Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 210
Перейти на страницу:

To tu­taj ro­dzi­ła się mrocz­na, ści­ska­ją­ca ser­ce aura, któ­ra wi­sia­ła nad głów­nym obo­zem.

Zło­dziej po­czuł na­ra­sta­ją­cą we­wnątrz lo­do­wa­tą fu­rię, któ­rej prze­ra­zi­ła­by się na­wet An­day’ya. Niech was szlag. Niech was wszyst­kich szlag… Bo­go­wie. Nic się nie zmie­ni­li­ście.

Nic a nic.

Zgar­nął w dło­nie garść śnie­gu i tchnął w nią Moc. Bia­łe krysz­tał­ki bły­ska­wicz­nie stop­nia­ły i prze­cie­kły mu przez pal­ce.

Pani Lodu, Pani Zimy i Bia­łych Pust­ko­wi. Nie wiem, czy sta­nie­my twa­rzą w twarz, ale je­śli do tego doj­dzie, we­pchnę ci każ­dą un­cję tego bólu w gar­dło i będę pa­trzył, jak się nim dła­wisz. Aż zro­zu­miesz, że lu­dzie, ahe­ro­wie i… inne isto­ty nie są py­łem u two­ich stóp, tyl­ko krwią w two­ich ży­łach, dziw­ko. I le­piej, byś o tym nie za­po­mi­na­ła.

Woda spa­dła na śnieg i za­mar­z­ła w kil­ka chwil.

Skrzy­wił się, kru­sząc war­stwę lodu na bro­dzie i wą­sach, wstał i wy­tarł dło­nie w ha­bit. Skła­da­nie ta­kich obiet­nic w sa­mym środ­ku ziem­skich po­sia­dło­ści Pani Lodu było głu­pie i sza­lo­ne. Ale głu­po­ta i sza­leń­stwo to jego pra­wa i lewa sto­pa, pro­wa­dzi­ły go przez ży­cie przez ostat­nie lata, więc nie wi­dział po­wo­du, by je so­bie od­ci­nać.

Te roz­my­śla­nia prze­rwał mu groź­ny po­mruk. Od­wró­cił się. Zza od­le­głej o naj­wy­żej dwa­dzie­ścia jar­dów lo­do­wej bry­ły wy­ło­nił się śnież­ny niedź­wiedź. Bia­łe nie­gdyś fu­tro miał po­żół­kłe i zme­cha­co­ne, za­rys że­ber prze­świe­cał przez nie ni­czym prę­ty dzi­wacz­nej klat­ki, a ol­brzy­mi łeb ko­ły­sał się na zbyt chu­dej szyi. Prze­dłu­ża­jąc się, zima rów­nież dla kró­la Pół­no­cy oka­za­ła się za­bój­cza, więc pod­kradł się pod obo­zo­wi­sko, zwa­bio­ny za­pa­chem mar­twych ciał.

Ukry­te w za­ro­pia­łych oczo­do­łach śle­pia zmie­rzy­ły Alt­si­na z góry na dół. Cia­ło zło­dzie­ja mia­ło znacz­nie wię­cej mię­sa i tłusz­czu niż set­ka wy­chu­dłych trup­ków le­żą­cych na lo­dzie. A ta­kie dwu­noż­ne stwo­ry by­wa­ły już czę­ścią ja­dło­spi­su zwie­rzę­cia.

Alt­sin wy­szcze­rzył się, się­ga­jąc do pasa. To two­ja od­po­wiedź, Pani Lodu? Czy też może zwy­kły przy­pa­dek? Za­bra­ny z obo­zu my­śli­wych pu­gi­nał o ostrzu dłu­gim na prze­szło sto­pę słu­żył za­pew­ne kie­dyś do por­cjo­wa­nia ka­wa­łów wie­lo­ry­bie­go tłusz­czu. Do­brze jest mieć w ręku so­lid­ny ka­wał sta­li, gdy w two­ją stro­nę gna kil­ka­set fun­tów wy­głod­nia­łej śmier­ci.

Niedź­wiedź za­ata­ko­wał tak jak za­wsze, gdy po­lo­wał, pró­bu­jąc po­wa­lić zdo­bycz ude­rze­niem łapy, za­to­pić w niej kły i ro­ze­rwać brzuch. Ta ofia­ra jed­nak była inna. Cios szpo­na­mi tra­fił w pust­kę, bo cel ata­ku znikł, zwierz pró­bo­wał wy­ha­mo­wać, ale na­gle coś ude­rzy­ło go w bok, mię­dzy że­bra­mi, jak­by lo­do­wy so­pel wgryzł mu się w cia­ło, eks­plo­du­jąc w mgnie­niu oka obez­wład­nia­ją­cym, krwa­wym bó­lem.

Wład­ca lo­do­wych pust­ko­wi za­trzy­mał się, po­krę­cił łbem, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co się sta­ło. Otwo­rzył pysk, by za­ry­czeć, wy­rzu­cić z sie­bie gniew, fu­rię i ten ból, któ­ry roz­le­wał się co­raz głę­biej we­wnątrz jego pier­si. Za­miast tego krew try­snę­ła mu z gar­dła sze­ro­kim stru­mie­niem, przed­nie łapy ugię­ły się, a po­tęż­ny łeb ude­rzył o śnieg. Czer­wień wy­peł­ni­ła jego wzrok, płyn­nie prze­cho­dząc w co­raz głęb­szą czerń.

Ból za­czął słab­nąć.

Alt­sin stał i pa­trzył. Nie było po­trze­by spraw­dzać, czy be­stia jest na­praw­dę mar­twa, jak mu­siał­by to zro­bić zwy­kły my­śli­wy, bo zo­ba­czył chwi­lę, gdy duch opu­ścił cia­ło zwie­rzę­cia. Świe­tli­sty nimb ufor­mo­wał się nad cia­łem, two­rząc za­rys niedź­wie­dzia, po­trzą­snął łbem, otwo­rzył pasz­czę i za­ry­czał. Bez­gło­śnie. Po czym ru­szył na pół­noc, w stro­nę oce­anu. Jak więk­szość zwie­rzę­cych du­chów, bę­dzie błą­kał się bez celu przez dni, może mie­sią­ce, po czym po­ło­ży się i za­śnie, sta­jąc się jesz­cze jed­ną iskrą we wszech­oce­anie Mocy.

Taki był od­wiecz­ny, na­tu­ral­ny rytm ży­cia i śmier­ci.

Przy­naj­mniej póki bo­go­wie wszyst­kie­go nie spie­przy­li.

Po­czuł to od razu. Tu­zin du­chów oto­czył go ze wszyst­kich stron, a ich in­ten­cje były bar­dziej niż oczy­wi­ste. Wal­ka, śmierć, za­bi­ja­nie. Zło­dziej pod­szedł spo­koj­nie do tru­pa niedź­wie­dzia, wy­rwał tkwią­cy w jego boku nóż i wy­tarł o fu­tro. Od­wró­cił się.

Każ­dy z du­chów cią­gnął za sobą pę­po­wi­nę utka­ną z mgli­stych cza­rów i wszyst­kie zbie­ga­ły się w cie­le nie­wy­so­kie­go ahe­ra sto­ją­ce­go ja­kieś trzy­dzie­ści kro­ków od Alt­si­na. Sza­man. Sil­ny, je­śli po­tra­fił za­pa­no­wać nad taką licz­bą du­chów.

Du­chy nie za­wsze roz­ta­pia­ły się w Mocy. Je­śli zna­la­zły so­bie ja­kiś fi­zycz­ny obiekt, z któ­rym się zwią­za­ły albo zo­sta­ły zwią­za­ne, mo­gły ist­nieć jesz­cze ca­ły­mi la­ta­mi. Cza­row­ni­cy pry­mi­tyw­nych ple­mion uży­wa­li w tym celu spe­cjal­nych przed­mio­tów, amu­le­tów i ta­li­zma­nów, któ­re sta­no­wi­ły ko­twi­cę dla zwie­rzę­ce­go du­cha lub ludz­kiej du­szy. Aher­scy sza­ma­ni po­szli o krok da­lej, zwią­zy­wa­li naj­sil­niej­sze z nich z bli­zna­mi i ta­tu­aża­mi na wła­snym cie­le. Byli cho­ler­ny­mi ży­wy­mi klat­ka­mi dla du­chów.

Chy­ba że prze­gry­wa­li po­je­dy­nek o do­mi­na­cję i zo­sta­wa­li po­żar­ci.

Coś mi to przy­po­mi­na, po­my­ślał zło­dziej, uśmie­cha­jąc się pod no­sem. Ale za cho­le­rę nie mogę so­bie przy­po­mnieć co.

Żar­cik po­mógł mu opa­no­wać emo­cje, uspo­ko­ić się. Ten tu­zin du­chów wy­glą­dał pa­skud­nie, więk­szość za­pew­ne była kie­dyś du­cha­mi zwie­rząt, ale ich obec­na for­ma… Naj­bliż­szy wy­glą­dał jak mors z kil­ku­na­sto­ma kła­mi wy­ra­sta­ją­cy­mi z pasz­czy i czymś na kształt ry­bich płetw na grzbie­cie i brzu­chu. Po­łą­cze­nie z cia­łem sza­ma­na, z jego wy­obra­że­nia­mi, sna­mi i emo­cja­mi wpły­wa­ło na kształt spę­ta­nych i ich moż­li­wo­ści. Są­dząc po wy­glą­dzie po­zo­sta­łych du­chów, ten sza­man był w wy­jąt­ko­wo par­szy­wym na­stro­ju.

— Kto ty? I co tu ro­bisz?

Alt­sin zi­gno­ro­wał py­ta­nia, za­da­ne w kiep­skim nes­bordz­kim. Po­wo­li, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z ahe­ra, scho­wał pu­gi­nał do po­chwy. Za­ku­ta­na w fu­tra po­stać mia­ła nie wię­cej niż pięć stóp wzro­stu, do tego była chu­da jak szcza­pa, bo fo­cze skó­ry wi­sia­ły na niej jak na kil­ku zbi­tych w ni­by­ludz­ki kształt pa­ty­kach. Gdy sza­man wy­cią­gnął w stro­nę zło­dzie­ja dłoń, wy­da­wa­ło się, że ob­cią­gnię­te skó­rą pal­ce same po­ła­mią się i po­sy­pią na śnieg.

— Nie ro­zu­miesz mo­jej mowy?

1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)