Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
To tutaj rodziła się mroczna, ściskająca serce aura, która wisiała nad głównym obozem.
Złodziej poczuł narastającą wewnątrz lodowatą furię, której przeraziłaby się nawet Anday’ya. Niech was szlag. Niech was wszystkich szlag… Bogowie. Nic się nie zmieniliście.
Nic a nic.
Zgarnął w dłonie garść śniegu i tchnął w nią Moc. Białe kryształki błyskawicznie stopniały i przeciekły mu przez palce.
Pani Lodu, Pani Zimy i Białych Pustkowi. Nie wiem, czy staniemy twarzą w twarz, ale jeśli do tego dojdzie, wepchnę ci każdą uncję tego bólu w gardło i będę patrzył, jak się nim dławisz. Aż zrozumiesz, że ludzie, aherowie i… inne istoty nie są pyłem u twoich stóp, tylko krwią w twoich żyłach, dziwko. I lepiej, byś o tym nie zapominała.
Woda spadła na śnieg i zamarzła w kilka chwil.
Skrzywił się, krusząc warstwę lodu na brodzie i wąsach, wstał i wytarł dłonie w habit. Składanie takich obietnic w samym środku ziemskich posiadłości Pani Lodu było głupie i szalone. Ale głupota i szaleństwo to jego prawa i lewa stopa, prowadziły go przez życie przez ostatnie lata, więc nie widział powodu, by je sobie odcinać.
Te rozmyślania przerwał mu groźny pomruk. Odwrócił się. Zza odległej o najwyżej dwadzieścia jardów lodowej bryły wyłonił się śnieżny niedźwiedź. Białe niegdyś futro miał pożółkłe i zmechacone, zarys żeber przeświecał przez nie niczym pręty dziwacznej klatki, a olbrzymi łeb kołysał się na zbyt chudej szyi. Przedłużając się, zima również dla króla Północy okazała się zabójcza, więc podkradł się pod obozowisko, zwabiony zapachem martwych ciał.
Ukryte w zaropiałych oczodołach ślepia zmierzyły Altsina z góry na dół. Ciało złodzieja miało znacznie więcej mięsa i tłuszczu niż setka wychudłych trupków leżących na lodzie. A takie dwunożne stwory bywały już częścią jadłospisu zwierzęcia.
Altsin wyszczerzył się, sięgając do pasa. To twoja odpowiedź, Pani Lodu? Czy też może zwykły przypadek? Zabrany z obozu myśliwych puginał o ostrzu długim na przeszło stopę służył zapewne kiedyś do porcjowania kawałów wielorybiego tłuszczu. Dobrze jest mieć w ręku solidny kawał stali, gdy w twoją stronę gna kilkaset funtów wygłodniałej śmierci.
Niedźwiedź zaatakował tak jak zawsze, gdy polował, próbując powalić zdobycz uderzeniem łapy, zatopić w niej kły i rozerwać brzuch. Ta ofiara jednak była inna. Cios szponami trafił w pustkę, bo cel ataku znikł, zwierz próbował wyhamować, ale nagle coś uderzyło go w bok, między żebrami, jakby lodowy sopel wgryzł mu się w ciało, eksplodując w mgnieniu oka obezwładniającym, krwawym bólem.
Władca lodowych pustkowi zatrzymał się, pokręcił łbem, próbując zrozumieć, co się stało. Otworzył pysk, by zaryczeć, wyrzucić z siebie gniew, furię i ten ból, który rozlewał się coraz głębiej wewnątrz jego piersi. Zamiast tego krew trysnęła mu z gardła szerokim strumieniem, przednie łapy ugięły się, a potężny łeb uderzył o śnieg. Czerwień wypełniła jego wzrok, płynnie przechodząc w coraz głębszą czerń.
Ból zaczął słabnąć.
Altsin stał i patrzył. Nie było potrzeby sprawdzać, czy bestia jest naprawdę martwa, jak musiałby to zrobić zwykły myśliwy, bo zobaczył chwilę, gdy duch opuścił ciało zwierzęcia. Świetlisty nimb uformował się nad ciałem, tworząc zarys niedźwiedzia, potrząsnął łbem, otworzył paszczę i zaryczał. Bezgłośnie. Po czym ruszył na północ, w stronę oceanu. Jak większość zwierzęcych duchów, będzie błąkał się bez celu przez dni, może miesiące, po czym położy się i zaśnie, stając się jeszcze jedną iskrą we wszechoceanie Mocy.
Taki był odwieczny, naturalny rytm życia i śmierci.
Przynajmniej póki bogowie wszystkiego nie spieprzyli.
Poczuł to od razu. Tuzin duchów otoczył go ze wszystkich stron, a ich intencje były bardziej niż oczywiste. Walka, śmierć, zabijanie. Złodziej podszedł spokojnie do trupa niedźwiedzia, wyrwał tkwiący w jego boku nóż i wytarł o futro. Odwrócił się.
Każdy z duchów ciągnął za sobą pępowinę utkaną z mglistych czarów i wszystkie zbiegały się w ciele niewysokiego ahera stojącego jakieś trzydzieści kroków od Altsina. Szaman. Silny, jeśli potrafił zapanować nad taką liczbą duchów.
Duchy nie zawsze roztapiały się w Mocy. Jeśli znalazły sobie jakiś fizyczny obiekt, z którym się związały albo zostały związane, mogły istnieć jeszcze całymi latami. Czarownicy prymitywnych plemion używali w tym celu specjalnych przedmiotów, amuletów i talizmanów, które stanowiły kotwicę dla zwierzęcego ducha lub ludzkiej duszy. Aherscy szamani poszli o krok dalej, związywali najsilniejsze z nich z bliznami i tatuażami na własnym ciele. Byli cholernymi żywymi klatkami dla duchów.
Chyba że przegrywali pojedynek o dominację i zostawali pożarci.
Coś mi to przypomina, pomyślał złodziej, uśmiechając się pod nosem. Ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć co.
Żarcik pomógł mu opanować emocje, uspokoić się. Ten tuzin duchów wyglądał paskudnie, większość zapewne była kiedyś duchami zwierząt, ale ich obecna forma… Najbliższy wyglądał jak mors z kilkunastoma kłami wyrastającymi z paszczy i czymś na kształt rybich płetw na grzbiecie i brzuchu. Połączenie z ciałem szamana, z jego wyobrażeniami, snami i emocjami wpływało na kształt spętanych i ich możliwości. Sądząc po wyglądzie pozostałych duchów, ten szaman był w wyjątkowo parszywym nastroju.
— Kto ty? I co tu robisz?
Altsin zignorował pytania, zadane w kiepskim nesbordzkim. Powoli, nie spuszczając wzroku z ahera, schował puginał do pochwy. Zakutana w futra postać miała nie więcej niż pięć stóp wzrostu, do tego była chuda jak szczapa, bo focze skóry wisiały na niej jak na kilku zbitych w nibyludzki kształt patykach. Gdy szaman wyciągnął w stronę złodzieja dłoń, wydawało się, że obciągnięte skórą palce same połamią się i posypią na śnieg.
— Nie rozumiesz mojej mowy?