jednak z kominów domów nie unosił się dym. Płoty odgradzały leżące pod śniegiem pola, przez które prawdopodobnie grupka ludzi mogłaby spróbować przejść niezauważona, nawet z pochodniami, sztandarami czy grając na trąbach. Perrin dostrzegł wśród farm dwie drogi — jedna wiodła mniej więcej na południe, druga mniej więcej na północ. Prawdopodobnie obie były bezużyteczne dla jego celów, choć wiedział, że nigdy nie należy niczego przesądzać. Może Jondyn przyniesie jakieś informacje o mieście, chociaż fakt istnienia miasta też im chyba w niczym nie pomoże, skoro leżało ono obecnie w samym środku obozowiska Shaido. Tak przynajmniej podejrzewał Aybara. Gaul i Panny Włóczni po powrocie z obchodu obozu na pewno będą mogli mu powiedzieć, co się znajduje za następnym górskim pasmem. Jedna z przełęczy w tym paśmie wyglądała na drogę prowadzącą gdzieś na wschód. Co dziwne, może z milę na północ od owej przełęczy stała grupka wiatraków, których długie, białe skrzydła obracały się powoli, zaś druga podobna garstka stała najprawdopodobniej na szczycie następnego wzgórza. Perrin zauważył także rząd osobliwych łuków przywodzących na myśl długi, wąski most — ciągnęły się po zboczu w dół, od najbliższych wiatraków aż do murów miasta.
— Czy ktoś wie, co to jest? — spytał, wskazując na owe łuki. Dokładna obserwacja przez lunetę nie powiedziała mu wiele więcej. Odkrył jedynie materiał — łuki wykonano najwyraźniej z tego samego szarego kamienia, co miejskie mury. Przez lunetę cała konstrukcja wydała mu się wszakże zbyt wąska jak na most. Brakowało jej też bocznych ścian i chyba również podłoża.
— Służy do przynoszenia wody — wyjaśniła Sulin. — Biegnie przez pięć mil, aż do jeziora. Nie wiem, dlaczego nie zbudowali swego miasta bliżej wody, chociaż większość ziemi wokół jeziora wygląda na błotnistą, szczególnie podczas roztopów, więc może w tym tkwi przyczyna. — Już nie musiała się zastanawiać nad nieznanymi słowami, takimi jak „błoto”, tym niemniej z respektem wymówiła wyraz „jezioro”. Tyle wody w jednym miejscu zapewne ciągle wydawało się Aielom nieco niepojęte. — Myślisz o tym, że można by wstrzymać ich dostawy wody? Pewnie wtedy opuściliby obóz. — Miała na myśli walkę przy użyciu wody. Na Pustkowiu większość bitew rozpoczynała się od kwestii wody. — Ja wszakże nie sądzę...
W głowie Aybary wybuchły nagle kolory, prawdziwa eksplozja barw — tak silna, że mężczyzna przestał na moment cokolwiek widzieć i słyszeć. To znaczy w każdym razie nie widział niczego poza zawirowaniami koloru. Barwy napływały wielkimi falami, jak gdyby wcześniej wypychając je wielokrotnie z głowy, skonstruował w niej sobie tamę, w którą teraz uderzała ta milcząca powódź, wirując w bezdźwięcznych wirach i próbując go w siebie wessać. W owym zawirowaniu Perrin dostrzegł nagle obraz Randa i Nynaeve siedzących naprzeciwko siebie na ziemi — wizerunek tak jasny i wyraźny, że wcale nie wydawał się tworem wyobrażonym. Ale Aybara nie miał czasu dla Randa, nie teraz. Nie teraz! Złapał więc w myślach kolory, niczym tonący człowiek usiłujący wbić palce w twardą powierzchnię, szarpnął z całych sił i... wyrzucił je!
Wzrok i słuch wróciły, wrócił otaczający świat, zwaliwszy się na mężczyznę w jednej sekundzie.
— ...to szaleństwo — mówił Grady tonem pełnym niepokoju. — Nikt nie może dzierżyć tak dużej ilości saidina, żebym mógł to wyczuć z tak ogromnej odległości! Nikt!
— Teoretycznie nikt nie może też dzierżyć tak dużej ilości saidara — odparowała Marline. — A jednak ktoś to robi.
— Przeklęci? — Annourze jawnie drżał głos. — Przeklęci, używający jakiegoś sa’angreala, o którym nigdy nie słyszeliśmy. Albo... albo sam Czarny.
Cała trójka zapatrzyła się ponownie na północny zachód. Choć Marline wydawała się spokojniejsza niż Annoura czy Grady, unosił się wokół niej zapach strachu i zmartwienia. Pozostali, z wyjątkiem Elyasa, badali tę trójkę wzrokiem ludzi, którzy czekają na obwieszczenie, że właśnie się rozpoczęło nowe Pęknięcie Świata. Oblicze Machery natomiast oznaczało akceptację. Wilk warczy, gdy widzi przed sobą lawinę przynoszącą mu śmierć, z drugiej strony jednak zwierzę wie, że śmierć przyjdzie i tak, prędzej czy później, i że nie sposób z nią walczyć.
— To Rand — szepnął Perrin ochrypłym głosem. Zadrżał, gdyż kolory próbowały powrócić, na szczęście zdołał je powstrzymać. — To jego sprawka. A Rand nie porzuca w połowie rozpoczętych spraw, niezależnie od ich rodzaju. — Wszyscy się na niego gapili, nawet Machera. — Potrzebuję więźniów, Sulin. Shaido chyba wysyłają jakieś oddziały na polowanie? Elyas twierdzi, że mają wartowników, kilka mil od obozu, małe grupki. Możecie zdobyć dla mnie paru jeńców?
— Posłuchaj mnie uważnie — odrzekła Annoura. Mówiła szybko, niemal wypluwając słowa. Uniosła się znad śniegu na tyle, by sięgnąć przez Marline i złapać w dłoń wielką garść fałd płaszcza Aybary. — Coś się dzieje. Może coś cudownego, a może straszliwego, lecz bez wątpienia doniosłego, ważniejszego niż wszystko, co się zdarzyło w utrwalonej dotąd historii! Musimy się dowiedzieć, o co chodzi! Grady może nas tam zabrać, doprowadzić przynajmniej na tyle blisko, żebyśmy mogli wszystko zobaczyć. Gdybym znała właściwe sploty, sama mogłabym nas tam przenieść! Tak czy owak, musimy się tego dowiedzieć!
Wytrzymując jej spojrzenie, Aybara podniósł rękę i Annoura zamilkła z otwartymi ustami. Żadnej Aes Sedai nie udało mu się chyba nigdy przedtem tak łatwo uciszyć.
— Powiedziałem ci, co się dzieje. My jednak mamy zadanie do wykonania. Tam na dole, przed nami. Sulin?
Panna Włóczni spoglądała to na niego, to na Aes Sedai, to na Marline. W końcu wzruszyła ramionami.
— Niewiele przydatnych faktów poznasz, nawet jeśli dokładnie wypytasz tych Aielów. Jeńcy zniosą ból, a później cię wyśmieją. Wstyd przyjdzie powoli... o ile ci Shaido w ogóle jeszcze potrafią się wstydzić.
— Obojętnie, czego się dowiem, i tak będę wiedział więcej, niż wiem teraz — odciął się Perrin. Czekało go zadanie, było tuż przed nim. Łamigłówka, którą musiał rozwiązać, Faile, którą musiał uwolnić i Shaido, których musiał zniszczyć. Tylko te sprawy ze wszystkich na świecie miały teraz dla niego znaczenie.
9
Pułapki
A ona skarżyła się znów na trwożliwość innych Mądrych — podsumowała Faile najłagodniejszym tonem, na jaki potrafiła się zdobyć, poprawiając duży kosz, który niosła na jednym ramieniu i przestępując z nogi na nogę w błotnistym śniegu. Kosz nie był ciężki, chociaż po brzegi wypełniony brudnym praniem, włożona na ciepłą bieliznę biała, wełniana szata kobiety — gruba i ciepła, jednak wysokie buty z miękkiej, pobielonej skóry nie dawały zbytniej ochrony wobec zimnego, rozmokłego śniegu. — Kazano mi dokładnie informować o każdym słowie wypowiedzianym przez Mądrą Sevannę — dodała szybko. Someryn należała właśnie do tych „innych” Mądrych i skrzywiła się na słowo „trwożliwość”.
Tylko dolną część jej twarzy widziała Faile spod opuszczonych powiek. Od gai’shain wymagano pokornego zachowania, szczególnie od gai’shain, które nie pochodziły z Aielów i chociaż Faile popatrywała przez rzęsy, starając się zinterpretować minę Someryn, niewiele widziała, gdyż Mądra była wyższą niż większość mężczyzn, nawet mężczyzn Aielów, złotowłosą olbrzymką, która wyraźnie nad nią górowała. Zazwyczaj więc sięgała wzrokiem jedynie ku wydatnemu biustowi Someryn, słonecznej cerze pulchnego dekoltu w rozsznurowanej niemal do połowy piersi bluzce, prawie całkowicie pokrytemu solidną kolekcją długich naszyjników, łez ognia i szmaragdów, rubinów i opali, trzywarstwowych splotów dużych pereł i złotych łańcuchów o zawiłych wzorach. Większość Mądrych wydawała się nie lubić Sevanny, która „pełniła obowiązki dowodzącej” aż do czasu wyboru nowego szefa klanu Shaido, do czego najprawdopodobniej nie dojdzie zbyt szybko. Mimo to Mądre starały się wciąż umniejszać jej autorytet, ilekroć tylko nie sprzeczały się między sobą albo nie tworzyły klik; jednak wiele z nich podzielało miłość Sevanny do biżuterii ludzi z bagien, a niektóre zaczęły nawet za jej przykładem nosić pierścienie na palcach. Dlatego też Someryn miała na palcu prawej dłoni duży, biały opal, który błyszczał czerwienią, kiedy kobieta poprawiała szal na ramionach, na palcu lewej zaś długi, niebieski szafir otoczony rubinami. Nie przyswoiła sobie wszakże strojów z jedwabiu. Bluzkę miała więc z prostej białej algode, z Pustkowia, a spódnicę i szal z grubej wełny, równie ciemnej jak złożona wpół szarfa, którą przewiązała sobie długie do talii złote włosy, dzięki czemu nie opadały jej na twarz. Zimno chyba wcale jej nie przeszkadzało.