Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć Światłości
Pamięć Światłości - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć Światłości

Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:

Pamięć Światłości
1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 296
Перейти на страницу:

Rozmowa obudziła w nim wspomnienia z czasów, które razem spędzili w Łzie, między kolejnymi lekcjami politycznej mądrości, kradnąc sobie pocałunki w fortecy Kamienia. Wtedy to Rand zakochał się w Elayne. Prawdziwą miłością. A nie tylko podziwem chłopaka rzucającego się w otchłań dla swej księżniczki – a przecież w tych czasach wiedział o miłości niewiele więcej, niż wiejski chłopak wymachujący mieczem mógł wiedzieć o wojnie.

Ich miłość zrodziła się z rzeczy, które ich połączyły. Z Elayne mógł swobodnie mówić o polityce i ciężarze władzy. Rozumiała. Naprawdę rozumiała, lepiej niż ktokolwiek ze wszystkich ludzi, jakich znał. Wiedziała, jak to jest, gdy podejmuje się decyzje, które odmienią los tysięcy. Miała świadomość tego, czym jest służba ludowi, narodowi. Rand nie mógł się nadziwić, że choć często zmuszeni byli przebywać z dala od siebie, intelektualna bliskość wciąż trwała. Po prawdzie, to stawała się z każdym dniem silniejsza. A teraz Elayne była królową i nosiła w łonie jego dzieci.

– Skrzywiłeś się.

Rand uniósł wzrok znad talerza z rosołem. Elayne dotarła dopiero do połowy swego posiłku – pozwolił jej mówić, sam raczej słuchając. Niemniej wyglądało na to, że więcej jeść nie będzie, ponieważ w jej ręku zobaczył filiżankę z herbatą.

– Co zrobiłem? – zapytał.

– Skrzywiłeś się. Kiedy wspomniałam o kontyngentach, na twojej twarzy pojawił się taki przelotny grymas.

Nie było nic dziwnego w tym, że zauważyła – to Elayne nauczyła go zwracać uwagę na drobne zmiany wyrazu twarzy u rozmówców.

– Wszyscy ci ludzie walczą w moje imię – wyjaśnił. – Tak wielu za mnie odda życie.

– To jest ciężar, który wojna nakłada na ramiona władców.

– Nie potrafię się opędzić od myśli, że powinienem ich chronić – upierał się Rand.

– Jeżeli ci się zdaje, że możesz ochronić wszystkich, Randzie al’Thor, to jesteś znacznie głupszy, niż można by sądzić.

Popatrzył na nią, ich spojrzenia zetknęły się.

– Nie twierdzę, że mogę, ale że nęka mnie myśl, iż powinienem i przez to ich śmierć mi ciąży. Czuję, że mógłbym zrobić dla nich więcej, zwłaszcza teraz, gdy wróciły do mnie moje dawne wspomnienia. On próbował mnie złamać, ale mu się nie udało…

– To właśnie wydarzyło się na szczycie Góry Smoka?

Nikomu nie mówił, co tam się wydarzyło. Teraz przysunął swoje krzesło bliżej niej.

– Tam na Górze zrozumiałem, że dręczyła mnie obsesja siły. Chciałem być twardy, twardy jak stal. I goniąc za tym celem, narażałem na szwank swoją zdolność do współczucia, troski o innych. To był błąd. Ponieważ, żeby wygrać, muszę troszczyć się o innych. A z tym, na całe nieszczęście, wiąże się współodczuwanie z nimi w bólu ich śmierci.

– Pamiętasz Lewsa Therina? – zapytała szeptem. – Wiesz wszystko, co on wiedział? To nie jest nimb, który wokół siebie budujesz?

– Jestem nim. Zawsze byłem. Teraz o tym wiem, pamiętam.

Elayne odetchnęła głęboko, jej oczy się rozszerzyły.

– Jakie to daje możliwości…

Ze wszystkich ludzi, którym się przyznał, tylko ona zareagowała w ten sposób. Cóż za wspaniała kobieta.

– Dysponuję całą jego wiedzą, niemniej on nie może mi powiedzieć, co mam zrobić. – Wstał, zaczął się przechadzać. – Więc sama widzisz, że powinienem być w stanie zaradzić całemu złu. Znaleźć jakiś sposób, żeby nikt nie musiał za mnie umierać. Bo to jest moja walka. Dlaczego wszyscy inni mają znosić tyle cierpienia?

– Odmawiasz nam prawa do walki? – zdziwiła się, prostując w krześle.

– Nie, oczywiście, że nie – sprostował Rand. – Niczego wam nie mogę odmówić. Po prostu chciałbym jakoś… jakimś sposobem położyć temu kres. Czy moja ofiara nie wystarczy?

Wstała, ujęła go za rękę. Odwrócił się do niej.

Wtedy go pocałowała.

– Kocham cię – powiedziała. – Jesteś wielkim królem. Ale jeżeli spróbujesz dobrym ludziom Andoru odebrać prawo do walki we własnym imieniu, prawo do udziału w Ostatniej Bitwie… – Jej oczy płonęły, policzki nabiegły rumieńce. Światłości! Jego dość nieporadne myśli naprawdę ją rozzłościły.

Nigdy tak naprawdę nie wiedział, co właściwie może od niej za chwilę usłyszeć i to czyniło przebywanie z nią tak zajmujące. Jak przyglądanie się fajerwerkom – wiadomo, że nocny kwiat na niebie będzie piękny, ale nigdy nie wiadomo, jaką postać to piękno przybierze.

– Powiedziałem przecież, że nie odmawiam wam prawa do walki – powtórzył.

– Tu nie chodzi tylko o mnie, Rand. To chodzi o wszystkich ludzi. Nie potrafisz tego zrozumieć?

– Wydaje mi się, że potrafię, jak najbardziej.

– To dobrze. – Z powrotem usiadła, upiła łyk herbaty i zaraz się skrzywiła.

– Zepsuła się? – zapytał.

– Tak, ale nie miałam innego wyjścia, jak do tego przywyknąć. Z drugiej strony, niedobra herbata to prawie równie kiepski pomysł, jak nie pić niczego, poza tym wszystko wokół psuje się tak szybko…

Rand podszedł i wyjął jej filiżankę z palców. Trzymał ją przez chwilę, ale nie sięgnął do Źródła.

– Mam coś dla ciebie. Zapomniałem wspomnieć.

– Herbatę?

– Nie, powiedzmy, że ona jest na dokładkę. – Oddał jej filiżankę, upiła łyk.

Jej oczy rozszerzyły się.

– Cudowna. Jak to zrobiłeś?

– To nie ja – stwierdził, siadając na powrót. – To Wzór.

– Ale…

– Jestem ta’veren – ciągnął dalej. – Wokół mnie dzieją się różne rzeczy, niesamowite, nieprzewidywalne. Przez dłuższy czas w wydarzeniach tych panowała równowaga. Powiedzmy, że w pewnym mieście ktoś zupełnie nieoczekiwanie znalazł pod schodami wielki skarb. Wtedy w kolejnym, które odwiedzałem, ludzie przekonywali się, że posiadane przez nich pieniądze są falsyfikatami wciśniętymi im przez zręcznego fałszerza.

– Jedni ginęli w najokropniejszy sposób, inni ratowali się cudownym przypadkiem. Śmierci i narodziny. Małżeństwa i rozstania. Sam raz widziałem, jak pióro spadło z nieba i wbiło się końcem prosto w ziemię. A potem dziesięć innych w ten sam sposób. Czysty przypadek. Dwie strony tej samej monety.

– Ta herbata to nie jest czysty przypadek.

– Mylisz się – zauważył Rand – ponieważ nie bierzesz pod uwagę, że ostatnimi czasy mnie wypada wciąż tylko jedna strona monety, a druga… czyli wszelkie zło… komuś innemu. Czarny sączy grozę w świat i jest odpowiedzialny za śmierć, zło i szaleństwo. Ale Wzór… Wzór dba o równowagę, sam jest tą równowagą. A więc poprzez moją osobę wspiera przeciwną stronę. Im bardziej natęża się Czarny, tym potężniejsze efekty wywiera moja osoba.

– Zieleniejąca trawa… – w namyśle stwierdziła Elayne. – Pierzchające chmury. Niezepsute jedzenie.

– Tak. – Cóż, od czasu do czasu przydawała się jedna czy dwie sztuczki, ale o tym nie miał zamiaru wspominać. Wydobył z kieszeni niewielki mieszek.

– Jeżeli masz rację – Elayne dalej głośno myślała – wobec tego nigdy nie może być dobra na świecie.

– Oczywiście, że może.

– Czy Wzór nie zbilansuje go złem?

Zawahał się z odpowiedzią. Tego rodzaju rozumowanie doprowadziło go do stanu, w jakim się znalazł przed Górą Smoka – wynikającego z przekonania, że nie ma żadnych innych możliwości prócz tych, które zostały dlań z założenia przewidziane.

– Póki troszczymy się o innych – powiedział – dobro zawsze będzie mogło zaistnieć. Wzór nie dba o uczucia… nie dba nawet o dobro i zło. Czarny jest zewnętrzną wobec niego siłą, która gwałtem odmienia tkaninę świata.

1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 296
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)