Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Nabrał tchu, jakby właśnie zrzucił z siebie wielki ciężar.
– Oto moja zasługa.
* * *
Tak jak przewidywała, wąwóz, którym jechali, zaczął się rozszerzać. Ściany oddaliły się od siebie, nachyliły łagodniej, gdzieniegdzie porastały nie tylko mchem, ale również kępami trawy i małymi krzaczkami.
– Zgodnie z tym, co mówił Laskolnyk, droga coraz bardziej się rozszerza i prowadzi do doliny, na której końcu stoi zamek.
– Wiem o tym, Kailean. – Kocimiętka otrząsnął się już z pierwszego wrażenia. – Popraw mnie, jeśli się mylę, ale dolina to coś jakby dziura między skałami?
– Mniej więcej. Tak samo jak koń to taki kociak z kopytami.
– Mądrala.
* * *
– Oto moja zasługa.
Te pierwsze słowa, to prawie magiczne wyznanie wyrwało się jej z ust niemal przemocą. Otwarcie szło po kole i choćby bardzo chciała, nie mogła go uniknąć. Oczywiście istniało rozwiązanie, mogła zgasić swój ogień, odwrócić się i wyjść w noc. Nikt nie próbowałby jej zatrzymać, nikt nie powiedziałby słowa. Po prostu przestałaby być częścią czaardanu.
– Nazywam się Kailean-ann-Alewan i to moje prawdziwe imię i nazwisko. Jestem Meekhanką czystej krwi, niemal jak klacz z rodowodem. Pochodzę z północy, z Olekadów, ale moja rodzina wywodzi się z centralnych prowincji...
Teraz zrozumiała, co daje trzymana w dłoni świeczka. Zapatrzyła się w tańczący na knocie płomyk i nagle, sama nie wiedziała jak, ten mały ognik stał się centrum jej wszechświata. Nie było niczego innego, stajni, towarzyszy z czaardanu, innych płomieni, była tylko ona i trzymane w ręku światełko. To jemu się spowiadała.
Opowiedziała mu o swoim życiu w górach, ciężkiej pracy, głodzie i chłodzie, opowiedziała o wyprawie na południe w poszukiwaniu lepszego życia i o spotkaniu z bandytami. Opowiedziała o rodzinie Verdanno, która ją przygarnęła. Niektórzy z otaczających ją ludzi słyszeli już te opowieści, ale nawet gdyby stała teraz przed wielotysięcznym, nieznanym tłumem, nie miałoby to znaczenia. Liczył się tylko trzymany w ręku ognik i jej historia. Krótka i zwięzła.
Zakończyła ją szybko, szybciej niż Kocimiętka i Daghena. Ale nie mogła wykrztusić sakramentalnego „Oto moja zasługa”. Przełknęła ślinę raz, potem drugi, zamknęła oczy i kontynuowała:
– Miałam psa, wabił się Berdeth. Zginął, gdy napadli nas bandyci. I został ze mną. Jego duch towarzyszy mi cały czas... i... nie, to nie tak, nie łazi za mną, domagając się, żebym rzuciła mu kość. Po prostu jest w pobliżu. Gdy potrzebuję, gdy bardzo potrzebuję, wspiera mnie w walce, daje siłę, szybkość i dziką odwagę. Ale najczęściej wałęsa się gdzieś wokół i udaje, że nie słyszy, jak go wołam. Dzięki niemu potrafię czasem widywać duchy, czasem wyczuć Moc. Jest czymś w rodzaju przewodnika... przyjaciela... Pośrednika między światem duchów a naszym. Nigdy mnie nie zawiódł...
Otworzyła oczy. Powiedziała to. Powiedziała to nie ludziom w stajni, nie towarzyszom z czaardanu, mimo że niejeden raz walczyła z nimi ramię w ramię i wielu z nich było dla niej jak druga, a może trzecia rodzina, tylko wyznała to płomieniowi. A on przyjął jej słowa, zamigotał na chwilę i zapłonął jaśniej.
– Oto moja zasługa – zakończyła.
Uniosła wzrok i spojrzała wprost na Laskolnyka. Skinął jej głową. Powiodła spojrzeniem wokół. Kocimiętka, Lea, Daghena, Janne, Faylen, Niiar, Landeh i inni. W niczyim wzroku nie znalazła potępienia. Nie można potępić słów, które padły w ogień.
* * *
– Myślicie, że dadzą radę utrzymać odpowiednie tempo?
Droga, którą jechali, nadal była meekhańskim traktem, ale teraz nawet cesarscy inżynierowie musieli pokłonić się potędze gór i zrezygnowali z linii prostych. Trasa, prowadząca do twierdzy położonej z dala od głównych szlaków handlowych, wiła się łagodnie, raz wzdłuż jednego, raz drugiego zbocza, przeskakiwała strumień, żeby zaraz skręcić ostro w prawo i zniknąć za zakrętem. Wąwóz zostawili za sobą i teraz mieli nad głowami więcej nieba, a wzrokiem sięgali dalej. Mimo to Kailean wyraźnie czuła, że jej towarzysze, dzieci szerokich stepów, czują się nieswojo. Janne zadał to pytanie chyba tylko po to, żeby przerwać ponurą ciszę.
– Jak do tej pory radzą sobie lepiej, niż ktokolwiek sądził. A jeśli nie – uśmiechnęła się szeroko – Lea ich pogoni.
* * *
– Oto moja zasługa. Nazywam się Lea Kameney. Jestem Harundynką, moja rodzina pochodzi z dalekiego Południa, z Małych Stepów. Małe Stepy są niemal takie jak te tutaj, tylko są... no, małe. Wielka równina bez śladu drzew, na południu i wschodzie ogrodzona górami, na północy morzem, od zachodu granicząca z Imperium. Matka mi o niej opowiadała. O gorących latach, ostrych zimach, wiosnach, gdy trawy są miękkie jak sierść młodego zająca, i jesieniach, gdy bydło robi się tak tłuste, że ledwo może ustać na nogach. Od dziesiątków lat Imperium handluje z zamieszkującymi tam ludami, chętnie zaciąga też naszych wojowników do swoich pułków lekkiej jazdy. Gdy pojawili się Se-kohlandczycy, wielu młodych pojechało na wojnę z nimi, szukając chwały i łupów. Wielu nie wróciło. Tak jak mój ojciec. Matka czekała na niego trzy lata. Potem sprzedała nasz rodzinny majątek, załadowała resztę, w tym i mnie, na sześć koni i wyruszyła na północ, żeby go szukać.