Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 173
Перейти на страницу:

Na­brał tchu, jak­by wła­śnie zrzu­cił z sie­bie wiel­ki cię­żar.

– Oto moja za­słu­ga.

* * *

Tak jak prze­wi­dy­wa­ła, wą­wóz, któ­rym je­cha­li, za­czął się roz­sze­rzać. Ścia­ny od­da­li­ły się od sie­bie, na­chy­li­ły ła­god­niej, gdzie­nie­gdzie po­ra­sta­ły nie tyl­ko mchem, ale rów­nież kę­pa­mi tra­wy i ma­ły­mi krzacz­ka­mi.

– Zgod­nie z tym, co mó­wił La­skol­nyk, dro­ga co­raz bar­dziej się roz­sze­rza i pro­wa­dzi do do­li­ny, na któ­rej koń­cu stoi za­mek.

– Wiem o tym, Ka­ile­an. – Ko­ci­mięt­ka otrzą­snął się już z pierw­sze­go wra­że­nia. – Po­praw mnie, je­śli się mylę, ale do­li­na to coś jak­by dziu­ra mię­dzy ska­ła­mi?

– Mniej wię­cej. Tak samo jak koń to taki ko­ciak z ko­py­ta­mi.

– Mą­dra­la.

* * *

– Oto moja za­słu­ga.

Te pierw­sze sło­wa, to pra­wie ma­gicz­ne wy­zna­nie wy­rwa­ło się jej z ust nie­mal prze­mo­cą. Otwar­cie szło po kole i choć­by bar­dzo chcia­ła, nie mo­gła go unik­nąć. Oczy­wi­ście ist­nia­ło roz­wią­za­nie, mo­gła zga­sić swój ogień, od­wró­cić się i wyjść w noc. Nikt nie pró­bo­wał­by jej za­trzy­mać, nikt nie po­wie­dział­by sło­wa. Po pro­stu prze­sta­ła­by być czę­ścią cza­ar­da­nu.

– Na­zy­wam się Ka­ile­an-ann-Ale­wan i to moje praw­dzi­we imię i na­zwi­sko. Je­stem Me­ekhan­ką czy­stej krwi, nie­mal jak klacz z ro­do­wo­dem. Po­cho­dzę z pół­no­cy, z Ole­ka­dów, ale moja ro­dzi­na wy­wo­dzi się z cen­tral­nych pro­win­cji...

Te­raz zro­zu­mia­ła, co daje trzy­ma­na w dło­ni świecz­ka. Za­pa­trzy­ła się w tań­czą­cy na kno­cie pło­myk i na­gle, sama nie wie­dzia­ła jak, ten mały ognik stał się cen­trum jej wszech­świa­ta. Nie było ni­cze­go in­ne­go, staj­ni, to­wa­rzy­szy z cza­ar­da­nu, in­nych pło­mie­ni, była tyl­ko ona i trzy­ma­ne w ręku świa­teł­ko. To jemu się spo­wia­da­ła.

Opo­wie­dzia­ła mu o swo­im ży­ciu w gó­rach, cięż­kiej pra­cy, gło­dzie i chło­dzie, opo­wie­dzia­ła o wy­pra­wie na po­łu­dnie w po­szu­ki­wa­niu lep­sze­go ży­cia i o spo­tka­niu z ban­dy­ta­mi. Opo­wie­dzia­ła o ro­dzi­nie Ver­dan­no, któ­ra ją przy­gar­nę­ła. Nie­któ­rzy z ota­cza­ją­cych ją lu­dzi sły­sze­li już te opo­wie­ści, ale na­wet gdy­by sta­ła te­raz przed wie­lo­ty­sięcz­nym, nie­zna­nym tłu­mem, nie mia­ło­by to zna­cze­nia. Li­czył się tyl­ko trzy­ma­ny w ręku ognik i jej hi­sto­ria. Krót­ka i zwię­zła.

Za­koń­czy­ła ją szyb­ko, szyb­ciej niż Ko­ci­mięt­ka i Da­ghe­na. Ale nie mo­gła wy­krztu­sić sa­kra­men­tal­ne­go „Oto moja za­słu­ga”. Prze­łknę­ła śli­nę raz, po­tem dru­gi, za­mknę­ła oczy i kon­ty­nu­owa­ła:

– Mia­łam psa, wa­bił się Ber­deth. Zgi­nął, gdy na­pa­dli nas ban­dy­ci. I zo­stał ze mną. Jego duch to­wa­rzy­szy mi cały czas... i... nie, to nie tak, nie łazi za mną, do­ma­ga­jąc się, że­bym rzu­ci­ła mu kość. Po pro­stu jest w po­bli­żu. Gdy po­trze­bu­ję, gdy bar­dzo po­trze­bu­ję, wspie­ra mnie w wal­ce, daje siłę, szyb­kość i dzi­ką od­wa­gę. Ale naj­czę­ściej wa­łę­sa się gdzieś wo­kół i uda­je, że nie sły­szy, jak go wo­łam. Dzię­ki nie­mu po­tra­fię cza­sem wi­dy­wać du­chy, cza­sem wy­czuć Moc. Jest czymś w ro­dza­ju prze­wod­ni­ka... przy­ja­cie­la... Po­śred­ni­ka mię­dzy świa­tem du­chów a na­szym. Ni­g­dy mnie nie za­wiódł...

Otwo­rzy­ła oczy. Po­wie­dzia­ła to. Po­wie­dzia­ła to nie lu­dziom w staj­ni, nie to­wa­rzy­szom z cza­ar­da­nu, mimo że nie­je­den raz wal­czy­ła z nimi ra­mię w ra­mię i wie­lu z nich było dla niej jak dru­ga, a może trze­cia ro­dzi­na, tyl­ko wy­zna­ła to pło­mie­nio­wi. A on przy­jął jej sło­wa, za­mi­go­tał na chwi­lę i za­pło­nął ja­śniej.

– Oto moja za­słu­ga – za­koń­czy­ła.

Unio­sła wzrok i spoj­rza­ła wprost na La­skol­ny­ka. Ski­nął jej gło­wą. Po­wio­dła spoj­rze­niem wo­kół. Ko­ci­mięt­ka, Lea, Da­ghe­na, Jan­ne, Fay­len, Niiar, Lan­deh i inni. W ni­czy­im wzro­ku nie zna­la­zła po­tę­pie­nia. Nie moż­na po­tę­pić słów, któ­re pa­dły w ogień.

* * *

– My­śli­cie, że da­dzą radę utrzy­mać od­po­wied­nie tem­po?

Dro­ga, któ­rą je­cha­li, na­dal była me­ekhań­skim trak­tem, ale te­raz na­wet ce­sar­scy in­ży­nie­ro­wie mu­sie­li po­kło­nić się po­tę­dze gór i zre­zy­gno­wa­li z li­nii pro­stych. Tra­sa, pro­wa­dzą­ca do twier­dzy po­ło­żo­nej z dala od głów­nych szla­ków han­dlo­wych, wiła się ła­god­nie, raz wzdłuż jed­ne­go, raz dru­gie­go zbo­cza, prze­ska­ki­wa­ła stru­mień, żeby za­raz skrę­cić ostro w pra­wo i znik­nąć za za­krę­tem. Wą­wóz zo­sta­wi­li za sobą i te­raz mie­li nad gło­wa­mi wię­cej nie­ba, a wzro­kiem się­ga­li da­lej. Mimo to Ka­ile­an wy­raź­nie czu­ła, że jej to­wa­rzy­sze, dzie­ci sze­ro­kich ste­pów, czu­ją się nie­swo­jo. Jan­ne za­dał to py­ta­nie chy­ba tyl­ko po to, żeby prze­rwać po­nu­rą ci­szę.

– Jak do tej pory ra­dzą so­bie le­piej, niż kto­kol­wiek są­dził. A je­śli nie – uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko – Lea ich po­go­ni.

* * *

– Oto moja za­słu­ga. Na­zy­wam się Lea Ka­me­ney. Je­stem Ha­run­dyn­ką, moja ro­dzi­na po­cho­dzi z da­le­kie­go Po­łu­dnia, z Ma­łych Ste­pów. Małe Ste­py są nie­mal ta­kie jak te tu­taj, tyl­ko są... no, małe. Wiel­ka rów­ni­na bez śla­du drzew, na po­łu­dniu i wscho­dzie ogro­dzo­na gó­ra­mi, na pół­no­cy mo­rzem, od za­cho­du gra­ni­czą­ca z Im­pe­rium. Mat­ka mi o niej opo­wia­da­ła. O go­rą­cych la­tach, ostrych zi­mach, wio­snach, gdy tra­wy są mięk­kie jak sierść mło­de­go za­ją­ca, i je­sie­niach, gdy by­dło robi się tak tłu­ste, że le­d­wo może ustać na no­gach. Od dzie­siąt­ków lat Im­pe­rium han­dlu­je z za­miesz­ku­ją­cy­mi tam lu­da­mi, chęt­nie za­cią­ga też na­szych wo­jow­ni­ków do swo­ich puł­ków lek­kiej jaz­dy. Gdy po­ja­wi­li się Se-koh­land­czy­cy, wie­lu mło­dych po­je­cha­ło na woj­nę z nimi, szu­ka­jąc chwa­ły i łu­pów. Wie­lu nie wró­ci­ło. Tak jak mój oj­ciec. Mat­ka cze­ka­ła na nie­go trzy lata. Po­tem sprze­da­ła nasz ro­dzin­ny ma­ją­tek, za­ła­do­wa­ła resz­tę, w tym i mnie, na sześć koni i wy­ru­szy­ła na pół­noc, żeby go szu­kać.

1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)